Nowy numer 43/2020 Archiwum

Pokolenie COVID-19

Czas zamkniętych świątyń nie był stracony dla duchowości. Na Zachodzie wiele osób deklaruje, że pandemia umocniła ich wiarę lub pomogła odnaleźć Boga.

Kiedy kościoły i inne miejsca kultu na skutek obostrzeń związanych z epidemią świeciły pustkami, w umysłach milionów ludzi na całym świecie dokonywały się życiowe przełomy. Jak trwoga, to do Boga? Zapewne i ten „sprawdzony” od wieków mechanizm ma swój udział w tych procesach, które próbują teraz uchwycić, zmierzyć i opisać socjologowie. Mechanizm, który nawet naukowcy uznają za najbardziej skuteczny lek na lęk. Mimo wszystko jednak uzyskany przez różne ośrodki badawcze obraz padającej na kolana ludzkości nie daje się wytłumaczyć tylko starym porzekadłem. Pandemia koronawirusa i „zamknięcie świata” w niemal każdym obszarze życia sprawiły, że deklaracje o umocnieniu lub odnalezieniu wiary są czymś zupełnie nowym w porównaniu z innymi, „tradycyjnymi” sytuacjami granicznymi. Kolejne lata i badania pokażą, ile z deklarowanych dzisiaj zmian w stosunku do wiary przełoży się na trwałą przemianę. Warto jednak uniknąć pokusy posądzania tych deklaracji o słomiany zapał. Lepiej podejść do tego tak jak do każdych rekolekcji: po ich zakończeniu większość uczestników jest przekonana, że zaczyna nowe życie, a przynajmniej ma poczucie jakiegoś nowego otwarcia, kolejnej szansy; codzienność okazuje się trudniejsza i porekolekcyjny ogień stopniowo przygasa, jednak doświadczenie czasu łaski pozostaje jakimś punktem odniesienia, do którego można wracać, tworzy fundament, na którym można coś budować. W podobny sposób warto spojrzeć na to, co deklarują mieszkańcy krajów, w których takie badania są przeprowadzane. Nawet jeśli nie od razu przełoży się to na trwałe i mierzalne narzędziami socjologicznymi przemiany, to z pewnością można powiedzieć, że coś w świecie drgnęło.

Wiara i wierzenia

Kraje anglosaskie zazwyczaj wyprzedzają resztę świata w badaniu wszelkich trendów i przemian społecznych – tak też jest i tym razem: zwłaszcza ośrodki w Stanach Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii dostarczają ciekawych danych do analizy. Oba kraje są zarazem zupełnie różne, jeśli chodzi o punkt wyjścia: Amerykanie generalnie traktują wiarę jako ważną część życia, Brytyjczycy zaś uchodzą za jedno z najmniej religijnych społeczeństw na świecie. Aby uniknąć prostego podziału na pobożnych Amerykanów i niewierzących Brytyjczyków, warto pamiętać, że choć w Stanach Zjednoczonych wiara bardzo często jest osobistym wyborem (dotyczy to zwłaszcza różnych wspólnot ewangelikalnych), to zarazem jest pewnym kodem kulturowym, częścią tożsamości, czego nie kwestionują nawet luźno związani z religią obywatele (dlatego też deklarujący niewiarę polityk nie miałby szans zostać prezydentem). Ten „państwowy” charakter przywiązania do religii jest z jednej strony pomocny, z drugiej – szkodliwy dla rozwoju żywej wiary, wynikającej z osobistych doświadczeń i osobistego wyboru. Inaczej mówiąc: jest czymś niezwykłym, że niemal każdy Amerykanin wypowiada słowa: „Niech Bóg błogosławi Amerykę”, ale to niekoniecznie zawsze przekłada się na wyznanie osobistej wiary i zaufania Bogu. Dlatego też badania, które chciałbym tu przywołać, są ważne nawet dla bardziej religijnych niż Europa Stanów Zjednoczonych.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama