GN 43/2020 Archiwum

W poszukiwaniu ładu

Eric Rohmer był katolikiem, chociaż jego filmów nie można nazwać wprost religijnymi.

Ten jeden z najwybitniejszych francuskich reżyserów zazdrośnie strzegł swojej prywatności. Do tego stopnia, że niewielu znało jego prawdziwe nazwisko, a matka, która mieszkała w małym miasteczku, nigdy nie dowiedziała się, że jej syn zajmuje się filmem. – To by ją zabiło – mówił reżyser. Strzegł również prywatności swojej rodziny. Chociaż spędzał mnóstwo czasu na planie filmowym, nigdy nie zaprosił tam żony czy dwóch synów. Jak twierdzą jego biografowie, nie znaczy to, że zaniedbywał rodzinę. Wprost przeciwnie, spędzał z nią wiele czasu.

Rohmer jest moralistą

Maurice Schérer, bo tak nazywał się naprawdę, był człowiekiem znakomicie wykształconym, wybitnym znawcą filozofii i literatury klasycznej. Jednak jego największą pasją było kino. W latach 50. ubiegłego wieku zajmował się krytyką filmową, został też redaktorem naczelnym „Cahiers du Cinéma”, pisma filmowego, z którego kręgów wywodzą się twórcy tzw. nowej fali. Rohmer nie tylko prowadził wykłady na temat kina, ale sam kręcił filmy, z których wiele zdobywało ważne festiwalowe nagrody. Cieszyły się uznaniem krytyków i publiczności zarówno we Francji, jak i na świecie.

Był konserwatystą, chociaż w latach 70. wspierał ruchy ekologiczne, wówczas dalekie od skrajności i fanatyzmu prezentowanego współcześnie. Popierał na przykład ograniczenie prędkości poruszania się samochodów w mieście do 60 km na godzinę (z uwagi na bezpieczeństwo pieszych) czy walkę z paleniem papierosów. Na planie jego filmów palenie było zakazane, palacze więc musieli to robić w ukryciu.

Rohmer jest moralistą, chociaż nie moralizuje. W biografii reżysera nie znajdziemy żadnych skandalicznych wydarzeń, jakich w środowisku, w którym pracował, nie brakowało. Jest katolikiem, chociaż jego filmów nie można nazwać wprost religijnymi. W jego życiu szczególną rolę odgrywała wiara. Pochodził z religijnej rodziny, sam był mocno wierzącym katolikiem, przestrzegał zasad Dekalogu. Oczywiście problem wiary musiał znaleźć odzwierciedlenie w jego twórczości. W artykule „Geniusz chrześcijaństwa” deklarował, że „poza filozofią, moralnością, psychologią i poetyką, bezpośrednio lub pośrednio wywodzącą się z chrześcijaństwa, nie ma ocalenia dla sztuki”.

Rohmer jest autorem kilkudziesięciu filmów, z których część pogrupował w cykle. Pierwszy, „Opowieści moralne”, składa się z sześciu filmów, wśród których najważniejszy jest „Moja noc u Maud”. W latach 1980–1987 Rohmer nakręcił cykl zatytułowany „Komedia i przysłowia”, a w 1990 r. rozpoczął realizację następnego. Były to „Opowieści czterech pór roku”, które obecnie możemy w całości obejrzeć na platformie VOD telewizji publicznej.

Z Szekspira

W „Mojej nocy u Maud” znajdziemy wszystkie cechy charakterystyczne dla twórczości reżysera, perfekcjonisty w każdym calu. Od strony wizualnej wysmakowane zdjęcia oddające klimat opowieści, staranność w doborze kostiumów i plenerów rozgrywających się w przeszłości scen oraz niesłychaną umiejętność oddania na ekranie realiów codziennego życia. Filmy ­Rohmera opierają się na dialogach, które stwarzają napięcie, sama akcja nie jest najważniejsza. Ich fabuła jest w typie telenoweli, pozornie banalna, niewiele w niej wydarzeń. Reżyser ma jednak niezwykłą umiejętność łączenia lekkiej formy z poważnymi problemami współczesności, interesuje go wnętrze człowieka. Swoich bohaterów traktuje z dystansem, czasem ironicznie, ale ciepło – tak jak w „Mojej nocy u Maud”. Jean-Louis, jeden z bohaterów, jest katolikiem, który regularnie uczęszcza na Msze św. W kościele jego uwagę zwraca pewna dziewczyna. Zanim nawiązuje z nią kontakt, postanawia, że zostanie jego żoną. Na ulicy spotyka dawnego szkolnego kolegę Vidala, wykładowcę filozofii, z przekonań marksistę. W czasie kolacji u Maud, znajomej jednego z nich, dochodzi do wielogodzinnej dyskusji na różne tematy. Rozmowa dotyczy marksizmu, światopoglądowych wyborów i ich konsekwencji, poszukiwania wewnętrznego spokoju. W dyskusji kilkakrotnie przywoływany jest Blaise Pascal, XVII-wieczny chrześcijański filozof, autor słynnego zakładu dotyczącego istnienia Boga.

W kolejnym, realizowanym od 1972 r., cyklu „Komedie i przysłowia” na pierwsze miejsce wybija się piąty film serii – „Zielony promień”, inspirowany powieścią Juliusza Verne’a. Należy on z pewnością do najlepszych dzieł reżysera, chociaż wydaje się w dużej mierze oparty na improwizacji. To swoisty dziennik młodej samotnej dziewczyny, która odkrywa sens wiary.

Już sam tytuł najlepszego chyba filmu cyklu „Opowieści czterech pór roku” nasuwa natomiast skojarzenia ze sztuką Szekspira pod tym samym tytułem. Chociaż początkowo wydaje się, że „Opowieść zimowa” Rohmera nie ma z Szekspirem nic wspólnego, długie, rozgrywające się w drugiej połowie filmu sceny realizowane w teatrze wskazują na coś innego. Nie jest to przypadkowe, bo – jak tłumaczył reżyser – pomysł cyklu przyszedł mu do głowy w teatrze, w czasie oglądania sztuki angielskiego geniusza. Umieszczenie jej fragmentu w filmie pozwala widzowi łatwiej odkryć zamysł reżysera.

Wszystko stało się jasne

Prolog filmu, który rozgrywa się kilka lat wcześniej niż właściwa akcja, rozpoczynają pogodne, prześwietlone słońcem sceny wakacyjnego romansu pierwszoplanowej bohaterki Félicie z Charlesem. Po powrocie do Paryża zakochani obiecują sobie spotkanie. Jednak romans nie kończy się dobrze. Félicie, żegnając się z Charlesem, podaje mu przez pomyłkę zły adres i dlatego nie mogą się spotkać. Pięć lat później Félicie mieszka z matką, która opiekuje się jej pięcioletnią córką Elise, owocem wakacyjnego związku. Pracuje jako fryzjerka, żyje z zakochanym w niej intelektualistą Loicem, który pracuje w bibliotece, a jednocześnie romansuje z Maxencem, swoim pracodawcą. Mimo nieuporządkowanego życia, jakie prowadzi, wciąż kocha Charlesa, wydaje się wierzyć, że kiedyś znowu się spotkają. Intelektualista Loic deklaruje, że jest liberalnym katolikiem i nie wierzy w cuda, bo tak tylko może nazwać marzenie Félicie. Loic chodzi do kościoła, dziewczyna go unika, ale jest przekonana, że wiara ma wpłw na przyszłość. Kiedy Maxence otwiera nowy zakład w pobliskim mieście, Félicie postanawia z nim wyjechać. Jak się okazuje, na krótko, choć wyjazd do Nevers zaważy na jej przyszłości.

Oglądając film, należy zwrócić uwagę na dwie ważne sceny. Pierwszą – kiedy mała Elise zaciąga matkę do katedry w Nevers i drugą – w teatrze w czasie spektaklu sztuki Szekspira. W katedrze Elise podziwia bożonarodzeniową szopkę, a Félicie przeżywa coś, co można nazwać momentem łaski. – Wszystko stało się jasne – mówi do Maxence’a, który usiłuje ją przekonać, by z nim pozostała. W teatrze z przejęciem śledzi historię zmartwychwstania do życia Hermiony, która po latach spotyka córkę. W „Opowieści zimowej” odniesienia do Pascala są bardziej subtelne, pojawiają się tylko raz. Nadzieja, tak ważna w chrześcijaństwie, znajduje doskonałe odzwierciedlenie w prostocie Félicie.

Rohmer zmarł w 2010 r. w wieku 90 lat. Swój ostatni film, „Miłość Astrei i Celadona” nakręcił trzy lata przed śmiercią. Był reżyserem, na którego twórczość bieg czasu i wiek zdawały się nie mieć wpływu. Można mieć nadzieję, że wkrótce znajdziemy na VOD inne ważne filmy reżysera, zarówno te ujęte w cykle, jak i realizowane osobno, ze znakomitą „Markizą d’O” i „Zielonym promieniem” na czele.•

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama