Nowy numer 47/2020 Archiwum

Karty na stole

Londyn jest przekonany, że pandemia wzmocniła jego pozycję negocjacyjną wobec Brukseli w sprawie umowy handlowej. W nie mniejszym stopniu przekonana jest Bruksela, że to ona rozdaje karty.

Koronawirus przykrył trochę problem brexitu, ale przecież go nie rozwiązał. Wielka Brytania od 1 stycznia formalnie nie jest już członkiem Unii Europejskiej. Jednak do końca roku ma trwać okres przejściowy, w którym Londyn podlega jeszcze unijnym przepisom, choć nie ma już prawa głosu w unijnych instytucjach. W międzyczasie toczy się zawzięta walka o umowę, która ma regulować wzajemne stosunki, przede wszystkim gospodarcze, między Wyspami a Wspólnotą. Londynowi zależy, by zachować większość korzyści, jakie dawało członkostwo w UE, Brukseli – by odejście nie było dla Londynu całkiem bezbolesne. Chodzi o to, by dać sygnał innym potencjalnym „exitowcom”, że wyjście z Unii wiąże się z odczuwalnymi stratami. A potencjalni „exitowcy”, zwłaszcza we Włoszech, przyglądają się negocjacjom z Londynem z wielką uwagą. Na Downing Street 10 panuje przekonanie, że zwłaszcza w dobie pandemii to krajom unijnym bardziej zależy na dobrej umowie, więc można stawiać wygórowane żądania. W Brukseli z kolei rośnie pewność, że to osamotniona Brytania jest skazana na współpracę i zmuszona przyjąć narzucone warunki. Sytuacja zaczyna przypominać trochę wahania na rynku nieruchomości, gdzie sprzedający i kupujący przekonują, że ich pozycja negocjacyjna jest korzystniejsza i dlatego mogą dyktować warunki cenowe zakupu/sprzedaży. Różnica polega na tym, że w przypadku relacji Unia Europejska–Wielka Brytania nie chodzi o jednorazową transakcję, tylko o takie ułożenie relacji, by były korzystne dla obu stron przez dziesięciolecia.

Żadnych widoków

Pod koniec lipca doszło do kolejnej odsłony przeciągających się negocjacji w sprawie porozumienia o wolnym handlu. Negocjatorzy z Brukseli mówili otwarcie, że przy postawie Londynu zawarcie porozumienia w najbliższym czasie jest mało prawdopodobne. Tymczasem premier Boris Johnson liczył na zamknięcie tematu do września. Tak naprawdę, odkąd Wielka Brytania formalnie opuściła Unię, rozmowy w sprawie umowy handlowej i innych porozumień utknęły w martwym punkcie. Każda ze stron oskarża drugą o brak chęci pójścia na kompromis. Główny negocjator z ramienia UE, Francuz Michel Barnier, powiedział, że Londyn „nie okazał woli przełamania impasu”. Jego brytyjski odpowiednik David Frost uznał, że propozycje Unii nie spełniają oczekiwań Wielkiej Brytanii, która chce, by „traktowano ją jak niezależny kraj”.

Najtrudniejsze kwestie, na których utknęły negocjacje, dotyczą trzech obszarów: gwarancji uczciwej konkurencji, równych szans i rybołówstwa. Unijni negocjatorzy oskarżają Londyn o to, że konsekwentnie odmawia zobowiązania się do przestrzegania warunków otwartej i uczciwej konkurencji oraz nie chce słyszeć o kompromisie w sprawie rybołówstwa. Dla Brytyjczyków kluczowe są trzy nieprzekraczalne czerwone linie (tak zostały zdefiniowane w oficjalnym dokumencie negocjacyjnym, dostępnym na stronach rządu brytyjskiego i w sprawozdaniach unijnego negocjatora). Po pierwsze: gwarancja, że Europejski Trybunał Sprawiedliwości w Luksemburgu (nie mylić z Europejskim Trybunałem Praw Człowieka w Strasburgu) nie będzie miał żadnego wpływu na decyzje i regulacje w Wielkiej Brytanii – chodzi o to, by wszelkie umowy, jakie Wyspy będą zawierać z państwami trzecimi, oraz wewnętrzne regulacje nie były podważane przez unijny trybunał, gdy ten uzna, że brytyjskie prawo narusza zasady wolnego handlu. A właśnie naruszania zasad wolnego rynku obawiają się unijni negocjatorzy, bo brak możliwości odwołania do ETS postawi Londyn w korzystniejszej sytuacji. Po drugie: kwestie rybołówstwa. Brytyjczycy chcą mieć gwarancję, że brexit zmienia sytuację w sposób faktyczny, a nie tylko symboliczny, i chcą mieć pełną kontrolę nad połowami na swoich wodach terytorialnych. Nie zgodzą się na unijne limity połowów i jednocześnie chcą decydować, na jakich warunkach z połowów na ich wodach może korzystać Unia.

Ryba na ostrzu noża

Nie zrozumiemy impasu, jaki panuje w tych negocjacjach, jeśli nie przyjmiemy do wiadomości, że te dwie kwestie to być albo nie być dla Brytyjczyków, jeśli brexit ma być czymś odczuwalnym. Johnson już na początku stycznia obiecał „ożywienie rybołówstwa” po uwolnieniu od unijnych regulacji. Unijni negocjatorzy stawiają sprawę równie jasno, mówiąc, że od porozumienia wokół tej kwestii zależy los porozumień w pozostałych kwestiach. Wręcz zagrozili Londynowi, że będzie musiał zgodzić się na wszystko… albo nie dostanie nic.

Londyn z kolei swoją pozycję negocjacyjną opiera na fakcie, że kraje unijne na wodach brytyjskich prowadzą połowy o rocznej wartości ok. 700 mln euro. Dla porównania: rybacy brytyjscy na wodach należących do wszystkich państw unijnych zarabiają w sumie niespełna 160 mln euro. Wydaje się, że rachunek jest prosty, a sytuacja działa na korzyść Londynu. Z tego też wynikają podjęte już przez tamtejszy rząd decyzje: tylko do końca tego roku rybacy z krajów UE mają mieć prawo do połowów na brytyjskich wodach, a od 1 stycznia 2021 roku wspólna polityka dotycząca rybołówstwa ma przejść do historii. Dla rybaków z Unii oznaczać to może poważne tąpnięcie, dlatego Bruksela tak mocno walczy o tę kwestię. Ale i Londyn stawia to na ostrzu noża, bo przypomina, że mimo warunków naturalnych obecnie rybołówstwo stanowi mniej niż pół procent całego brytyjskiego PKB, co ma się zmienić na korzyść po wyjściu ze wspólnej polityki rybołówstwa, odejściu od limitów połowów i udostępniania swoich wód rybakom unijnym.

Albo rybki, albo banki?

Bruksela jednak wie, w który punkt może próbować uderzyć, by zmiękczyć stanowisko Londynu w sprawie połowów. Chodzi o sektor finansowy. Powołuje się tutaj na wyliczenia analityków z działającego na brukselskim podwórku think tanku Bruegel, z których wynika, że brytyjski sektor finansowy może stracić kilkadziesiąt tysięcy miejsc pracy przy braku porozumienia regulującego wzajemne relacje. Ale co ważniejsze – bez porozumienia brytyjski sektor bankowy i ubezpieczeniowy straci możliwość swobodnego działania w krajach unijnych. Rząd Johnsona musi zatem liczyć się z tym, że będzie musiał wybierać między zapewnieniem korzyści dla rybaków (i wszystkich związanych z rybołówstwem branż) a gwarancjami dla sektora finansowego. Londyn chce bowiem nadal mieć dostęp do unijnego rynku ubezpieczeniowego i bankowego, ale bez przyjmowania na siebie regulacji unijnych. Jeśli jego pozycja negocjacyjna jest tu mimo wszystko silna, to wynika ona z faktu, że Londyn i tak pozostaje globalnym centrum finansowym, niezależnie od tego, że część firm przenosi swoje siedziby do krajów unijnych. I to brytyjskie firmy ubezpieczeniowe pozostają liderami w tym sektorze. Dlatego Bruksela nie ma całkowitej swobody w szantażowaniu Londynu odcięciem go od unijnego rynku.

Każdemu zależy

Obu stronom tak samo zależy na porozumieniu. Obie strony na braku porozumienia bardzo stracą. Jest tego świadomy brytyjski negocjator, gdy mówi: „Pomimo wszystkich trudności na podstawie pracy, którą wykonaliśmy w lipcu, oceniam, że porozumienie można jeszcze osiągnąć we wrześniu i że powinniśmy kontynuować negocjacje, mając na uwadze ten cel. Istnieją punkty styczne w wielu obszarach, a także liczne precedensy, na których możemy oprzeć naszą pracę”. W podobnym pojednawczym tonie zdaje się wypowiadać unijny negocjator. Barnier skupił się na podkreślaniu „pewnych pozytywnych zmian” podczas lipcowych rozmów na temat… sposobu rozstrzygania przyszłych sporów dotyczących nowej umowy UE–Wielka Brytania. Brzmi to trochę zabawnie, że za sukces i postęp w negocjacjach uznaje się porozumienie w kwestii przyszłego rozstrzygania sporów dotyczących umowy… której ciągle nie ma. Ale dobre i to. W dyplomacji liczą się również takie sygnały. Problem w tym, że to nie uspokaja firm po obu stronach sporu, które nerwowo oczekują na realne rozstrzygnięcia w na razie nienaruszalnych punktach spornych. Bez umowy regulującej przyszłe przepływy handlowe między UE a Wielką Brytanią może dojść do poważnego chaosu na granicy unijno-brytyjskiej. Przedsiębiorcy, liczący straty wywołane pandemią, nie potrzebują kolejnego zastrzyku adrenaliny.•

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Jacek Dziedzina

Dziennikarz działu „Świat”

W „Gościu" od 2006 r. Studia z socjologii ukończył w Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. Pracował m.in. w Instytucie Kultury Polskiej przy Ambasadzie RP w Londynie. Laureat nagrody Grand Press 2011 w kategorii Publicystyka. Autor reportaży zagranicznych, m.in. z Wietnamu, Libanu, Syrii, Izraela, Kosowa, USA, Cypru, Turcji, Irlandii, Mołdawii, Białorusi i innych. Publikował w „Do Rzeczy", „Rzeczpospolitej" („Plus Minus") i portalu Onet.pl. Autor książek, m.in. „Mocowałem się z Bogiem” (wywiad rzeka z ks. Henrykiem Bolczykiem) i „Psycholog w konfesjonale” (wywiad rzeka z ks. Markiem Dziewieckim). Prowadzi również własną działalność wydawniczą. Interesuje się historią najnowszą, stosunkami międzynarodowymi, teologią, literaturą faktu, filmem i muzyką liturgiczną. Obszary specjalizacji: analizy dotyczące Bliskiego Wschodu, Bałkanów, Unii Europejskiej i Stanów Zjednoczonych, a także wywiady i publicystyka poświęcone życiu Kościoła na świecie i nowej ewangelizacji.

Kontakt:
jacek.dziedzina@gosc.pl
Więcej artykułów Jacka Dziedziny

 

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zobacz także