Nowy numer 43/2020 Archiwum

Trzeci Świat Ameryki

Potęga gospodarcza, naukowa i militarna Stanów Zjednoczonych idzie w parze z gigantycznym rozwarstwieniem społecznym. To stwarza idealne warunki do wzniecenia rewolucji.

Można dużo mówić o podziałach na tle rasowym (pisaliśmy o tym tydzień temu), ale to, co najgroźniejsze dla stabilności amerykańskiego społeczeństwa, jest niemal niezauważalne, a w każdym razie prawie nieobecne w analizach dotyczących problemów ekonomicznych i socjalnych przeciętnych Amerykanów. Jeśli już ktoś zdobędzie się na zdjęcie różowych okularów i przerzucenie się z hollywoodzkich wyobrażeń o American dream, w najlepszym wypadku posługuje się właśnie kluczem rasowym czy etnicznym. I, owszem, podziały te częściowo pokrywają się z podziałami ekonomicznymi i społecznym awansem lub wykluczeniem. Ale to nie pochodzenie jest głównym źródłem amerykańskich nierówności. I nie o „zwykłych” nierównościach mówimy, tzn. nie o takich, które charakteryzują np. społeczeństwa europejskie, gdzie między ogromnym bogactwem a życiem na granicy ubóstwa lub w skrajnej nędzy jest miejsce na bardziej lub mniej zamożną klasę średnią. W Stanach Zjednoczonych, choć trudno w to uwierzyć, klasa średnia kurczy się systematycznie od wielu lat. W państwach rozwiniętych, m.in. zachodnioeuropejskich, akceptowalna społecznie dysproporcja w zarobkach wynosi najwyżej 5 do 1 czy też 8 do 1 (w zależności od tego, czy mówimy o Północy, czy Południu kontynentu). W USA ekonomiści jeszcze przed pandemią koronawirusa mówili o dysproporcjach sięgających stosunku 15 do 1 lub jeszcze większych (w zależności od stanu). Ponieważ lockdown związany z epidemią już uderzył w różne sektory gospodarki, można spodziewać się drastycznego wzrostu tych nierówności. I to jest prawdziwa tykająca bomba, dla której takie rozruchy jak ostatnio mogą stać się zapalnikiem czegoś poważniejszego.

USA jak Meksyk?

Zaglądam do raportów Banku Światowego, Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD) oraz waszyngtońskiego ośrodka badawczo-analitycznego Pew Research Center. We wszystkich trzech źródłach badania opierają się na różnych metodologiach mierzenia skali dysproporcji ekonomicznych i społecznych na świecie, ale niezależnie od metody można zauważyć ten sam trend: utrzymujące się, a nawet pogłębiające rozwarstwienie w USA. Pew Research Center podaje (powołując się na dane ze spisu powszechnego, odbywającego się w USA co 10 lat), że w 2018 roku 5 proc. najlepiej zarabiających (więcej niż 248 tys. dolarów rocznie) pokrywało 23 proc. wszystkich dochodów. Ale skalę nierówności zobaczymy jeszcze mocniej, jeśli spojrzymy nie tylko na zarobki, ale na zgromadzony przez Amerykanów majątek: ok. 10 proc. z nich posiada ponad 80 proc. majątku w USA i zaledwie 1 proc. najbogatszych z najbogatszych rozporządza aż 35 proc. całego amerykańskiego majątku.

Według raportów OECD Stany Zjednoczone mają największe nierówności z wszystkich krajów G7 (USA, Kanada, Niemcy, Japonia, Włochy, Francja, Wielka Brytania). Ale nie to najbardziej szokuje – w końcu nawet w najsilniejszej grupie ktoś musi być w czymś słabszy, choć fakt, że padło właśnie na USA, też nie jest najbardziej oczywisty. Najbardziej szokujące mogą być dla wielu dane Banku Światowego, który wskaźnik dysproporcji ekonomicznych (tzw. Gini Index) dla Stanów Zjednoczonych umieszcza bliżej krajów Południa Afryki niż np. niektórych państw środkowoeuropejskich (które cechują się dużo mniejszą dysproporcją niż wszystkie kraje G7). A w raporcie OECD z 2019 roku Stany Zjednoczone zajmują wysokie 7. miejsce wśród najbardziej nierównych społecznie państw na świecie (ustępując znacznie niechlubnemu liderowi, jakim od lat jest RPA, i tylko nieznacznie Meksykowi, który od dekad jest symbolem gigantycznych nierówności ekonomicznych).

Według Pew Research Center, od końca lat 70. XX wieku do końca pierwszej dekady XXI wieku zaledwie 1 proc. społeczeństwa wzbogaciło się aż trzykrotnie, podczas gdy dochody zdecydowanej większości nie wzrosły nawet o połowę. Ale i na tym nie koniec, bo jeśli poddamy analizie sytuację Amerykanów po wybuchu kryzysu w 2008 roku, gdy wielu z nich traciło pracę i kupowane na kredyt nieruchomości, to okaże się, że – według OECD – najbogatsze rodziny w USA wzbogaciły się w ciągu dekady o kilkanaście procent, podczas gdy najubożsi… zbiednieli jeszcze bardziej (średnio o 20 proc.).

Wstydliwy sekret

Od wykresów, tabelek i liczb można dostać zawrotu głowy, ale pozostaje pytanie kluczowe: jak to możliwe, że supermocarstwo, które ciągle nie ma sobie równych pod względem gospodarczym, militarnym i naukowym (wprawdzie edukacja szkolna pozostawia wiele do życzenia, ale za to amerykańskie uniwersytety należą do ścisłej światowej czołówki), jednocześnie ma „wstydliwy sekret” w postaci postępującej nierówności. Francis ­Fuku­yama nie miał racji, mówiąc o „końcu historii”, za to trafnie nazwał to, do czego mogą doprowadzić rosnące dysproporcje: do zaniku klasy średniej w Stanach Zjednoczonych. Klasy średniej bardziej lub mniej zamożnej, ale jednak mogącej sobie pozwolić nie tylko na kredyt hipoteczny czy wakacyjne wypady z rodziną (o codziennych potrzebach nie wspominając), ale też na udział w szeroko rozumianej kulturze, rozwijanie własnych pasji i wszelką aktywność społeczną. Na stopniowe zanikanie klasy średniej wskazuje również raport Pew Research Center: okazuje się, że w ciągu ostatniego półwiecza dochody klasy średniej w USA rosły wolniej niż dochody najbogatszych. W latach 1970–2018 średni dochód przedstawicieli klasy średniej wzrósł z 58 tys. dolarów do ponad 86 tys. dolarów.

Dla porównania – średni dochód najbogatszych gospodarstw domowych wzrósł w tym samym czasie ze 126 tys. dolarów do ponad 207 tys. dolarów. Równocześnie spada liczba dorosłych Amerykanów, których można zaliczyć do klasy średniej: w 1971 roku było to 61 proc. społeczeństwa, w 2019 roku ok. 50 procent. W tym czasie udział dorosłych w grupie o najwyższych dochodach wzrósł z 14 do ok. 20 proc., a udział w grupie o najniższych dochodach wzrósł z 25 do prawie 30 procent. Przy takim tempie wzrostu dysproporcji w zarobkach i przy spodziewanych skutkach pandemii klasa średnia za kolejnych 50 lat może być mniej liczna niż grupa najuboższych mieszkańców USA.

Szklany sufit

W tym miejscu warto wrócić do powtarzanego w wielu miejscach przekonania, że podział na biednych i bogatych Amerykanów przebiega według podziałów rasowych czy etnicznych. To tylko część rzeczywistości, bo to nie ten podział oddaje w pełni amerykańskie dysproporcje. Jest prawdą, że średni dochód roczny Afroamerykanów od lat 70. wzrósł z 30 tys. do 51 tys. dolarów, podczas gdy białych mieszkańców z 54 tys. do 84 tys. (PRC powołuje się na dane ze spisów powszechnych). Ale jeśli spojrzeć na rosnącą liczbę najuboższych Amerykanów, to same podziały rasowe już nie wystarczą, bo końca z końcem nie może często związać zarówno czarny robotnik z Alabamy na Południu, jak i jego biały kolega po fachu z Wisconsin na Północy. Nie ma natomiast wątpliwości, że na rosnącą przepaść między najbogatszymi a najuboższymi wpływ ma m.in. dostęp (lub jego brak) do edukacji na najlepszych uczelniach. To okazuje się często niemożliwe dla najuboższych, którzy – nie mając żadnego lub minimalne wsparcie socjalne – nie są w stanie przebić szklanego sufitu. Nie wiemy nawet, ilu zdolnych Amerykanów nie osiągnęło nigdy zadowalającego statusu tylko dlatego, że nie było w stanie przekroczyć tej klasowej bariery. To trochę przeczy popularnemu mitowi, że w Ameryce każdy może osiągnąć wszystko. Tak, jest wiele przykładów, że American dream rzeczywiście działa. I być może stąd też przez długi czas brała się zadziwiająca akceptacja dla nierówności: ci, którym się udało, widocznie sobie na to zapracowali. W ostatnich latach jednak Amerykanie coraz częściej zdają sobie sprawę z tego, że nie każdemu dana jest taka szansa, że problem tkwi w samym systemie, który na starcie promuje zamożnych.

To rosnące poczucie bezradności ktoś w końcu zechce zagospodarować. A to, jak historia rewolucji pokazuje, nie musi wcale oznaczać poprawienia sytuacji tych, w imieniu których wzniesione zostaną barykady.•

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Jacek Dziedzina

Dziennikarz działu „Świat”

W „Gościu" od 2006 r. Studia z socjologii ukończył w Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. Pracował m.in. w Instytucie Kultury Polskiej przy Ambasadzie RP w Londynie. Laureat nagrody Grand Press 2011 w kategorii Publicystyka. Autor reportaży zagranicznych, m.in. z Wietnamu, Libanu, Syrii, Izraela, Kosowa, USA, Cypru, Turcji, Irlandii, Mołdawii, Białorusi i innych. Publikował w „Do Rzeczy", „Rzeczpospolitej" („Plus Minus") i portalu Onet.pl. Autor książek, m.in. „Mocowałem się z Bogiem” (wywiad rzeka z ks. Henrykiem Bolczykiem) i „Psycholog w konfesjonale” (wywiad rzeka z ks. Markiem Dziewieckim). Prowadzi również własną działalność wydawniczą. Interesuje się historią najnowszą, stosunkami międzynarodowymi, teologią, literaturą faktu, filmem i muzyką liturgiczną. Obszary specjalizacji: analizy dotyczące Bliskiego Wschodu, Bałkanów, Unii Europejskiej i Stanów Zjednoczonych, a także wywiady i publicystyka poświęcone życiu Kościoła na świecie i nowej ewangelizacji.

Kontakt:
jacek.dziedzina@gosc.pl
Więcej artykułów Jacka Dziedziny

 

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zobacz także