Nowy numer 49/2020 Archiwum

Między misją a klikalnością

O przykładaniu ucha do pulsu świata, komercyjnym sukcesie misyjnego programu i nużących negocjacjach lepszych od wojny mówi Dariusz Rosiak.

Jacek Dziedzina: Po co Kowalskiemu wiedzieć, o co chodzi w konflikcie wokół Górskiego Karabachu, kto wygra wybory w Stanach i czy dojdzie do brexitu?

Dariusz Rosiak: Po nic. Jeśli nie interesuje się światem, to ta wiedza nie jest mu potrzebna. Od strony czysto praktycznej to nie jest wiedza, bez której nie da się żyć. Tak samo jak można żyć bez znajomości Mickiewicza albo w ogóle bez czytania książek.

No to zamykamy kramik…

Niekoniecznie, bo z drugiej strony z wiedzą o świecie jest trochę tak jak ze wszystkim w życiu: dokonujemy pewnych wyborów, żeby nasze życie było pełniejsze, żebyśmy czuli, że lepiej je przeżywamy, i myślę, że wiedza o świecie zwyczajnie przydaje się do tego, by lepiej go rozumieć, a tym samym lepiej rozumieć samych siebie.

W 2013 roku Telewizja Polska zlikwidowała redakcję zagraniczną. Po kilku latach przywróciła ją, ale pozostało pewne wrażenie, że to obszar specjalizacji, który nie wymaga stałego inwestowania.

Tak, to prawda, że tematyka międzynarodowa bywa czasem spychana na margines. Jest „mniej ważna”, chyba że ma miejsce rewolucja lub jakieś znaczące zdarzenie. Żyjemy w świecie „klikalności”, w którym liczy się liczba odsłon; prawdopodobnie z badań wychodzi, że mniej „klikalne” są sprawy zagraniczne niż polskie. Nie przypominam sobie, by w ostatnim czasie tygodniki dawały okładki z tematyką zagraniczną.

Sukces Pańskiego „Raportu o stanie świata” zdaje się jednak przeczyć tezie, że „to się nie sprzeda”.

W Trójce audycji słuchało kilkaset tysięcy ludzi. Po odejściu z radia i przeniesieniu „Raportu” do internetu myślałem, że znajdzie się maksymalnie 20–30 tys. ludzi, których takie sprawy interesują na tyle, żeby pokonać wszystkie blokady technologiczne. Okazuje się, że słuchalność mojego podcastu już osiągnęła poziom 60 tys. i ciągle rośnie, więc przypuszczam, że sufit nie został jeszcze osiągnięty.

Okazało się również, że słuchacze są gotowi płacić regularnie co miesiąc w sumie 50 tys. zł za produkcję dobrego programu o sprawach międzynarodowych.

Oczywiście, to ogromne wsparcie, nie tylko finansowe, ale też duchowe. Dla mnie to potwierdzenie, że to, co robię, ma sens, że jest niemała grupa ludzi, dla których sprawy zagraniczne są jednak ważne.

Zaprasza Pan do audycji ekspertów, ale nie polityków. Ci drudzy nie mają zbyt wiele do powiedzenia w sprawach zagranicznych?

Zdecydowana większość z nich niestety nie ma. Nie zapraszam ich, bo to nie jest program polityczny. Jak zacznę zapraszać polityków z jednej strony, to pojawi się pytanie, słuszne, dlaczego nie zapraszam tych z drugiej. Jak zacznę dobierać gości według klucza politycznego, to jakość programu spadnie.

Inna sprawa, że to politycy nieraz czerpią wiedzę o sprawach międzynarodowych z analiz, które pojawiają się w tego typu programach czy materiałach prasowych. Przyznał to kiedyś nawet jeden z byłych wiceministrów spraw zagranicznych.

Jeśli istnieje coś takiego jak misja, która byłaby poszerzaniem sfery wspólnego dobra w dziedzinie wiedzy o świecie, to ja się chcę czymś takim zajmować. I mam nadzieję, że to się przyczynia do tego, by ludzie, także politycy, trochę więcej o świecie wiedzieli.

Media reagują na sprawy zagraniczne zazwyczaj dopiero wtedy, gdy one już staną się głośne, gdy coś wybuchnie, ale przecież to są pewne procesy, które wymagają ciągłego przykładania ucha. Udaje się Panu zawsze wyłapać, gdzie „coś się święci”?

Śledzę na bieżąco to, co się dzieje na świecie, a następnie dokonuję wyboru. Zresztą to nie ja muszę być ekspertem. Niektórzy słuchacze zakładają, że jestem ekspertem w jakiejś dziedzinie. A ja nie jestem ekspertem właściwie w żadnej dziedzinie, chyba że w zadawaniu pytań. Nie trzeba być specjalistą od Irlandii Północnej, żeby przeprowadzić dobry wywiad o Irlandii Północnej. Ja zakładam, że po drugiej stronie jest rozmówca, który będzie specjalistą w tej dziedzinie. Ale oczywiście każda taka rozmowa, każdy napisany tekst, każda przeczytana książka sprawiają, że sam stale poszerzam swoją wiedzę.

Do niedawna to Bliski Wschód był traktowany jako obszar, w którym krzyżują się i rozstrzygają kluczowe sprawy świata. Ale od pewnego czasu wyraźne jest przesunięcie punktu ciężkości w rejon Pacyfiku.

Jest tak przede wszystkim dlatego, że Amerykanie wycofują się z Bliskiego Wschodu; co miesiąc mamy nowe informacje, które to potwierdzają. Amerykanie uznali – zresztą słusznie – że obecnie głównym światowym konfliktem jest ich spór z Chinami. Bliski Wschód przestaje być istotny, bo Amerykanie mają własny gaz, ropę, która kiedyś była jedną z sił napędowych ich obecności na Bliskim Wschodzie. Oczywiście pozostają sprawy geostrategiczne, tzn. ich bazy, kwestia Izraela, którego bronią. I to się nie zmieni. Natomiast fizyczna skala tej obecności zdecydowanie się zmniejsza.

Jednocześnie co jakiś czas administracja Trumpa próbuje udowodnić, że to USA nadal rozdają karty na Bliskim Wschodzie – tak było przy okazji niedawnego podpisania traktatów między Izraelem a dwoma krajami arabskimi.

Ale wycofanie wojsk amerykańskich jest znaczące i odczuwalne: za chwilę nie będzie ich w Iraku; poza tym mówimy o odpuszczeniu wojny w Syrii, o oddaniu tego terenu Rosjanom. Większość sił i środków Amerykanie przeznaczają na obronę swoich wpływów w regionie Pacyfiku. To jeden z najważniejszych procesów w ostatniej dekadzie.

Europa ma jeszcze jakieś znaczenie w globalnej układance?

Europa, i sama Unia Europejska, jest w pewnym sensie bardzo nieatrakcyjna medialnie. To z definicji jest system, który opiera się na demokracji, na negocjacjach, na ogromnej liczbie regulacji, dokumentów urzędniczych – to się słabo sprzedaje. Bo znacznie ciekawszy materiał można zrobić o starciu między Armenią a Azerbejdżanem niż o ostatniej rundzie negocjacji ws. brexitu, w którym już nikt nie wie, o co chodzi. Tłumaczenie tego jest niezwykle skomplikowane, ale to jest treść Unii Europejskiej, na tym polega jej sukces. Piękno życia w UE polega na tym, że my naprawdę nie musimy się tym zajmować, tylko możemy korzystać z tego, że mamy wolny rynek, wolny przepływ ludzi, pewien system, który gwarantuje nam prawa człowieka. To jednak tylko świadczy o tym, jak nieprawdopodobnym sukcesem jest Unia Europejska.

Jako całość jednak praktycznie nie liczy się w rodzącym się na naszych oczach nowym porządku i układzie sił w świecie.

Oczywiście, że jeśli patrzymy na świat w taki sposób, że za chwilę dojdzie do globalnego konfliktu, to środki Unii Europejskiej, która w takich okolicznościach miałaby się znaleźć, są rzeczywiście mizerne. Ale takiego konfliktu nie ma i moim zdaniem długo nie będzie. Unia jest ciągle rynkiem 500 mln ludzi, częścią świata, która jest najbardziej atrakcyjna dla całej rzeszy migrantów, którzy próbują się tutaj osiedlić. Dlaczego nie idą do Chin czy do Rosji? Dlatego, że Europa jest dla nich bardzo atrakcyjnym miejscem. Europa jest ciągle ogromnym rynkiem, generuje nieprawdopodobne bogactwo i oferuje ludziom stopę życiową, o której w innych regionach świata, z milionami Amerykanów włącznie, nikt nie śni. Unia ma swoje wady, ale pamiętajmy, że to jest bardzo skomplikowana konstrukcja złożona z 27 państw. Każdy kraj ma inne interesy, każdy próbuje ich bronić, a UE jest wymyślona w taki sposób, by ich obrona odbywała się w salach negocjacyjnych, a nie na polach bitew. I to się udaje.

Parę lat temu w Strasburgu zapytałem jednego z brytyjskich europosłów z grupy liberałów, czy nie przeszkadza mu fakt, że debaty i rezolucje Parlamentu Europejskiego nie mają większego przełożenia na rzeczywistość. Odpowiedział trafnie: lepiej tak bezproduktywnie debatować niż do siebie strzelać. Nie przekonał jednak swoich rodaków do sensu pozostania w Unii.

Brexit ma wiele przyczyn, ale pamiętajmy, że Wielka Brytania jest krajem, gdzie w prasie przez lata nie było dobrego słowa na temat Unii. Nie mówię np. o „Guardianie”, liberalnej gazecie dla elit, tylko o gazetach, które czytają masy, „The Sun” czy „Daily Mail”. Przez ich lekturę wszyscy myśleli, że Unia nie zajmuje się niczym innym, tylko prostowaniem bananów. I gdy nagle niektórzy dowiadywali się, że połowa infrastruktury w ich mieście była zbudowana m.in. ze środków unijnych, to nie mogli w to uwierzyć.

Paradoksalnie najwięcej przeciwników Unii jest dzisiaj w krajach, które zawsze były lokomotywami integracji – we Włoszech, Francji, Holandii… To tam rosną w siłę partie podważające sens członkostwa w Unii. W Polsce to jest jednak nisza.

Tak, chociaż my też pewne rzeczy przyjmujemy za oczywiste, bo uważamy, że „się należy jak psu buda”. Oczywiście, że UE nie jest organizacją charytatywną i pewne rzeczy się Polsce należą, bo płacimy składki, bo spełniamy wymogi wolnego rynku, ponieważ zagraniczne firmy mogą u nas inwestować i pomnażać swoje bogactwo. Ale jest wiele korzyści, których nie zauważamy. Na szczęście w Polsce ludzie raczej widzą korzyści z członkostwa w Unii. A że Unia ma problemy? Życie składa się z problemów. Jeżeli wykluczamy wojnę, to zgadzamy się na to, że problemy będą rozstrzygane w sposób, który wydaje się jałowy, zbyt długi, bezproduk­tywny. •

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Jacek Dziedzina

Dziennikarz działu „Świat”

W „Gościu" od 2006 r. Studia z socjologii ukończył w Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. Pracował m.in. w Instytucie Kultury Polskiej przy Ambasadzie RP w Londynie. Laureat nagrody Grand Press 2011 w kategorii Publicystyka. Autor reportaży zagranicznych, m.in. z Wietnamu, Libanu, Syrii, Izraela, Kosowa, USA, Cypru, Turcji, Irlandii, Mołdawii, Białorusi i innych. Publikował w „Do Rzeczy", „Rzeczpospolitej" („Plus Minus") i portalu Onet.pl. Autor książek, m.in. „Mocowałem się z Bogiem” (wywiad rzeka z ks. Henrykiem Bolczykiem) i „Psycholog w konfesjonale” (wywiad rzeka z ks. Markiem Dziewieckim). Prowadzi również własną działalność wydawniczą. Interesuje się historią najnowszą, stosunkami międzynarodowymi, teologią, literaturą faktu, filmem i muzyką liturgiczną. Obszary specjalizacji: analizy dotyczące Bliskiego Wschodu, Bałkanów, Unii Europejskiej i Stanów Zjednoczonych, a także wywiady i publicystyka poświęcone życiu Kościoła na świecie i nowej ewangelizacji.

Kontakt:
jacek.dziedzina@gosc.pl
Więcej artykułów Jacka Dziedziny

 

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zobacz także