Nowy numer 2/2021 Archiwum

Już jesteśmy federacją

O podziale 750 mld euro, niedemokratycznej władzy i podatku od plastiku mówi prof. Tomasz Grzegorz Grosse, politolog, socjolog i historyk.

Jakub Jałowiczor: Przestrogi przed tworzeniem federacji europejskiej słyszymy co jakiś czas. Czy unijny Fundusz Odbudowy, który ma postawić gospodarkę na nogi po epidemii, naprawdę jest krokiem w stronę unijnego państwa?

Prof. Tomasz Grzegorz Grosse: Do pewnego stopnia tak. Powołujemy instrument finansowy, który opiera się na wspólnym długu. Komisja Europejska będzie mogła emitować obligacje w imieniu wszystkich państw członkowskich, żeby tak zebrane pieniądze wydawać w ramach Funduszu Odbudowy. Taka konstrukcja fiskalna przesuwa nas w stronę państwa federalnego, bo przede wszystkim to państwa emitują dług.

Negocjacje w sprawie funduszu jeszcze się toczą. Czy możemy dziś powiedzieć, jak on będzie wyglądał?

Punktem wyjścia jest propozycja francusko-niemiecka, czyli 500 mld euro w formie grantów. KE uzupełniła ten projekt o dodatkowe 250 mld euro w formie pożyczek. Później KE i szef Rady Europejskiej Charles Michel zaproponowali taki układ: zachowujemy fundusz odbudowy w wersji KE, czyli 750 mld euro, ale obniżamy wieloletnie ramy finansowe, czyli główny budżet UE. Moim zdaniem to jest bardzo zła tendencja, niekorzystna dla Polski. Gdyby to fundusz zmniejszano na rzecz finansowania w ramach wieloletnich ram, byłoby dla nas o wiele lepiej. Prawdopodobnie kierunek negocjacji będzie jednak właśnie taki. Najbogatsze kraje dążą albo do zmniejszenia budżetu, albo do tego, żeby ich składki były jak najmniejsze dzięki rabatom.

Obligacje nie są jedynym sposobem finansowania funduszu.

Wprowadzone mają być podatki europejskie. Rzecz nie do przyjęcia w momencie, kiedy nie ma państwa europejskiego, bo zlekceważona zostaje demokratyczna zasada no taxation without representation, czyli żadnych podatków bez reprezentacji. Kto miałby kontrolę nad nowymi podatkami? Ursula von der Leyen, urzędnicy europejscy? Oni nie są wybierani w wyborach powszechnych. Gdyby chociaż wybierał ich Parlament Europejski, mieliby jakąś legitymację, ale on tylko aprobuje decyzję wynegocjowaną przez państwa. To parlamenty narodowe czuwają nad krajowymi podatkami, ale one w żaden sposób nie czuwają nad panią von der Leyen i nad tym, jak będą dystrybuowane ewentualne podatki europejskie. Idziemy więc w stronę federacji fiskalnej, zgadzając się na podatki i tak duży wspólny dług. Niektórzy prawnicy mówią, że to złamanie traktatów europejskich. Są to jedne z wielu głosów mówiących, że Unia ma poważny problem z praworządnością. Generalnie możemy oczekiwać, że powstanie fundusz i z pewnością będzie duży. Na pewno będzie za to presja na rzecz zmniejszenia wieloletnich ram finansowych.

Tak czy inaczej dostaniemy pieniądze.

Możemy się spodziewać, że środki będą przekazywane po spełnieniu jakichś warunków, w tym tych odnoszących się do praworządności. Co do podatków, to wprowadzone będą raczej te, których polski rząd nie chce, czyli od opakowań plastikowych i uprawnień do emisji CO2. Tego nie chcemy, ale akurat te dwa są najbardziej prawdopodobne.

Podwyższanie cen ­wywozu śmieci już teraz ­odczuwamy w kieszeniach. Nie zawsze mamy świadomość, że wszystko zaczyna się na poziomie regulacji KE.

Jeśli wzrost opłat za śmieci będzie tak drastyczny jak w Warszawie, to nie wiem, czy zwykłą rodzinę będzie na to stać. A kiedy dojdą do tego podatki europejskie, koszty życia bardzo wzrosną. Jest to, na marginesie, zasadniczy problem polityki ekologicznej i klimatycznej w UE – koszty są przenoszone na obywateli, a odczują to zwłaszcza ci w państwach o niższych dochodach.

Wspomniał Pan o praworządności. Wypłata środków z funduszu będzie z nią powiązana?

Nie wyobrażam sobie, żeby większość państw zgodziła się ustąpić Polsce. Oczywiście wszystko jest możliwe, póki negocjacje trwają, ale presja polityczna jest gigantyczna i jeśli nawet Polska wetowałaby to rozwiązanie, będą próby wprowadzenia go bocznymi drzwiami przez najsilniejsze państwa. To oczywiście instrument przeciw Polsce i Węgrom lub ewentualnie innym krajom, które chciałyby iść w tym samym kierunku.

W jakim?

Polska i Węgry domagają się pewnej podmiotowości w polityce europejskiej. Tego, żeby wybory społeczeństwa, jakiekolwiek by były, były szanowane. Praworządność ma wymuszać poprzez sankcje finansowe łagodzenie zbyt buńczucznych rządów narodowych, które chciałyby mieć w polityce międzynarodowej inne zdanie niż Francja i Niemcy. Istotny jest przy tym czynnik geopolityczny. Kraje Europy Środkowej odważyły się na projekty budowy struktur regionalnych, takich jak Grupa Wyszehradzka lub Inicjatywa Trójmorza, które nie podobają się Niemcom. Co więcej, niektóre, tak jak Polska, zacieśniły więzy transatlantyckie, w czasie kiedy Paryż i Berlin dążą do strategicznej autonomii wobec USA.

Na zmniejszeniu budżetu straciłby cały nasz region. Czy w negocjacjach Europa Środkowa gra do jednej bramki?

My jesteśmy tymi dobrymi, a Węgrzy złymi. Polski rząd jest bardzo proeuropejski i zgadza się na ogromną większość propozycji, nawet jeśli się nam nie opłacają. Cała idea funduszu odbudowy polega na tym, żeby pieniądze z Europy Środkowej przetransferować na południe strefy euro. Strefa euro jest projektem wadliwym, niekompletnym pod względem instytucjonalnym. W tej chwili ma być ratowana poniekąd kosztem tych, którzy dotychczas byli głównymi beneficjentami wieloletnich ram finansowych. Beneficjentami funduszu mają być kraje Europy Południowej łącznie z Francją, bogatsze od nas. Polski rząd uznaje, że propozycja KE jest korzystna również dla nas, więc przełykamy rzeczy mniej korzystne jak to, że fundusze mogą być finansowane z nowych podatków europejskich. Jesteśmy pewnie trochę zmuszeni, chcemy pokazać, że nie jesteśmy eurosceptyczni, mając nadzieję, że partnerzy to dostrzegą i przestaną nas „grillować”. Otóż to nie nastąpi.

Można temu jakoś przeciwdziałać? Z tego, co Pan mówi, wszyscy są zwolennikami funduszu.

Węgry go krytykują. Zwłaszcza zasadniczą ideę – przesuwania funduszy z ubogich krajów w Europie Środkowej do bogatszych na południu. 7-letnie budżety funkcjonowały od jakiegoś czasu, więc można było bronić status quo. Teraz wykorzystuje się COVID, żeby wprowadzić zmiany. Węgry bronią interesów Europy Środkowej, a my mieliśmy kampanię wyborczą i prezydent Duda chciał pokazać umiarkowanemu elektoratowi, że jest proeuropejski. Rząd chyba nie chciał utrudniać mu zadania, wchodząc w konflikty.

Propozycja, która leży na stole, to ponad 60 mld euro dla Polski, niewiele mniej niż dla Włoch i Hiszpanii. Nie wygląda to źle.

Nie przeczę, że te pieniądze będzie można wykorzystać, ale tylko wtedy, jeśli nie będzie warunku praworządności i innych ograniczeń. Musimy też pamiętać, że w bliskiej perspektywie układ może być korzystny, ale nie wiemy, ile później będziemy spłacać.

Według obecnej propozycji, to KE ma decydować o tym, jak zostaną wykorzystane środki.

