Nowy numer 44/2020 Archiwum

Bóg żebrze o miłość

O nawróceniu na targu i pierwszym „frankowiczu” opowiada o. Rufin Andrzej Kyc OFM z Leżajska.

Po swoim nawróceniu Franciszek lubił nazywać siebie „simplex et idiota”. Miał ogromną świadomość swej kruchości i głodów. Słowo „idiota” trzeba odczytać jako „niemistrz”, jako ktoś, kto nie ma ludzkiego autorytetu. Przygoda kontemplacji rozpoczyna się, gdy Franciszek świadomie wchodzi w proces nawrócenia, wie, że jego życie nie jest udane, nie jest dobre i dalekie od ideału. Ma świadomość, że marzenia i gonitwa za nimi nie są w stanie zapełnić pustki, która od jakiegoś czasu daje mu się we znaki. Przychodzi pierwszy kryzys, pęknięcie, które popycha go do tego, by szukać gdzie indziej. Nie lubi tego rozdarcia w sobie, szybko wraca do starych sposobów, by przestać myśleć o głodzie Boga.

Tak naprawdę po raz pierwszy Franciszek doświadcza Boga w inny niż dotąd sposób na… targu. Banalna sytuacja: sprzedaje płótna, zajęty jest handlem, podchodzi do niego biedak i prosi „dla miłości Bożej” o pieniądze. Franciszek zbywa go, ale po chwili zostawia wszystko i zaczyna go z niepokojem szukać. Gdy go odnajduje, doświadcza spotkania Boga Chwały w skrajnym ubóstwie – Boga żebrzącego o miłość… Od tej pory będzie Go kontemplował w trędowatych, rannych i biednych, nie tylko chrześcijanach, ale i muzułmanach. Zaczyna zauważać Boga ukrytego w kenosis: zmarginalizowanych i zranionych grzechem, kontemplować Boga w ubóstwie i poniżeniu kapłanów upadających w ciężkie grzechy, w małych jagniątkach prowadzonych na rzeź, w pniu ściętego drzewa, któremu pozostawiono tylko jedną odrośl. Oddycha kontemplacją. Gdy Tomasz z Celano mówi o modlitwie Franciszka, stwierdza, że był nie tylko osobą modlącą się, ale sam stał się modlitwą.

W późnym średniowieczu Bóg był traktowany jak feudalny pan, którego należało się przede wszystkim bać. Franciszek wprowadza nową koncepcję Boga i nową relację z Nim. Zwraca uwagę na człowieczeństwo Jezusa. Modli się w bardzo śmiały sposób: „Abym tylko Ciebie kochał, o Tobie tylko myślał, Ciebie tylko pragnął, tylko Ciebie miał na ustach i w sercu”. Rodzi się w nim ogromne pragnienie zjednoczenia się z Jezusem. Zaskakujące, że nas to dzisiaj dziwi, ale Franciszek, naśladując Jezusa, chce… przeżyć Jego życie. Wejść w Jego życie nie tylko duchowo, ale także swym ciałem. Nie widzi innej drogi niż radykalne wejście w pragnienie upodobnienia się do Jezusa, dosłowne przyjmowanie Ewangelii i posłuszeństwo Kościołowi świętemu.

Kiedy doświadcza swojej nędzy i grzechu, odkrywa, że Bóg woła go wtedy po imieniu. Otwiera się na prawdę o swoim grzechu i grzechu braci. Nie robi tego jednak dla samopotępienia albo by potępiać, ale schodzi niemalże do piekła nędzy, którym jest grzech, po to, by być miłosiernym. Czyni to, bo sam doświadczył miłosierdzia. Zauważa wówczas, że to, co dotąd było gorzkie i przykre, dzięki bliskości Pana staje się słodyczą duszy i ciała. Z czasem miejsce i czas nie są przeszkodą do modlitwy i kontemplacji. Kontempluje słodycz oblicza Jezusa w pustelniach i na tłocznych ulicach. Zaczyna jednoczyć się z Bogiem dosłownie wszędzie, a o własnym ciele zaczyna mówić, że jest „jedyną zasłoną” między nim a Bogiem.

Ciągle wraca doświadczenie spotkania z żebrakiem. Franciszek ma niezwykłą intuicję, że spotka w nim Wielkiego Jałmużnika i dając Mu niewiele w zamian, otrzymuje wszystko, stokroć więcej, niż miał dotąd. Otrzymuje braci, siostry, trędowatych i cały świat stworzony. Jest pierwszym pozytywnym „frankowiczem”, bo wie, że żyje z miłości Jezusa, na kredyt, którego nigdy nie będzie w stanie spłacić. Jego mistyka to dosłowne przyjęcie Ewangelii. Wie, że absolutnie wszystko, co go spotyka, jest łaską.•

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama