Nowy numer 42/2020 Archiwum

Pandemia zamyka szkoły

Epidemia dziesiątkuje szkoły katolickie we Włoszech. Co najmniej jedna trzecia z nich nie wznowi po wakacjach działalności. Pozbawionych dochodów rodziców nie stać na opłacenie czesnego.

Czy koronawirus zniszczy prywatne szkolnictwo we Włoszech? Takie pytanie coraz częściej zadają sobie nie tylko dyrektorzy 12,5 tys. takich szkół (7955 z nich to placówki katolickie), ale i rodzice 900 tys. uczęszczających do nich uczniów. Przed tym problemem stają również władze szkół żydowskich, wskazując, że sposób, w jaki państwo obchodzi się ze szkolnictwem wyznaniowym, jest naruszeniem włoskiej konstytucji.

Nauczyciele robią raban

– Ustawa zasadnicza gwarantuje wolność edukacji, a prawo z 2000 r. wprowadza równouprawnienie szkół wyznaniowych. Jest ono jednak martwą literą. Aktualnie szkoły niepaństwowe mogą liczyć co najwyżej na 10 proc. środków, które są przeznaczane na uczniów szkół państwowych – zauważa Gigi De Palo, przewodniczący Forum Rodzin. Te dysproporcje pogłębiła pandemia i wprowadzona wraz z nią tarcza antykryzysowa dyskryminująca szkoły prywatne. Rząd przeznaczył 1,5 mld euro na pomoc dla placówek państwowych. Minimalne wsparcie dla prywatnych pojawiło się dopiero po strajku nauczycieli tych placówek, którzy w czasie pandemii na dwa dni przerwali zajęcia zdalne, robiąc „edukacyjny raban”. Najpierw minister edukacji Lucia Azzolina z Ruchu Pięciu Gwiazd przeznaczyła 80 mln euro na pokrycie czesnego w prywatnych przedszkolach. W kolejnym projekcie dołożono 70 mln euro. Forum Rodzin szybko przeliczyło te kwoty. Okazało się, że za każdego z 866 805 uczniów wypadło 155,74 euro, czyli mniej niż połowa kwoty miesięcznego czesnego. „Nie możemy być dalej niewidzialni dla państwa. Potrzeba więcej odwagi, a mniej ideologii” – napisali strajkujący nauczyciele w apelu do ministrów edukacji i finansów, dodając, że bez szkół prywatnych Włochy sobie nie poradzą. Szacuje się, że gdyby uczniowie jednej trzeciej katolickich szkół mieli przejść do państwowych placówek, to zabrakłoby tam dla nich miejsca. Ponadto państwo musiałoby wydać na nich o 1,6 mld rocznie więcej niż obecnie. Członkowie 50 stowarzyszeń edukacyjnych domagają się od populistyczno-lewicowego rządu premiera Giuseppe Contego jednorazowego bonusu rodzinnego w wysokości 1500 euro, co pomogłoby pokryć czesne za czas pandemii.

Kłopoty szkół katolickich

Protest nauczycieli oficjalnie poparł włoski episkopat, apelując o udzielenie nadzwyczajnej pomocy dla szkół katolickich. Ze swej strony biskupi zapowiedzieli przyznanie stypendiów 20 tys. uczniów szkół prowadzonych przez Kościół. Szkoły kościelne we Włoszech – w przeciwieństwie do innych krajów europejskich – są niemal w całości utrzymywane przez rodziców. Wielu z nich już nie stać na opłacanie czesnego, ponieważ na skutek epidemii straciło pracę. Brakuje więc pieniędzy na pensje dla nauczycieli i podstawowe opłaty. Niepewność zagląda w oczy 100 tys. nauczycieli i 80 tys. innych pracowników tych placówek. Najszybciej upadają najmniejsze z nich. Po dwudziestu latach działalności przedszkole zamknęli w Lecco ojcowie somascy, w Mediolanie zamknięto szkołę podstawową Mater Divinae Gratie. – Większość rodziców naszych uczniów straciła pracę i nie stać ich na opłatę czesnego. Brak wsparcia ze strony państwa zmusił nas do tej bolesnej decyzji – stwierdziła kierująca placówką s. Simona Goretti ze Zgromadzenia Służebnic Matki Boskiej Bolesnej. W Mesynie zamknięto słynne liceum klasyczne im. ks. Bosko, a w Sabaudii cenione przedszkole Duca d’Aosta. Większość szkół katolickich we Włoszech prowadzą zgromadzenia zakonne.

Pandemia uderzy też w uniwersytety katolickie. Nie wszystkich studentów będzie stać na opłacanie nauki na uczelniach prywatnych. Prefekt watykańskiej Kongregacji Edukacji Katolickiej przypomniał, że w innych krajach europejskich, np. we Francji czy Wielkiej Brytanii, państwo łoży na utrzymanie szkół katolickich, a przynajmniej na pensje dla nauczycieli. Tymczasem we Włoszech nawet wieloletnie rządy chadecji nie zagwarantowały faktycznej wolności nauczania. – To problem ideologiczny i dlatego tak trudno się z nim uporać w polityce. To z jego powodu szkoły katolickie są postrzegane jako sprawa prywatna. A przecież są to instytucje użytku publicznego, i to na bardzo wysokim poziomie – zauważył kard. Giuseppe Versaldi.

– Nie mamy uprzedzeń do szkolnictwa państwowego, ale chcieliśmy, by nasze dzieci nie ponosiły konsekwencji tego, że ich rodzice nie żyją w swej ojczyźnie. Dlatego idąc za radą naszych przyjaciół, zapisaliśmy je do szkoły, w której – jak wiedzieliśmy – zostaną dobrze przyjęte i gdzie będą miały większe szanse na płynne przejście do włoskiego środowiska. Mieliśmy też świadomość, że szkoła jest dziś często miejscem ideologicznej indoktrynacji. Szkoła państwowa nie jest neutralna, a my wiemy, co chcemy przekazać naszym dzieciom, i potrzebujemy w tym pomocy Kościoła – mówią „Gościowi” Johanka i Krzysztof Bronkowie. Czworo ich dzieci uczęszcza do szkoły założonej przez Piusa IX. Wśród uczniów niemało jest dzieci, których rodzice są związani ze Stolicą Apostolską. Pracownicy Watykanu mają 10 proc. zniżki. Jednak zgromadzenie, które prowadzi szkołę, otrzymało od Watykanu tylko budynek. – Szkoła katolicka we Włoszech jest droga, bo niemal w całości utrzymują ją rodzice. Państwo dopłaca niewiele. Opłaty za jedno dziecko pochłaniają co najmniej jedną czwartą przeciętnej pensji. Ja z czworgiem dzieci ze zniżkami wydaję na szkołę co najmniej dwie trzecie mojej pensji. Czy nas na to stać? Człowiek musi sobie odpowiedzieć, co jest dla niego ważne, w co chce inwestować, co chce przekazać swym dzieciom – mówi Krzysztof.

W przeciwieństwie do państwowych molochów z licznymi klasami ta szkoła ma dobrą rodzinną atmosferę, wszyscy się znają. Młody ksiądz, który jest dyrektorem, sam uczy w wielu klasach religii, wszystkich uczniów zna po imieniu. Szkoła dba także o dyscyplinę, o zachowanie właściwej proporcji między autorytetem i przyjaźnią w relacjach między uczniem i nauczycielem. Nie ma w niej też mowy o swoistych formach apartheidu spotykanych w placówkach państwowych, gdzie tworzy się klasy wyłącznie dla cudzoziemców. By trafić do takiej klasy, wystarczy zagraniczne nazwisko. – Urodziłem się i wychowałem we Włoszech, od urodzenia mówiłem tylko po włosku, tu odbyłem służbę wojskową, a jednak ze względu na nazwisko po tacie – Leszczyński – moje dzieci skierowano do klasy dla cudzoziemców – mówi Stefano. To bardzo ważny aspekt w coraz bardziej wielokulturowym społeczeństwie Włoch. – W naszej szkole nigdy nie spotkaliśmy się z przejawem rasizmu czy ksenofobii. Wręcz przeciwnie, nauczyciele starają się wykorzystać wielojęzyczność uczniów. Ostatnio nasz najstarszy, 12-letni syn został poproszony przez nauczyciela o przygotowanie analizy porównawczej pierwszych kilkunastu wersetów „Boskiej komedii” w wersji włoskiej, polskiej i czeskiej – mówi Krzysztof. Wyznaje, że rodzice dzieci, którzy utrzymują się w Rzymie np. z turystyki, mają teraz problem. Rzym i Watykan nie są jednak w najgorszej sytuacji. Problem jest na prowincji, gdzie rośnie bezrobocie. Tam, jak szacuje Episkopat Włoch, do września nawet co drugiej szkole grozi zamknięcie – podkreśla.

Nie chodzi o przywileje

Z badań przeprowadzonych przez Papieski Uniwersytet Comillas wynika, że rodzice wysyłający dzieci do szkół katolickich mają w dużej części poglądy lewicowe. Szkoły państwowe uważane są za „masówki”, a im zależy na dobrym wykształceniu.

Groźba bankructwa to tylko jeden z aspektów kryzysu oświaty we Włoszech. Jak się okazuje, zdalne nauczanie jest tam często fikcją. Jak podaje Wspólnota św. Idziego, 61 proc. uczniów szkół podstawowych (w wieku od 6 do 10 lat) w Rzymie nie uczestniczyło w żadnych zajęciach zdalnych, a szkoły były zamknięte przez prawie cztery miesiące i przed wakacjami nie wznowiono w nich nauki. Pogorszy to na pewno ogólną kondycję szkolnictwa we Włoszech, gdzie według oficjalnych danych 25 proc. uczniów nie osiąga minimalnych wymogów wykształcenia.

– Nie prosimy o przywileje, ale o poszanowanie konstytucyjnych praw. To nie są szkoły dla elit czy ludzi bogatych. Korzystają z nich rodziny, którym zależy na wychowaniu dzieci zgodnie z chrześcijańskimi wartościami. A teraz nie proszą o jałmużnę czy przywileje, lecz o uznanie przez państwo ich wkładu w kulturowe dziedzictwo narodu – zauważa ks. Ivan Maffeis, podsekretarz Episkopatu Włoch. Zastrzega, że zamknięcie co trzeciej katolickiej szkoły to scenariusz optymistyczny. Jego zdaniem we wrześniu zlikwidowana zostanie połowa prowadzonych przez podmioty kościelne placówek. •

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama