Nowy numer 3/2021 Archiwum

Teatr cieni

Napięcie na Półwyspie Koreańskim to najbardziej „artystyczne” widowisko na świecie: wszystko tu jest teatrem i zarazem wszystko jest autentyczne. Podobnie w kolejnej odsłonie konfliktu.

Ktoś pamięta jeszcze niedawne spotkania Donalda Trumpa z Kim Dżong Unem? Dziś po tym spektaklu ani widu, ani słychu. Dziś mamy wysadzone w powietrze międzykoreańskie biuro łącznikowe, które miało służyć do prowadzenia rozmów pokojowych między komunistyczną Północą a demokratycznym Południem. I mamy dymisję ministra ds. zjednoczenia – bo taki resort w Korei Południowej istnieje naprawdę. A nadzieje na zjednoczenie Korei jeszcze rok temu odżywały na nowo po dość intensywnej wymianie serdeczności między prezydentem USA i przywódcą KRLD. Dziś można odnieść wrażenie, że to był rzeczywiście tylko show, obliczony na doraźne korzyści obu stron. Tyle tylko, że w tym wyreżyserowanym spektaklu wszystko zarazem było jak najbardziej autentyczną grą, w której stawką jest coś więcej niż dobre samopoczucie liderów.

Nie nasze ulotki

Biuro łącznikowe w przygranicznym Kaesong zostało otwarte we wrześniu 2018 roku. Miało służyć komunikacji między dwoma państwami koreańskimi. Panował wówczas nastrój euforii i pojednania – co było efektem historycznego spotkania Trumpa z Kimem w Singapurze. W tym roku działalność biura zablokowała najpierw epidemia koronawirusa, aż wreszcie w czerwcu Korea Północna określiła Koreę Południową jako wroga i zapowiedziała zerwanie wszelkiej komunikacji. Powodem miały być ulotki, jakie za pomocą balonów przesyłali przez granicę uciekinierzy z Korei Północnej. Wtedy władze w Pjongjangu wpadły w szał: rzecznik sztabu generalnego Korei Północnej zapowiedział, że armia rozmieści żołnierzy w przygranicznym obszarze oraz otworzy ponownie zlikwidowane wcześniej posterunki w strefie zdemilitaryzowanej. Na nic zdały się jednoznaczne deklaracje władz w Seulu, które odcięły się od działania uciekinierów wysyłających ulotki z Południa na terytorium Północy. Co więcej, już od dawna Korea Płd. zapowiadała, że podejmie nawet kroki prawne przeciwko uciekinierom z Północy wysyłającym przez granicę ulotki propagandowe (informujące mieszkańców Północy o zbrodniach reżimu). Pjong­jang pozostawał jednak nieczuły na te deklaracje. W efekcie napięcia biuro łącznikowe zostało wysadzone w powietrze, co stało się symbolem martwego punktu, w jakim znalazł się i tak kulawy proces pokojowy. Warto dodać, że bezpośredni rozkaz zniszczenia biura miała wydać Kim Jo Dżong, siostra Kim Dżong Una, dotąd aktywnie uczestnicząca w rozmowach swojego brata z prezydentem Korei Płd. Taką informację podały media północnokoreańskie. Można oczywiście snuć rozmyślania nad tym, czy owi uciekinierzy wysyłający ulotki to świadomi prowokatorzy wysłani przez Północ na Południe, by znalazł się pretekst do storpedowania rozmów. Ponieważ jednak trudno o dowody, pozostaje nam próba odpowiedzi na pytanie, co dalej z tak hucznie świętowanymi niedawno porozumieniami między przywódcą komunistycznej Północy a prezydentem Południa i prezydentem USA. Czy tym razem to już naprawdę koniec szansy na pokój na Półwyspie Koreańskim?

Dwa światy

Przede wszystkim warto mieć w głowie jedną rzecz: do różnego rodzaju zrywania rozmów, a nawet obowiązującego od 1953 roku zawieszenia broni, dochodzi tam systematycznie. Korea Płn. wielokrotnie podejmowała kroki prowokujące Południe. Wspomniane ministerstwo zjednoczenia zajmuje się m.in. dokładnym notowaniem wszelkiego rodzaju akcji przeciw Korei Płd. – Te prowokacje są liczone nie w tysiącach, tylko w dziesiątkach tysięcy! Tam nie ma tygodnia bez prowokacji, ostrzelania, wybuchu bomby czy nasłania agentów. To zagrywka propagandowa na użytek wewnętrzny, chodzi o umocnienie władzy Kim Dżong Una, który jest młody i musi pokazać swoim generałom, że jest przywódcą mocnym i godnym następcą wielkiego dziadka i ojca – tłumaczył mi przed laty nieżyjący już prof. Waldemar Dziak, jeden z niewielu w Polsce znawców specyfiki tamtego regionu świata.

Przypomnijmy kilka faktów historycznych. Podział Korei sięga 1945 roku, kiedy to po kapitulacji Japonii Południe znalazło się w strefie wpływów USA, a Północ – ZSRR. W 1950 roku Korea Północna napadła na Koreę Południową, żeby dokonać komunizacji Południa i zjednoczyć cały półwysep pod jedną flagą – oczywiście czerwoną. W 1953 roku zawarto rozejm, jednak przez kolejne dekady między dwoma państwami nie było stosunków dyplomatycznych, żadnych połączeń telefonicznych, radiowych, handlowych, kolejowych, lotniczych. W Korei Płd. mieszka ok. 50 mln ludzi, w Korei Płn. ok. 23 mln. W Korei Płn. dochód na jednego mieszkańca wynosi ok. 1000 dolarów, a w Korei Płd. 20 tys. dolarów. Różnica jest zatem kosmiczna. Wyobraźmy sobie, jaką drogę musiałaby przejść Korea, gdyby doszło tam kiedyś do zjednoczenia. A jeszcze do niedawna nadzieja na to była realna, właśnie ze względu na historyczne spotkania i porozumienia, które dziś wydają się niemal mityczne.

Tradycja nagłych zwrotów

Wszystkim zdziwionym „nagłym zwrotem akcji” warto przypomnieć, że gdy w 2018 roku doszło do pierwszego spotkania Kim–Trump, to również był nagły i zupełnie niespodziewany zwrot: jeszcze parę miesięcy wcześniej obie strony straszyły się użyciem broni jądrowej. Nagle Kim zmienił ton swoich wypowiedzi i wstrzymał prowadzone przez Koreę Płn. bardzo intensywnie w 2017 roku próby rakietowe. Co więcej, na szczycie w Singapurze Kim zobowiązał się do działań mających na celu denuklearyzację Półwyspu Koreańskiego. Jednak już w lutym 2019 roku drugi szczyt z udziałem Trumpa i Kima w Hanoi został zerwany, ponieważ Korea Płn. domagała się zniesienia części sankcji nałożonych na ten kraj, na co USA nie chciały się zgodzić przed całkowitą denuklearyzacją Korei Płn.

Najbardziej fotogeniczne i symboliczne spotkanie odbyło się w czerwcu ubiegłego roku w strefie zdemilitaryzowanej w Panmundżomie. Wtedy to „pogodzeni” przywódcy przekroczyli nawet granicę między Koreami, a właściwie Kim zaprosił Trumpa, by jako pierwszy prezydent USA postawił nogę na terytorium Korei Płn. Towarzyszyły temu porozumienia z Koreą Płd. I wydawało się, że wszystko idzie w dobrym kierunku. Nawet przy ostrożności, z jaką należało traktować deklaracje Kima, mieliśmy wrażenie, że tym razem jesteśmy świadkami jakiegoś przełomu. I tak jak wówczas należało wylewać kubeł zimnej wody na głowy zbyt wielkich entuzjastów, tak dzisiaj warto zrobić to samo ze zbytnimi pesymistami. Choć wszystko znowu groźnie wygląda, ani Korea Płd., ani Amerykanie – niezależnie od tego, kto będzie prezydentem – nie chcą i nie mogą odpuścić tematu. Dla Korei Płd. to sprawa życia lub śmierci. Dla Korei Płn. również – choć bardziej dla milionów głodujących mieszkańców niż sytego Kima, ale i on ma świadomość, że system, jaki odziedziczył po ojcu i dziadku, jest bankrutem. Kluczowy jednak jest interes Stanów Zjednoczonych, by Koreę Płn. mieć po swojej stronie.

Chińskie cienie

Czy tego chcemy, czy nie, nie da się uniknąć wątku chińskiego w każdej próbie interpretacji działań Waszyngtonu wobec Pjongjangu. Rosnąca rywalizacja między USA a Chinami, które chcą zastąpić Amerykę w roli światowego supermocarstwa, to najważniejsze tło działań Stanów Zjednoczonych w regionie Pacyfiku. Korea Płn. utrzymuje się przy życiu głównie dzięki pomocy Pekinu. Amerykanie, chcąc poważnie myśleć o blokowaniu ekspansji Chin, muszą przeciągnąć na swoją stronę sojuszników Pekinu. To był główny cel tych wszystkich szczytów Kim–Trump. Śmieszne w gruncie rzeczy były komentarze, które próbowały zredukować je do zaspokojenia ego obu przywódców. Kim mógł chwalić się u siebie tym, że został wprowadzony na światowe salony, a Trump, że dokonuje historycznych czynów, ale w przypadku strony amerykańskiej to bardzo przemyślana taktyka, obliczona nie na kolejną kadencję, tylko na kolejne dziesięciolecia, w ciągu których rozegra się walka o kontrolę nad globalnym handlem, gospodarką, finansami i ostatecznie układem sił. I tak jak Amerykanie wiedzą, że bez uspokojenia sytuacji na Półwyspie Koreańskim – czyli bez doprowadzenia do realnego pojednania między obiema Koreami i jednocześnie przerwania sojuszu KRLD z Chinami – nie mogą w pełni zaangażować się na Pacyfiku i skutecznie blokować swoich konkurentów, tak samo Chińczycy wiedzą, że aby powstrzymać Stany Zjednoczone, muszą odciąć je od ich sojuszników w regionie lub doprowadzić do skłócenia między sobą amerykańskich satelitów. Amerykanie, choć są gwarantem bezpieczeństwa Korei Płd., mają świadomość tego, że Korea Płn. ma czym zaatakować sąsiadów. Półwysep Koreański jest przecież najbardziej zmilitaryzowanym miejscem na ziemi. Jeśli dodać do tego rozwijany potencjał nuklearny, to już wiemy, dlaczego Amerykanie z Kimem muszą się dogadać. Zauważmy, że nawet w tle rozmów nie pojawiły się nigdy kwestie praw człowieka czy nawet poluzowania komunistycznego reżimu. Strona amerykańska w ogóle nie postawiła Kimowi takich warunków. I choć obecny akt ciągnącego się od dekad spektaklu wywołuje wrażenie końca wszelkich porozumień, to zaryzykuję twierdzenie, że to tylko groźnie wyglądający odcinek… po którym dojdzie do kolejnych rozmów między Koreą Płn. a Koreą Płd. i USA.•

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Jacek Dziedzina

Dziennikarz działu „Świat”

W „Gościu" od 2006 r. Studia z socjologii ukończył w Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. Pracował m.in. w Instytucie Kultury Polskiej przy Ambasadzie RP w Londynie. Laureat nagrody Grand Press 2011 w kategorii Publicystyka. Autor reportaży zagranicznych, m.in. z Wietnamu, Libanu, Syrii, Izraela, Kosowa, USA, Cypru, Turcji, Irlandii, Mołdawii, Białorusi i innych. Publikował w „Do Rzeczy", „Rzeczpospolitej" („Plus Minus") i portalu Onet.pl. Autor książek, m.in. „Mocowałem się z Bogiem” (wywiad rzeka z ks. Henrykiem Bolczykiem) i „Psycholog w konfesjonale” (wywiad rzeka z ks. Markiem Dziewieckim). Prowadzi również własną działalność wydawniczą. Interesuje się historią najnowszą, stosunkami międzynarodowymi, teologią, literaturą faktu, filmem i muzyką liturgiczną. Obszary specjalizacji: analizy dotyczące Bliskiego Wschodu, Bałkanów, Unii Europejskiej i Stanów Zjednoczonych, a także wywiady i publicystyka poświęcone życiu Kościoła na świecie i nowej ewangelizacji.

Kontakt:
jacek.dziedzina@gosc.pl
Więcej artykułów Jacka Dziedziny

 

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zobacz także