Jeśli zostaną stworzone tzw. koperty narodowe, będzie wiadomo, ile w sumie dostanie Polska. Kryteria są kluczowe i na pewno będą inne niż w przypadku wydatków na politykę spójności i wieloletnie ramy finansowe. Z całą pewnością będą dla nas gorsze.

Spodziewa się Pan, że w lipcu negocjacje się zakończą?

Rozbieżności są zbyt duże, żeby można je było zamknąć na najbliższym szczycie.

Gdzie w tym wszystkim są ruchy antyunijne? Kilka lat temu wydawało się, że dochodzą do głosu w wielu krajach. Teraz nie wyczuły tematu?

Są dwie przyczyny ich milczenia. Pierwsza: wszystkie te ruchy są niszczone przez partie proeuropejskie przy ogromnym wsparciu ze strony unijnych instytucji, takich jak KE czy sądy europejskie. Widzimy to choćby na przykładzie wyborów w Polsce, gdzie instytucje UE angażują się bez żenady po stronie opozycji. Presja jest wywierana na wszystkie rządy zwane eurosceptycznymi, nawet jeśli – oprócz brytyjskiego – żaden z nich nie chciał wychodzić z Unii. Doświadczenie brexitu sprawiło, że presja przybrała na sile. Druga przyczyna: mamy kryzysy i pogrążone w nich kraje potrzebują europejskiego wsparcia. Często jest ono przekazywane w zamian za postawę proeuropejską i akceptowanie przywództwa francusko-niemieckiego. Jest marchewka, czyli fundusze, ale musi być i kijek na niegrzecznych polityków. To dlatego uważam, że nikt nie będzie chciał rezygnować z wiązania funduszy z praworządnością. A na pewno nie zrobi tego łatwo.

Na początku epidemii Włosi narzekali, że Unia im nie pomaga. Zanosiło się na kolejne po ­brexicie uderzenie w jedność UE. Teraz wygląda na to, że nastąpi ruch w przeciwnym kierunku.

Taka tendencja jest wyraźnie widoczna. Musimy tylko pamiętać, że to superpaństwo będzie bardzo specyficzną federacją. Już nią jesteśmy, jeśli chodzi o prawo. Prawo europejskie z zasadą supremacji nad krajowym i sąd konstytucyjny, czyli Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej ważniejszy niż krajowe sądy konstytucyjne – to konstrukcja spotykana w państwach federalnych. W organizacjach międzynarodowych państwa członkowskie nie przyjmują zasady supremacji, tylko wzajemności – skoro inni stosują się do ustalonych zasad, to my też. Ta reguła szanuje suwerenność państw. W unijnej konstrukcji suwerenność narodowa przestaje być istotna. Coraz większy jest też federalizm fiskalny. Powstaje coraz więcej instrumentów takich jak wspólny dług albo wspólne podatki, które są typowym elementem państwa federalnego. Nie mamy natomiast federacji demokratycznej. Nie istnieje coś takiego jak europejski parlament z kompetencjami typowymi dla zgromadzeń krajowych. Mamy zalążek państwa europejskiego, ale to konstrukcja niedemokratyczna. Władza jest sprawowana przez dwa państwa, Francję i Niemcy. Ich rządy mają legitymację demokratyczną, ale to, że wyborcy niemieccy wybierają kanclerz Merkel, a francuscy prezydenta Macrona nie oznacza, że wyborcy hiszpańscy lub polscy ich wybierają. Dlatego powstała asymetryczna konfederacja, gdzie dwa kraje mają nieproporcjonalny wpływ na całość. Słabsze państwa muszą się poddawać. Najgorzej mają te, które są piętnowane za niespełnianie wartości europejskich. W takiej sytuacji znalazła się Polska, a instytucje europejskie będą nas trzymać w oślej ławce tak długo, jak długo rządy nie zmienią się na aprobowane przez elity unijne. •

Tomasz Grzegorz Grosse

profesor Uniwersytetu Warszawskiego, politolog, socjolog i historyk; specjalizuje się w analizie polityk gospodarczych w UE i w państwach członkowskich, a także w zarządzaniu publicznym.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama