Nowy numer 48/2020 Archiwum

Duszpasterstwo na kolanach

Opieka duszpasterska, sprawowana wyłącznie w granicach terytorialnych parafii, wydaje się przestarzała – czytam w watykańskiej instrukcji o nawróceniu duszpasterskim parafii.

A ja myślę, że przynależność do parafii bardzo usprawnia jej funkcjonowanie. Choćby dlatego, że kiedy ktoś przychodzi po zaświadczenie, że np. może być ojcem chrzestnym, ksiądz musi wziąć odpowiedzialność za stwierdzenie, że to osoba wierząca i praktykująca. Obserwuję, że niektórzy – mówiąc kolokwialnie – uprawiają pielgrzymki międzyparafialne, chodzą od kościoła do kościoła, ale nie identyfikują się z żadnym. Zadaniem proboszcza jest budowanie wspólnoty parafialnej. A taka wędrówka sprawia, że człowiek ma mentalność kempingową – jestem na jednym kempingu, kierownik mi się nie podoba, więc jadę na inny. Do mojej parafii także przychodzą i identyfikują się z nią ludzie spoza naszego terytorium. Ale ogólnie idea pomijania terytorialności jest ładna w teorii, a w praktyce trochę komplikuje duszpasterstwo. Jaka jest przyczyna takiego braku więzi z parafią? Intencje pewnie są różne. Znam osoby, które np. zwracają uwagę na sposób sprawowania liturgii.

Ważne jest, żeby każdy wierny identyfikował się ze wspólnotą parafialną, brał odpowiedzialność za nią, ona zaś ma brać odpowiedzialność za niego. To jest wyzwanie dla Kościoła – znaleźć sposób na to, żeby wierny miał potrzebę identyfikacji ze wspólnotą. Doświadczenie moje i kolegów proboszczów z okresu pandemii jest takie, że po zniesieniu ograniczeń pierwsi wracali do kościołów ci, którzy byli w różnych grupach czy ruchach. Wspólnoty parafialne są konieczne. Wydaje mi się, że to wynika z naturalnej dla człowieka potrzeby budowania trwałych relacji z innymi. Udział we Mszy św. raz na tydzień takich relacji nie zbuduje. W mniejszych miejscowościach może to wykonalne, ale nie w mieście. Potrzeba natomiast światła Ducha Świętego, żeby wspólnoty ze sobą nie rywalizowały. Jeśli ktoś silnie zidentyfikuje się ze swoją grupą, to na inne patrzy nieufnie. Doświadczenie pokazuje mi, że konieczne są małe wspólnoty, ale też widzę, że przychodzą osoby, które nie mają potrzeby przynależności do wspólnoty. Mają potrzebę zwyczajnego duszpasterstwa sakramentalnego – Mszy św., spowiedzi, adoracji. I to nie oznacza, że się nie identyfikują z parafią i nie żyją w relacji.

W jaki sposób parafia powinna wychodzić do ludzi? Moje doświadczenie jest takie, że wychodzenie do ludzi przez różne inicjatywy przynosi jakiś skutek, ale to jest tak jak w rodzinie: najbliżsi sercu są rodzice i dzieci – najpierw troszczę się o nich. Robię wszystko, żeby parafialną rodzinę powiększyć, ale nie mogę pogubić tych, którzy już są. Brałem udział w wielu akcjach, które kosztowały dużo wysiłku, a dawały marny efekt. W kościele mamy adorację wieczystą i ludzie sami się znajdują. Widzę, jak wiele Pan Jezus czyni, kiedy trwamy na kolanach.

Czasem wydaje się, że podczas pozyskiwania innych dla Chrystusa pomija się Chrystusa. Liczymy tylko na siebie. Słabość apostolstwa polega na tym, że pozwalamy Panu Bogu działać tylko czasem.•

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama