Nowy numer 48/2020 Archiwum

Każdą krzywdę da się przebaczyć

Nie zmuszą mnie niczym do tego, bym ich nienawidził - napisał kardynał Stefan Wyszyński w dzienniku "Pro memoria" w Wigilię 1953 roku - w pierwszą i najtrudniejszą Wigilię internowania.

Powodów do poczucia krzywdy, ale tyle samo do otaczania innych modlitwą i do przebaczania, miał wiele. Nieustannie dostarczali ich pilnujący prymasa funkcjonariusze Urzędu Bezpieczeństwa i ich mocodawcy w Warszawie. Dawny klasztor, w którym Wyszyński został osadzony, władze zamieniły w twierdzę pilnowaną przez niemal stu żołnierzy Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Z powodu zepsutych i zamarzniętych instalacji hydraulicznych w budynku panował chłód i wilgoć, na ścianach korytarza zimą osiadał szron. To wszystko wpłynęło na pogorszenie zdrowia kardynała Wyszyńskiego, któremu dokuczał reumatyzm, bóle nerek i głowy.

Od warunków fizycznych, w jakich władze stalinowskie trzymały prymasa Polski, gorsze były jednak różnorakie szykany psychiczne, których mu nie szczędzono. Więzień był nieustannie śledzony i podsłuchiwany - podsłuchy zainstalowano w celi, a także w ogrodzie, dokąd mógł wychodzić. Ksiądz Stanisław Skorodecki i siostra zakonna Maria Leonia Graczyk, przysłani przez władze do posługi prymasowi, byli więźniami politycznymi, którzy pisali dla UB codzienne donosy. Szykany wobec Wyszyńskiego miały wiele odcieni: wstrzymywano jego korespondencję z rodziną, nie pozwolono na widzenie się z chorym ojcem, długo odwlekano wizyty lekarza itd. Ale najdotkliwszy był fakt, że prymas był przetrzymywany bez procesu i wyroku, bez możliwości obrony, ze świadomością, że może w ogóle nie wyjdzie na wolność, że może wzorem innych więzionych i skrycie mordowanych zostanie pozbawiony życia albo też wywieziony w głąb Rosji. Był to rodzaj fizycznego i moralnego męczeństwa. "Siedzę bezprawnie, przestępstwo moje nie zostało prawnie ujęte i sformułowane, nie dano mi prawa obrony, skazano zaocznie" - pisał kardynał.

Nieprzyjaciół zamieniać w uczuciach na braci

To musiało być dla niego szczególnie dotkliwą torturą psychiczną. Przecież dopiero po roku władze pozwoliły mu pisemnie odnieść się do zarzutów sformułowanych w dekrecie rządu o aresztowaniu, a odczytanych w chwili zatrzymania 25 września 1953 roku. Na ten list skierowany do prezydium rządu i na dwa inne pisane z miejsca internowania prymas nigdy nie uzyskał odpowiedzi.

Uwięzienie było dla Stefana Wyszyńskiego rodzajem wielkiej próby. 31 grudnia 1953 roku, robiąc rachunek sumienia z "przewodniej cnoty - miłości", zapisał: "Pragnę być jasny. Mam głębokie poczucie wyrządzonej mi przez rząd krzywdy. (…) Pomimo tego nie czuję uczuć nieprzyjaznych do nikogo z tych ludzi. Nie umiałbym zrobić im najmniejszej nawet przykrości. Wydaje mi się, że jestem w pełnej prawdzie, że nadal jestem w miłości, że jestem chrześcijaninem i dzieckiem mojego Kościoła, który nauczył mnie miłować ludzi i nawet tych, którzy chcą uważać mnie za swoich nieprzyjaciół, zamieniać w uczuciach na braci".

Następnego dnia, 1 stycznia 1954 roku, dodał zaś: "Odnawiam najlepsze swoje uczucia dla wszystkich ludzi. Dla tych, co mnie teraz otaczają najbliżej. I dla tych dalekich, którym się wydaje, że decydują o moich losach, które są całkowicie w rękach mego Ojca Niebieskiego. Do nikogo nie mam w sercu niechęci, nienawiści czy ducha odwetu. Pragnę się bronić przed tymi uczuciami całym wysiłkiem woli i pomocą łaski Bożej. Dopiero z takim usposobieniem i z takim uczuciem mam prawo żyć. Bo tylko wtedy życie moje będzie budowało Królestwo Boże na ziemi".

Szczyt miłości chrześcijańskiej

Prymas uważał, że "nie ma takiej krzywdy, której nie można by przebaczyć!". Jest to oznaką zwycięstwa "mądrości, rozsądku i miłości". Bo miłować nieprzyjaciół to "jest szczyt chrześcijaństwa i szczyt postępu ludzkości". Kochać i "umieć modlić się za nich. O co? - O miłość dla nich! Jest to rzecz trudna, nawet bardzo trudna, ale najważniejsza". Notował: "Jak szczytem prawdy chrześcijańskiej jest nauka o Trójcy Świętej, tak szczytem miłości chrześcijańskiej jest nauka o miłości nieprzyjaciół. »Zło dobrem zwyciężaj«".

W czasie uwięzienia na okładkach brewiarza miał zapisaną intencję: "za Ojczyznę i Jej Prezydenta", i za tych, "co z Kościołem walczą". Modlił się więc za Bolesława Bieruta, odpowiedzialnego za stalinowskie zbrodnie w Polsce i za jego internowanie, nie mając do niego żalu, uważał jedynie, że "nie wypełnił [on] obowiązku obrony obywatela pozbawionego wbrew prawu wolności". Modlił się za wicemarszałka sejmu Franciszka Mazura, obłudnego partnera rozmów, za Edwarda Ochaba odpowiadającego w Biurze Politycznym KC PZPR za kształtowanie polityki wobec Kościoła oraz za Antoniego Bidę, szefa Urzędu ds. Wyznań, odpowiedzialnego za walkę z Kościołem. Modlił się też "za partię, UB, więziennych dozorców".

Sen z Bierutem

Kiedy 12 marca 1956 roku w Moskwie zmarł nagle na atak serca Bolesław Bierut (nieoficjalnie podejrzewano otrucie), Wyszyński, izolowany wówczas w Komańczy, odprawił za jego duszę mszę świętą i na kilka dni na znak żałoby zaprzestał spacerów. Bierut umarł obłożony przez Piusa XII ekskomuniką za współudział w uwięzieniu prymasa Polski. "Dla mnie ta okoliczność jest wyjątkowo ciężka, że z mego powodu stanęła jeszcze jedna przeszkoda między sprawiedliwym Sędzią a zmarłym - pisał kardynał. - (…) Tym więcej pragnę modlić się o miłosierdzie Boże dla człowieka, który tak bardzo mnie ukrzywdził".

Bardzo go poruszyło, że Bierut przyśnił mu się zaraz po śmierci (w nocy z 12 na 13 marca): rozmawiali, idąc Krakowskim Przedmieściem w Lublinie. "Tyle razy w ciągu swego więzienia modliłem się za Bolesława Bieruta. Może ta modlitwa nas związała tak, że przyszedł po pomoc - zastanawiał się w długiej notce poświęconej zmarłemu. - Oglądałem się za nim we śnie - i nie zapomnę o pomocy modlitwy. Może wszyscy zapomną o nim rychło, może się go wkrótce wyrzekną, jak dziś wyrzekają się Stalina - ale ja tego nie uczynię. Tego wymaga ode mnie moje chrześcijaństwo".

Te słowa prymas zapisał 13 marca 1956 roku, w trzecim roku uwięzienia. To, co ze zwykłego ludzkiego punktu widzenia wydaje się niepojęte, staje się zrozumiałe w świetle wiary, która realizuje się w codziennych decyzjach i wyborach. "Przebaczenie jest przywróceniem sobie wolności, jest kluczem w naszym ręku od własnej celi więziennej" - mówił Wyszyński.

Fragment pochodzi z książki "Wyszyński - wiara, nadzieja, miłość", autorstwa Ewy K. Czaczkowskiej, Znak 2020. Książka w promocyjnej cenie jest dostępna w naszym sklepie gosc.pl.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama