Nowy numer 48/2020 Archiwum

Z misją w ojczyźnie papieża

O posłudze w placówkach dyplomatycznych, Światowych Dniach Młodzieży w Panamie oraz doświadczeniach związanych z zarazą opowiada abp Mirosław Adamczyk, nuncjusz apostolski w Argentynie.

Ks. Maciej Świgoń: Czy Ksiądz Arcybiskup tęskni już za Argentyną?

Abp Mirosław Adamczyk: Trudno powiedzieć, żebym tęsknił, bo nigdy w życiu tam nie byłem... Wakacje w Polsce są dobre, jednak przez pandemię koronawirusa trochę przedłużone. Nie ulega wątpliwości, że chciałbym już pojechać do Argentyny, ale w tej chwili nie ma regularnych lotów do Ameryki Południowej.

W Afryce Zachodniej miał już Ksiądz Arcybiskup styczność z epidemią.

Jest jednak wiele różnic. Epidemia eboli była regionalna i ograniczała się do trzech krajów – Sierra Leone, Liberii oraz stolicy Gwinei – Konakry. Mimo wszelkich środków ostrożności nigdy nie byliśmy tak izolowani, jak w przypadku koronawirusa. Inne jest również źródło zakażenia. W przypadku eboli następowało to przez dotyk drugiego człowieka, a koronawirus przenoszony jest drogą kropelkową. Pamiętam taką scenę: kiedy byłem w Monrovii (stolicy Liberii), pewnego razu przejechała obok mnie kolumna jadących na sygnale samochodów, którą wysłano do chorego. Na początku jechała policja, następnie wojsko, ambulans, a na końcu karawan. Wtedy pomyślałem sobie o trędowatym z Ewangelii – jak on się czuł? Człowiek chory, cierpiący, potrzebujący pomocy, a z drugiej strony wykluczony ze społeczeństwa, stający się dla innych zagrożeniem. Jest to niezwykle bolesne doświadczenie, kiedy nie można przytulić swojego syna, ojca czy matki, ale trzeba ich odseparować, żeby nie umarli pozostali członkowie rodziny. Chory może mieć także poczucie winy, że ktoś przez niego mógł się zarazić. Takie momenty powinny uświadomić nam, że każdy chory potrzebuje pomocy, może nawet izolacji, ale nigdy wykluczenia, postawienia poza społeczeństwem.

Ostatnio posługiwał Ksiądz Arcybiskup jako nuncjusz apostolski w Panamie, również podczas ubiegłorocznych Światowych Dni Młodzieży.

Muszę przyznać, że nigdy wcześniej nie uczestniczyłem w Światowych Dniach Młodzieży. To był mój pierwszy raz. Przede wszystkim trzeba podkreślić, że są to dni dla młodzieży i czasami my, ludzie starsi, możemy tego nie rozumieć. Pamiętam, jak w Panamie zaczęto krytykować tę inicjatywę. Mówiono, że będzie jakieś załamanie związane z brakiem różnych rzeczy, tłum ludzi będzie przeszkadzał. Były pomysły, żeby młodzież poszła sobie poza miasto. Tymczasem gdy przyszła ta fala młodości, entuzjazmu i zalała całą Panamę, wszyscy byli zadowoleni i podpisywali się jako ojcowie tego sukcesu. Druga refleksja związana jest z wizytą Ojca Świętego. Ludzie młodzi potrzebują w swoim życiu przewodnika, pielgrzyma wiary i nadziei. W spotkaniach centralnych brało udział ok. 700 tys. osób. Patrząc od ołtarza, nie dało się nikogo odróżnić. Jednak papież Franciszek nawiązywał z nimi kontakt, a oni z nim. Moc i potęga słowa Bożego!

Czy tamto spotkanie mogło mieć związek z nominacją na nuncjusza w Argentynie?

Tego nie wiem. Czekając na wyjazd do Argentyny, chcę pojechać do Rzymu, aby – tak jak każdy nuncjusz przed nową misją – spotkać się z papieżem. Może wtedy więcej się dowiem... (śmiech) Wyobrażam sobie, że zainteresowanie papieża Kościołem w Argentynie jest szczególne. W każdym razie zmiana była dla mnie niespodzianką, ponieważ zacząłem pracę w Panamie w 2017 roku. Myślałem, że będę tam jeszcze ze 2–3 lata.

To znaczy, że nuncjusz musi być zawsze przygotowany na zmianę placówki?

Oczywiście. W lipcu minęło 27 lat, odkąd pracuję w dyplomacji, a Argentyna jest moją 9. placówką. Nie ma tu mowy o żadnej kadencyjności – jest dyspozycyjność i posłuszeństwo. Pamiętam taką historię z Madagaskaru – sąsiadem nuncjatury był ambasador brytyjski. Pewnego razu powiedział, że po 4 latach dyplomata staje się bezużyteczny, bo zaczyna myśleć tak jak ludzie na miejscu. To przemieszczanie się daje świeżość spojrzenia. Papież chce mieć swoich przedstawicieli, którzy żyją w Kościele lokalnym, ale nie są z danego kraju; takie spojrzenie kogoś, kto tam żyje. Kiedy rozpoczynałem pracę w Panamie, powiedziałem, że na lata, które tam spędzę, będę Panamczykiem. To nie był żaden frazes czy piękne zdanie, ale moje przekonanie wynikające z wielu lat doświadczenia. Gdy jestem w jakimś kraju, wtedy żyję tym krajem, życiem narodu i Kościoła. A z drugiej strony ciągle jestem – tak jak inni –wysłannikiem papieża. To misja na kilka lat, a potem zmiana.

Prawie jak wikariusz…

Może i trochę gorzej… (śmiech) Przeniesienie się z jednej parafii do drugiej jest wyzwaniem, ale przeniesienie się z jednego kontynentu na drugi – to już jest wyczyn. Pamiętam, gdy wyjeżdżałem z Rzymu na Madagaskar, miałem jeden kufer. W tej chwili jest ich 6, mimo że ograniczam się do rzeczy najpotrzebniejszych.

Jakie to jest uczucie być reprezentantem papieża – Piotra naszych czasów?

To wielka godność i odpowiedzialność. Jest to również honor. Na przykład w Panamie ludzie przysyłali listy do nuncjatury z prośbą, żeby zainterweniować w sądzie w sprawach majątkowych. Im się wydawało, że papież faktycznie może pomóc. Ale trzeba pamiętać, że bycie nuncjuszem – reprezentantem Ojca Świętego w danym kraju – to przede wszystkim nasza praca dla jedności Kościoła. Musimy być świadomi, że nas – katolików jest bardzo dużo. Mamy przecież wiele Kościołów lokalnych, tradycji, kultur etnicznych, zwyczajów, a my chcemy być jednym Kościołem, który się różni, ale w sprawach wiary jest wciąż jeden – ten sam, z taką samą wiarą, sakramentami, z tym samym pasterzem. Naszą pracą jest jedność Kościoła, łączenie dwóch rzeczywistości – Kościoła lokalnego i powszechnego.

Jako hasło biskupiego posługiwania wybrał Ksiądz Arcybiskup słowa: „A nadzieja zawieść nie może”. Nadzieja jest nam dzisiaj bardzo potrzebna.

Nadzieja jest nam zawsze potrzebna. Kiedy o niej mówię, to używam przykładu francuskiego poety Charles’a Péguy, który przedstawia trzy cnoty teologalne – wiarę, nadzieję i miłość – jako siostry. Dwie są dorosłe, trzecia jest dziewczynką. Idą, trzymając się za ręce. Patrząc na nie, człowiek ma wrażenie, że starsze prowadzą młodszą. Tymczasem jest inaczej – to młodsza siostra prowadzi starsze. To właśnie jest nadzieja. Potrzebujemy jej nie tylko do pogłębiania ludzkiego optymizmu, ale także naszej wiedzy o rzeczach ostatecznych. Ostatnio wszystko się załamało. Przez pandemię możemy zauważyć naszą kruchość, kruchość świata, sposobu życia. Z drugiej strony zauważamy strach przed drugim człowiekiem, bez którego jednak nie poradzilibyśmy sobie. I odkrywamy, że jesteśmy istotą społeczną. W Liberii, po kilku miesiącach kwarantanny z powodu eboli, kiedy trochę rozluźniono obostrzenia, ludzie bardzo się ucieszyli z tego, że mogą być razem. Mam nadzieję, że tegoroczna izolacja i kwarantanna, która pozamykała nasze kościoły, pozwoli nam na odkrycie radości bycia razem w wierze. Wielu ludziom brakowało Mszy św. Trzecia sprawa to sens ludzkiego życia. Nadzieja nam w tym pomaga. Pan Bóg jest z nami od początku do końca. On jest z nami zawsze. Chce, byśmy byli szczęśliwi, a my mamy tę dodatkową pewność, że Bóg dał nam życie, które się nie kończy, ale zmienia. To jest fundament naszej wiary.

W herbie Księdza Arcybiskupa na niebieskim tle znajdują się kotwica i morze, zaś na zwieńczeniu pastorału wizerunek Matki Bożej Częstochowskiej. Czy te znaki mają przypominać Księdzu Arcybiskupowi o Polsce i Pomorzu, z których pochodzi?

Morze, bo urodziłem się w Gdańsku. Kotwica to symbol nadziei. Pastorał podarował mi kardynał Rauber, który był prezydentem Papieskiej Akademii Kościelnej, gdy studiowałem w Rzymie. To on zamówił go u Mieczysława Różyckiego, gdańskiego rzemieślnika. Miał być wykonany na wzór gotycki, z kutego srebra. W kurwaturze początkowo miała być scena zwiastowania, ale pan Różycki zaproponował, by umieścić tam bursztynowy wizerunek Matki Bożej Częstochowskiej, a poniżej krzyż. To dla mnie bardzo cenny pastorał, używam go z radością.

Co Ksiądz Arcybiskup odczuwa za każdym razem, gdy wraca do Polski?

Do Polski przyjeżdżam przy okazji wakacji. Gdy pracowałem na Węgrzech lub w Belgii, te dystanse do naszego kraju były inne niż z Panamy czy Argentyny, gdzie leci się samolotem 10, 12 godzin. W 1989 roku, gdy wyjeżdżałem do Rzymu, w Polsce była końcówka komunizmu, gospodarka znajdowała się w kiepskiej kondycji ekonomicznej. Ale ostatnie lata to ogromny postęp gospodarczy. Widzę, jak podnosi się poziom ludzkiego życia, a także elegancja naszych miast i wiosek.

Jakie, zdaniem Księdza Arcybiskupa, jest najważniejsze współczesne zadanie dla Kościoła powszechnego?

Cały czas jest ono takie samo: „Nawracajcie się i wierzcie w Ewangelię”, czyli to, co powiedział do nas Pan Jezus. My musimy cały czas głosić słowo Boże. Tu nic się nie zmienia. Zmienia się tylko świat, który wciąż potrzebuje słowa Bożego i naszej posługi. Mamy więc zadanie: robić tylko to, do czego powołał nas Chrystus. I pamiętajmy, by być blisko ludzi i ich problemów.

Czego można życzyć Księdzu Arcybiskupowi?

Przede wszystkim zdrowia i sił. A w nowej misji – żebym potrafił zrozumieć Argentyńczyków, aby mnie przyjęli i byśmy razem pracowali dla Kościoła.•

Abp Mirosław Adamczyk

pochodzi z archidiecezji gdańskiej. 27 kwietnia 2013 r. przyjął sakrę biskupią w archikatedrze oliwskiej po tym, jak papież Benedykt XVI mianował go nuncjuszem apostolskim w Liberii. Posługiwał m.in. w Gambii, Sierra Leone i Panamie. 22 lutego 2020 r. został nuncjuszem apostolskim w Argentynie.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama