Nowy numer 48/2020 Archiwum

Przez piękno

- Fotografia przyrodnicza to samotna wędrówka przez piękno, którego poszukuję w krajobrazie - mówi artysta fotografik Krzysztof Palewicz.

Przypomina camino – pielgrzymowanie Szlakiem Jakubowym, kiedy masz czas zastanowić się nad sobą i nad tym, co cię zachwyca. Zadajesz sobie pytanie – skąd wziął się ten piękny świat? Gdy w oczekiwaniu na zwierzęta długie godziny siedzisz w ukryciu, w swojej samotni obserwatora, myślisz o pająku, który tuż przy tobie zaplata sieć. Żaden człowiek nie potrafi podrobić wytrzymałości tej nici i oryginalnego wzoru. Patrząc godzinami na idealne kształty liści, płatków kwiatów, przyglądając się precyzji i doskonałości ich wykonania, za każdym razem dochodzę do wniosku, że to nie mogło „zrobić się samo”. Oglądając cuda przyrody, mam pewność, że przyłożył do nich rękę Stwórca, a nie żaden inżynier, architekt, malarz. Miałem to szczęście, że w 1991 r. w Domu Dziennikarza w Warszawie wysłuchałem słów Jana Pawła II skierowanych do twórców: „Bóg dał wam talent po to, byście mogli pokazywać piękno tego świata tym, którzy go nie widzą”. Przez lata starałem się wypełniać to przesłanie, fotografując. Wydałem kilka albumów fotograficznych, opublikowałem setki zdjęć przyrody nie tylko w kraju, ale i za granicą. Od 10 lat razem z żoną Mają pokazujemy piękno mojego rodzinnego miejsca na ziemi, zapraszając gości na wypoczynek do naszego gospodarstwa agroturystycznego „Słoneczny Stok” w Półkotach koło Sejn. Czego bym nie powiedział, to i tak w tle moich poczynań zawsze będzie moja żona ze swoim szlachetnym sercem. Wspiera i akceptuje to, co robię, ale oboje wiemy, że zawsze najważniejsza jest rodzina.

Nie do wywołania

Codziennie patrzę na rozciągające się za oknem las, pola i jezioro Berżnik. Najbardziej zmienne jest jezioro, które przyciąga wzrok, porusza zmysły, działa na wyobraźnię. Ile razy biorę aparat fotograficzny, natychmiast zapominam o reszcie świata. Ale okazuje się, że moja wyobraźnia widzi obrazy, których on nie jest w stanie uchwycić. Myślę czasem, że aparat to niedoskonałe narzędzie, bo nie oddaje tego, co dostrzegam. Ostatecznie zostaję z różnymi obrazami w głowie i nie mam jak ich wywołać. Stale fotografując przyrodę, nieustannie jej się uczę. Mam przed oczami własną mapę Sejneńszczyzny. Jest bardziej kolorowa niż topograficzna i aktualizowana, bo krajobrazy ulegają zmianom. Pewnego razu, dochodząc do znanego mi pola, stanąłem jak wryty, zastanawiając się, czy nie zabłądziłem. Wczesną wiosną widziałem, jak rolnik siał tu zboże. Teraz oniemiałem, widząc je po horyzont czerwone od maków. Jak to się stało? Wiosna była w tym roku niekorzystna na wschody zbóż, jak mówią – zboże wypadło. Przyroda nie znosi pustki, więc wykorzystał to polny mak. Jego ziarenka są szczególnie cierpliwe. Mało kto wie, że potrafią przeleżeć w ziemi nawet 30 lat, by w sprzyjających warunkach wykiełkować. Rośnie błyskawicznie, kwitnie krótko i szybko dojrzewa, by ukryć w ziemi nasiona. Pole makowe ciągle się odnawia i nie jest tym samym, które widzieliśmy kilka dni wcześniej. Kiedyś pilnowano terminu zbioru maku ogrodowego – kuzyna polnego, bo inaczej można było w ogrodzie zastać puste makówki. Stąd się wzięło powiedzenie: „makówka – pusta główka”.

Gęsie rozmowy

Kiedy mały człowiek uczy się chodzić, pomaga mu w tym dorosły. Trzymając się ręki ojca Juliana, poznawałem jego świat. Kiedyś, gdy jechaliśmy przez równinę augustowską, ojciec, z zamiłowania rolnik, zwrócił mi uwagę: „Zobacz, synu, jak tu pięknie, jak zaczniesz orać z rana, to na całym polu żadnej górki do wieczora nie spotkasz. Nie to co u nas”. Kochał bardziej rolnictwo niż nasze nierówności. Na początku też patrzyłem na nie jego okiem, ale z czasem uroda tej ziemi zawładnęła mną bezgranicznie. Teraz, kiedy ojca już nie ma, przywodzą mi go na myśl jesienne głosy przelatujących nad głową kluczy żurawi i dzikich gęsi. Wydają się zachętą do podróży… a może informacją, że nadszedł już czas. My, ludzie, żeby kontaktować się z mieszkańcami innych krajów, uczymy się języków. Ze zwierzętami jest inaczej – ten sam gatunek porozumiewa się ze sobą doskonale na całym świecie. Nasza sąsiadka hoduje kilkanaście gęsi domowych. Z powodu ptasiej grypy podczas przelotów dzikich ptaków domowe muszą pozostać w zamknięciu. W kluczu, dla utrzymania jego porządku, nawigacji i jak najlepszych „parametrów” lotu, przewodnik porozumiewa się z pozostałymi głosem. Na te dźwięki z góry reagują zamknięte w wolierze gęsi domowe. Głosy z dołu, szczególnie w czasie odlotów, wydają się smutne. Wsłuchując się w ich gęganie, mam wrażenie, że jest takie samo jak lecących z różnych miejsc północy dzikich gęsi. Kiedy na głosy z góry reagują gęsi domowe, wtedy zmienia się intonacja głosu tych na niebie i… rozpoczyna się rozmowa. Klangor żurawi przynosi ze sobą jakiś smutek, przeczucie końca, a może tajemnicę nieznanego…

Wierny jak wrona

Obserwując fotografowane zwierzęta, poznaję też ich okrutne tajemnice. Tak było podczas robienia zdjęć dziecka bocianiej rodziny, która zamieszkała na świerku przy stodole sołtysa. Kiedyś gospodarz znalazł na ziemi jedno małe, puchate, płaczące bocianie pisklę. Wspiął się, włożył je do gniazda, myśląc, że jego rodzice się ucieszą. A tu sytuacja zaczęła się powtarzać, aż stało się jasne, że rodzina postanowiła pozbyć się małego. Bo niektóre zwierzęta liczbę dzieci ustalają, oceniając, ile są w stanie wyżywić. Sołtys zaopiekował się wyrzutkiem, aż ten całkowicie się oswoił. Latanie było jedynym, czego nauczył się od rodzeństwa. Kiedy wydoroślał, ani myślał odlecieć do ciepłych krajów. Jeśli bociany mają zapewnioną pełną miskę, nie boją się zimna. Ten jednak lubił ciepło i odkrył, że daje je domowy komin. Siadał na nim i nie przeszkadzało mu, że dymi. Wkrótce mieszkańcy wsi zaczęli podziwiać szybującego nad domami czarnego bociana, nie wiedząc, że to bocian sołtysa zmienił szatę przez czarną sadzę z komina.

Nieraz, siedząc w zamaskowanej kryjówce, czas między fotografowaniem wypełniam myślami o ptasiej wierności. Z moich obserwacji wynika, że to nie bocian jest jej przykładem. Często widziałem, jak dwóch bocianich adoratorów zapraszało przyszłą panią domu do tego samego gniazda na dachu stodoły. Najwierniejsze w związkach okazują się krukowate, a prym wśród nich wiedzie nasza niepozorna siwa wrona. Kiedy coś złego stanie się jednej połówce, druga spędza w samotności resztę życia.

Taniec dla szarej

Chwile prawdziwego wtajemniczenia przeżyłem, fotografując tańce weselne cietrzewi przy granicy z Litwą i Białorusią, w sercu Puszczy Augustowskiej, gdzie królują łosie i wilki. Na „wysmałach”, bo tak po pożarze lasu nazywano to miejsce, spędziłem za zgodą leśniczego i w tajemnicy przed światem osiem wiosen. Do mojego ukrycia wchodziłem jeszcze w ciemności, by doczekać szarówki budzącego się dnia i „zapadów”, kiedy to koguty cietrzewia lądują w tokowisku na swoje rewiry. Pierwsze „czuszczykanie”, czyli zaśpiew koguta, jest początkiem tańców godowych i walk kogucich na mocno strzeżonych granicach ich obszarów. Do dzisiaj mam w pamięci ten niezwykły obraz kilkunastu kogutów wielkości kury domowej, pięknie wystrojonych w pióra, tańczących przy mojej kryjówce. A to wszystko dla jednej małej, szarej, niepozornej kurki przemykającej we wrzosach. W naszej polskiej przyrodzie nie znajdziemy drugiego takiego widowiska godowego. Jak smutno na ich tle wyglądają zaloty ludzi. Wracając do tamtych popisów – o wschodzie słońca wszystko nagle zamilkło. Miałem wrażenie, że ptaki oddają hołd budzącemu się dniu. Przypominało to poranną modlitwę w ciszy – jakbyśmy z gwarnej ulicy weszli do wyciszonego kościoła. Dziś już tego tokowiska tam nie ma. Przeobrażenie środowiska leśnego zmieniło jego mieszkańców.

Żmija w lodówce

Podczas pracy zdarzały mi się chwile zabawne, ale też mrożące krew w żyłach. Kiedyś rolnik, nie zauważywszy mojego ukrycia misternie wtopionego w otoczenie, uwiązał zbyt blisko krowę. Ta, wiedziona ciekawością, co w tej kupie trzciny pstryka, zabrała się do odkrywania tajemnic mojego domku swoimi rogami i dużą mordą. Nie pozostawało mi nic innego, jak tylko cieszyć się, że ktoś nie uwiązał nieopodal mnie potężnego byka. Innym razem, idąc leśnym duktem, natrafiłem na wygrzewającego się na piasku, trochę inaczej umaszczonego, lekko brązowego zaskrońca. Leżał w niezbyt atrakcyjnym fotograficznie miejscu, więc chcąc go przenieść, bez namysłu, bo przecież nie ugryzie, chwyciłem go za ogon. Jakież było moje zdziwienie, gdy krzyżując z nim spojrzenie, ujrzałem u swego modela kreskę w oku… Miedzianka, najbardziej jadowita ze żmij zygzakowatych, w jednej chwili wypadła mi z ręki na nogę. To było moje najszybsze w życiu rozstanie z kimś. Innym razem moja zygzakowata modelka zostawiła mi po uderzeniu kropelkę jadu na oprawce obiektywu. Do twarzy było blisko, więc będąc sam w środku bagien, wolałem nie ryzykować. Pomyślałem wtedy, że żmije są zmiennocieplne, więc wystarczy je złapać, zanieść do lodówki i wtedy sfotografować. Tak też pewnego dnia zrobiłem, ale z tego szczęścia zapomniałem uprzedzić żonę. Uświadomiłem to sobie, kiedy wraz ze wszystkimi w bloku usłyszałem jej krzyk.

Gdziekolwiek jestem, zawsze ufam Bogu. Bo komu zaufasz, kiedy w środku puszczy czy bagna nie działają telefony? Albo gdy w głuszy naraziłeś się matce sympatycznych pasiastych warchlaków? A może stanąłeś na drodze ucieczki przestraszonego potężnego łosia? Albo omal nie spadłeś z wysokiego drzewa czy może zapadałeś się po pachy we wciągającą maź przepastnego bagna? To wszystko zdarza się takiemu jak ja fotografowi przyrody. Dlatego nauczyłem się ufać Bogu niezależnie od tego, w jakiej dżungli się znajduję – leśnej czy miejskiej. Coraz częściej utrwalam miejskie klimaty. Nie szukając tam wygładzonych ścian czy linii prostych. Piękno jest również w człowieku i w tym, co tworzy.•

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Barbara Gruszka-Zych

od ponad 30 lat dziennikarka „Gościa Niedzielnego”, poetka. Wydała ponad dwadzieścia tomików wierszy. Ostatnio „Nie chciałam ci tego mówić” (2019). Jej zbiorek „Szara jak wróbel” (2012), wybitny krytyk Tomasz Burek umieścił wśród dziesięciu najważniejszych książek, które ukazały się w Polsce po 1989. Opublikowała też zbiory reportaży „Mało obstawiony święty. Cztery reportaże z Bratem Albertem w tle”, „Zapisz jako…”, oraz książki wspomnieniowe: „Mój poeta” o Czesławie Miłoszu, „Takie piękne życie. Portret Wojciecha Kilara” a także wywiad-rzekę „Życie rodzinne Zanussich. Rozmowy z Elżbietą i Krzysztofem”. Laureatka wielu prestiżowych nagród za wywiady i reportaże, m.innymi nagrody Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich w dziedzinie kultury im. M. Łukasiewicza (2012) za rozmowę z Wojciechem Kilarem.

Kontakt:
barbara.gruszka@gosc.pl
Więcej artykułów Barbary Gruszki-Zych

 

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zobacz także