Nowy numer 3/2021 Archiwum

Miłość na ławie oskarżonych

Czy do zawarcia małżeństwa konieczna jest miłość? A jeśli tak, to… jaka? I czy można orzec nieważność małżeństwa, ponieważ narzeczeni nie kochali się naprawdę?

Słowa „sąd” i „Kościół” nie brzmią dobrze razem. Co najwyżej „sąd ostateczny”. Ale raczej nie ten ludzki, skoro Jezus powiedział: „Nie sądźcie, a nie będziecie sądzeni”. Tymczasem Kościół, rządząc się własnym prawem, potrzebuje również swoich procedur sądowych, własnego wymiaru sprawiedliwości. Opinia publiczna w naszym kraju w ostatnich miesiącach powtarzała wyrażenie „procedury kościelne” o wiele częściej, jak sądzę, niż przez ostatnie pięćdziesiąt lat. To zrozumiałe: procedury kościelne w niektórych miejscach mogły zawodzić, co bada właśnie Stolica Apostolska. A co z procedurami, które do tej pory były najczęściej komentowane, czyli tymi odnoszącymi się do nieważności małżeństwa?

Z pamiętnika sędziego

– No tak. Papież swoje, a wy, księża, swoje. To jest tak, jak gadają w tych mediach! – starsza, korpulentna pani, odwróciwszy się na pięcie, udaje się w kierunku drzwi sądu, do którego przyszła w sprawie swojego dziecka. Po rozmowie, w trakcie której usiłowałem przekonać ją, że nie mogę rozwieść jej syna z „tą poprzednią synową, co nie była taka dobra dla niego jak ta, co ją ma teraz”. I że powinien przyjść sam syn – porozmawiać, rozeznać sytuację, no i przede wszystkim wyrazić własną opinię na temat swojego pierwszego małżeństwa. I że jeśli chodzi o to, żeby mógł zostać chrzestnym bratanka, to jednak nie jest najlepszym pomysłem rozpoczynanie procesu o nieważność małżeństwa. I że jeśli na dodatek ten chrzest jest za dwa miesiące, to nawet gdyby proces przeprowadzić, szans nie ma, bo czasu za mało, bo kolejki w sądzie ogromne, i to na każdym etapie procesu. Po tych wszystkich wyjaśnieniach ona, opuszczając sąd, uważa, że papież to by im ten rozwód dał, i to od ręki, a ja jestem polskim księdzem, który papieża nie rozumie i nie słucha, więc dać nie chce.

Nie jest mi ani trochę smutno. Człowiek się przyzwyczaja. Nawet chyba nie jestem zdziwiony. Chaos wywołany w niektórych środkach przekazu, ukierunkowanych na zdobycie większej liczby odbiorców informacji, jest przecież czymś na porządku dziennym. Zanim wrócę do pisania kolejnego wyroku, odbiorę pocztę, a w niej kilka pewnych jak zwykle e-maili od niektórych znajomych, że to dni ostatnie, że ostateczna walka szatana trwa, bo Kościół zmierza do przepaści, liberalizując swoje prawo, a cudzołożnicy są dopuszczani do sakramentów. I tak sobie usiądę pomiędzy tymi dwiema skrajnościami. Wczytam się w kolejny opis trudności życiowych nieszczęśliwie porzuconego małżonka. A potem: „W imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego…” – od tych słów rozpocznę pisanie, co zdecydowałem w jego sprawie…

Nie było nas?

Dziesięć lat temu redaktorzy jednego z polskich dzienników zatytułowali reportaż, trawestując słowa przysięgi małżeńskiej: „I będę cię kochać, aż… Kościół uzna, że nas nie było”. Tekst ukazał się w momencie, w którym Polska stała się światowym liderem, jeśli chodzi o liczbę wniosków składanych do kościelnych sądów o orzeczenie nieważności małżeństwa. Rozumiem rozgoryczenie tych, którzy nie zgadzają się z wyrokiem, czy to orzekającym, że udowodniono nieważność, czy też takim, w którym sędziowie stwierdzili, że nie udowodniono nieważności. To normalne, tak jak normalna jest możliwość złożenia odwołania do wyższej instancji. Boli jednak sformułowanie „kochać, aż…”. Bo tak rozumiana miłość, nawiązując do miłości „odczuwanej” w chwili, kiedy kochający się zawierają małżeństwo, najczęściej prowadzi do nieszczęścia. Taka zawsze się kończy…

Decyzja na nieznane

Miłości nie da się kupić – to powiedzenie stare, prawdziwe, mocno gorzkie. Ale nie da się jej też „wyprodukować”, jak sądzę. Narzeczeni w momencie stawania się małżeństwem ślubują sobie „miłość, wierność i uczciwość małżeńską”, a zatem, że tą miłością będą się obdarzali. Nie mówią więc o pewnym stanie faktycznym. Kocham cię i tak już będzie zawsze. Mówią o zamierzeniach na przyszłość. Ta wola, wyrażona wobec księdza (przepraszam za uproszczenie, ale tak jest najczęściej), jest rodzajem postanowienia, przyrzeczeniem, ślubem właśnie. Potocznie jednak utożsamia się ten ślub z miłością, którą darzy się kandydata na męża, kandydatkę na żonę właśnie w momencie zawierania małżeństwa. To ludzkie. Ale niestety zbyt ludzkie, by zapewnić małżeństwu trwałość. Moim zdaniem to właśnie powoduje nietrwałość współczesnych związków, ba – nietrwałość ludzkich wyborów na całe życie, tych kapłańskich i zakonnych również. Owszem, chodzi o decyzję wyrażoną w konkretnej chwili, na konkretnym etapie życia, po wielu przemyśleniach. Ale to zawsze decyzja na swego rodzaju niewiadomą, wejście na nieznany ląd, który od drugiej strony może prezentować się zupełnie inaczej. Na tym nieznanym lądzie musi się zrodzić zupełnie nowa jakość, to nieodzowne ze względu na dynamikę miłości. Tę, o której Wojtyła napisał, że „aby zaistniało »my«, nie wystarczy sama tylko miłość obustronna, bo są w niej mimo wszystko jeszcze dwa »ja«, chociaż w pełni już predestynowane do tego, aby stać się jednym »my«. O zaistnieniu tego »my« w miłości decyduje właśnie wzajemność. Wzajemność ujawnia, że miłość dojrzała, że stała się czymś »pomiędzy« osobami, że utworzyła jakąś wspólnotę, a w tym realizuje się jej pełna natura. Wzajemność do niej właśnie należy” („Miłość i odpowiedzialność”). Jednym z najczęściej używanych cytatów Soboru Watykańskiego II w wyrokach sądów kościelnych orzekających nieważność małżeństwa są słowa z „Gaudium et spes”: małżeństwo to głęboka wspólnota życia i miłości. O tym właśnie napisał Karol Wojtyła.

Kochać dojrzale

Mówiąc „ślubuję miłość”, wyrażam gotowość zachowania postawy miłości pomimo wszelkich przeciwności. A do tego niezbędna jest dojrzałość. Ta jednak też nie jest w danym momencie zapisana nieodzownie w konkretnym kształcie i nie jest powiedziane, że przez całe życie będzie się rozwijać. Chyba, że… No właśnie. Chyba, że nie będzie. Może być tak, że nupturient (kandydat do małżeństwa), wypowiadający słowa przysięgi małżeńskiej, z jakichś przyczyn nie będzie zdolny do wywiązania się z tego zobowiązania. Jedna z podstawowych reguł prawa zakłada, że nikt nie może być zobowiązany do czegoś, co jest dla niego niemożliwe. Słowo „niezdolny” jest kluczowe. Jeśli ta niezdolność spowodowała rozejście się małżonków i któreś z nich (lub oboje) chce zbadania ważności małżeństwa, to oznacza, że chce zbadania właśnie tego aspektu: czy wyrażając wolę zawarcia małżeństwa, nupturient był do niego zdolny.

W jednym z e-maili zapytano mnie ostatnio o wpływ (to dobry przykład) zaburzenia, jakim jest uzależnienie, na nieważność małżeństwa: „Mam pytanie, a może raczej prośbę o doprecyzowanie wątku uzależnienia jako powodu stwierdzenia nieważności małżeństwa. Powiedział ksiądz: »Samo istnienie alkoholizmu, czyli przyczyny nieuzdolniającej, w chwili zawierania małżeństwa powoduje jego nieważność«. Czyli chce ksiądz powiedzieć, że wszystkie osoby uzależnione: alkoholicy, hazardziści, seksoholicy, jedzenioholicy, narkomani, uzależnieni od komputera, pornografii, zakupów i innych czynności, żyjąc w związkach małżeńskich, żyją w nieważnych związkach? Co z osobami, które się leczą?”. To pytanie słyszałem setki razy. Ba – niejedno z głęboko wierzących, ale mających problemy psychiczne małżonków pytało mnie, czy nie powinno na nowo zawierać małżeństwa (!). Celowo zatem wyżej napisałem o rozejściu się. Są bowiem i tacy, którzy trwając w związku małżeńskim, pomimo trudności, których są świadomi (a często to oni są ich źródłem), pytają, czy nie powinno się orzec nieważności ich małżeństwa, ponieważ jako głęboko wierzący nie chcieliby trwać w „nieważnym” małżeństwie, a zatem grzeszyć. To błędne myślenie. Nieważność małżeństwa jest „deklaratywna”, to znaczy skutki jej zachodzą dopiero po orzeczeniu przez Kościół, że zaistniała. Do tego momentu wszystkie skutki aktu zawarcia małżeństwa są takie same jak w przypadku zawarcia ważnego. Proszę mi wierzyć, do dzisiaj są ludzie, którzy pytają o tzw. legitymizację potomstwa: czy dziecko, które nam się urodziło, po orzeczeniu nieważności małżeństwa nie będzie dzieckiem z „nieprawego łoża”? Nie, nie będzie. Żyliście w małżeństwie, odpowiadam.

Miłość nie jest kochana! – wołał święty Franciszek z Asyżu, przemierzając umbryjskie szlaki. Rozumiem doskonale, co miał na myśli. Zmieniając trochę sens słowa „miłość” (jak rozumiem, Franciszkowi chodziło o Pana Boga) i odnosząc się do miłości jako relacji pomiędzy ludźmi, powiem: dzisiaj miłość nie jest rozumiana. Prawdopodobnie dlatego tak często zasiada na ławie oskarżonych.•

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama