Nowy numer 28/2020 Archiwum

Niżej już się nie da

Paradoksy. Piach Sahary okazał się żyzną glebą. Erudyta został eremitą. Ten, który notował: „Ziarno umiera, nie przynosząc owocu”, doczekał się tysięcy kontynuatorów, a choć wołał dramatycznie: „Niczego w życiu nie osiągnąłem”, zostanie niebawem świętym. Uznano właśnie cud, który uczynił w 100. rocznicę śmierci. Jak tu nie kochać tego radykała i „nieudacznika”?

Jestem niczym. Nic mi się nie udało – pisał rozgoryczony kard. Yves Congar. Po latach autor dokumentów soborowych przyznawał, że była to niezwykle wyzwalająca lekcja życia. Jakże bliźniacze doświadczenie miał kilkadziesiąt lat wcześniej inny Francuz. Choć na spalonej słońcem pustyni notował: „Marzę o czymś bardzo prostym, małym liczebnie, przypominającym pierwsze wspólnoty pierwotnego Kościoła. Mała rodzina, małe ognisko zakonne, maleńkie i bardzo proste”, jego radykalizm onieśmielał i zawstydzał tych, którzy próbowali mu towarzyszyć. Widząc, że Karol de Foucauld nie stosuje żadnej taryfy ulgowej i narzuca sobie niezwykle surową dyscyplinę, odchodzili…

Fascynuje i przeraża

Ten niespokojny duch, erudyta i eremita popijający mlekiem trzy daktyle dziennie, nie zgromadził za życia wokół siebie wspólnoty. Umierał samotny, a najbliższe otoczenie, obserwując radykalizm jego wyborów, szeptało: Karol „fascynuje, ale i przeraża”. „Nie działam z miłości do ludzi ani ze względu na nich – wyjaśniał – ale z miłości do Boga i ze względu na Niego samego”.

A jednak po jego śmierci to, co zakiełkowało na wyprażonej słońcem pustyni, wydało nieprawdopodobne owoce. Po śmierci małego brata tysiące osób, zafascynowanych jego drogą, poszło w jego ślady. Znam takich, którzy mogą opowiadać o nim z błyskiem w oku godzinami. Dlatego słysząc, że papież Franciszek zatwierdził 26 maja dekret kanonizacyjny Karola de Foucauld, ruszyłem do Częstochowy, gdzie nieopodal Jasnej Góry w niewielkim domku w ogromnym ogrodzie mieszkają małe siostry, duchowe spadkobierczynie przyszłego świętego.

Runął z 15 metrów

Po kuchni rozchodzi się zapach kawy. Za oknami zimna wiosna ustępuje miejsca latu. − Franciszek podpisał dekret uznający cud za wstawiennictwem brata Karola. Chodzi o cudowne uzdrowienie Charles’a, 21-letniego Francuza, który w listopadzie 2016 r., w czasie prac remontowych w liceum, runął z ponad 15-metrowego rusztowania – opowiada s. Anna. − Spadł na drewnianą ławkę i nadział się na wystający kawałek drewna. Po chwili, ku zdumieniu innych pracowników, podniósł się i z wbitym w ciało drewnianym bolcem pomaszerował, by zawiadomić o wypadku pracowników liceum. Wybuchła panika. Przyleciał helikopter, ale ponieważ ciało było przebite, Karola nie można było przetransportować drogą powietrzną. Karetka wiozła go przez 45 minut do szpitala w Angers, a ratownicy bali się o życie pacjenta. Ponieważ jego kierownik z żoną należeli do jednej ze wspólnot, zawiadomili swą parafię pod wezwaniem… brata Karola de Foucauld. Trwały akurat przygotowania do świętowania 100. rocznicy jego śmierci, a parafia modliła się… o jego kanonizację. Ruszył szturm do nieba. Modliło się mnóstwo ludzi. Nad ranem po operacji okazało się, że żaden narząd nie został uszkodzony, a po trzech dniach szef mógł swobodnie rozmawiać z rannym pracownikiem. Co ciekawe, ten młody chłopak nie był wcześniej wierzący. Zgodził się na udostępnienie medycznej dokumentacji, bo wiedział, że wydarzyło się coś ponadnaturalnego.

Bardziej świnia niż człowiek

Karol de Foucauld urodził się 15 września 1858 r. w Strasburgu. Na jego rodzinnym domu (nawiasem mówiąc, tym samym, w którym Rouger de Lisle w 1792 r. skomponował słynną „Marsyliankę”) znajdziemy tablicę: „Dawny Oficer Kawalerii, badacz Maroka, zdradziecko zamordowany przez Senussów 1 grudnia 1916”. Ale Karola nie da się zamknąć w żadnych formułkach, definicjach, szufladkach. Przez całe życie przekraczał granice. I wówczas, gdy jako zblazowany młodzieniec bez owijania w bawełnę wyznawał hedonistycznie: „Liczą się jedynie przyjemności” i pisał: „Byłem cały egoizmem, bezbożnością, pragnieniem zła. Jak oszalały. Byłem bardziej świnią niż człowiekiem”, i wówczas, gdy postawił wszystko na jedną kartę i promieniował Chrystusem w oceanie islamu.

„No wiecie państwo? Żeby tak zmarnować karierę?” − drapali się po głowach zamożni Francuzi, gdy młody Karol, widząc, że czerpanie garściami z uroków życia nie wypełnia dojmującego uczucia pustki, porzucił karierę wojskową i ruszył na niebezpieczną wyprawę naukową do Maroka. To tam, widząc gorliwość, z jaką wyznawcy islamu oddawali cześć Allahowi, zaczął zadawać sobie fundamentalne pytania. „Czyżby On istniał?” Zafascynował się Koranem, zaczął się uczyć arabskiego. Pytanie o Boga spędzało mu sen z oczu. Po powrocie do Francji pochłaniał książki o duchowości, coraz częściej przesiadywał w kościołach („Chodziłem tam bez wiary, ale tylko tam czułem się dobrze i spędzałem długie godziny, powtarzając dziwną modlitwę: »Mój Boże, jeśli istniejesz, daj się poznać!«”).

Doczekał się. Ten, który przedstawia się jako „Jestem”, dał się poznać. W październiku 1886 r. 28-letni Karol poprosił znajomego paryskiego kapłana „o lekcję religii”, ale ten „kazał mu uklęknąć i wyspowiadać się, i natychmiast posłał do Komunii”.

Wysiadam z pierwszej klasy

De Foucauld zapragnął we wszystkim naśladować Jezusa. Wiem, brzmi to jak pobożny slogan, ale wystarczy prześledzić życie Francuza, by zobaczyć, że prawdziwie ukochał Jego ukrycie, pokorę, zajmowanie ostatnich miejsc. „Nie chcę przejechać przez życie w pierwszej klasie, podczas gdy Ten, którego kocham, przebył je w ostatniej”.

Rzucił się na głęboką wodę. Wszystko wyjaśnia jego lapidarna notatka: „A teraz nieznane”. Przeszedł formację u francuskich trapistów, mieszkał w malutkim klasztorze w Syrii, pracował jako ogrodnik w Nazarecie, by zakończyć życie jako „brat Tuaregów” – pustynnych koczowników.

Pamiętam, jakie wrażenie robił na mnie „rozkład dnia” Prymasa Tysiąclecia, który podczas internowania narzucił sobie rygorystyczną dyscyplinę. Przypominał w tym do złudzenia Karola de Foucauld, który każdego dnia przez 10 godzin ślęczał nad papierami, prowadząc duchowe zapiski, tłumacząc tuareską poezję, opowiadania i ludowe porzekadła.

− Gdy słyszymy: „muzułmanin”, myślimy często: „terrorysta”. A ja myślę: „brat”. Zamieszkaliśmy w trójkę wśród 200 tysięcy muzułmanów i… nie odczuliśmy żadnej agresji. Żyliśmy jak ich bracia – opowiadał mi przed laty Moris Maurin, mały brat Jezusa. Nauczył się tego od Karola de Foucauld, który wobec islamu był cichym świadkiem Jezusa. „Boże mój, polecam Ci z całej duszy ich nawrócenie. Ofiaruję Ci za nich moje życie, za nawrócenie Maroka, za ludy Sahary, za wszystkich niewiernych” – pisał. „Oby każdy mógł powiedzieć w godzinie śmierci: »Płakałem z tymi, którzy płaczą«”.

Wywyższenie uniżonego

− Przez to, że w młodości bardzo mocno doświadczył swej biedy i pustki, miał wobec innych ludzi ogromną pokorę, spotykał się z wielkim szacunkiem – opowiadają małe siostry Jezusa. − Spotykał człowieka, a nie jego otoczkę. Dlatego był tak kochany. Przyjaźnił się i z francuskimi oficerami, i z prostymi wędrowcami pustynnymi. Kolportował z Francji różańce. W miejscu krzyżyka czynił odpowiedni supeł i uczył Tuaregów: „Powtarzajcie kilkadziesiąt razy »Kocham Cię, Boże«, a na dużym paciorku »Kocham Cię całym sercem«”. Gdy przywódca plemienia, z którym bardzo się zaprzyjaźnił, pojechał z Karolem do Francji i zobaczył, jak żyje jego rodzina, nie mógł wyjść ze zdumienia. Widząc radykalne ubóstwo, na jakie zdecydował się Karol, był tak wstrząśnięty, że powiedział: „To niemożliwe, aby ten człowiek nie poszedł do nieba”. A przecież jako muzułmanin wiedział, że by pójść do nieba, trzeba przejść na islam!

„Z jakiegokolwiek powodu by nas zabito, jeśli w duszy przyjmujemy śmierć niesprawiedliwą i okrutną jako błogosławiony dar z Twojej ręki (…), wówczas umrzemy z czystą miłością, a śmierć nasza będzie dla Ciebie ofiarą o miłej woni” – prorokował de Foucauld. Zginął 1 grudnia 1916 r. w czasie zamieszek w Hoggarze, zastrzelony przez wystraszonego 15-letniego muzułmanina. Ale to muzułmanie płakali na jego pogrzebie. I przylecieli 13 listopada 2005 r. do Rzymu na beatyfikację.

– Pamiętam, jak podszedł do nich Benedykt XVI i serdecznie z nimi rozmawiał. Jedna z muzułmanek powiedziała wówczas: „To ja już nie myję tej ręki, bo ściskała samego papieża!” – śmieje się s. Mariola (jej bliźniaczka jest również małą siostrą Jezusa!). – Karol ukończył formację u trapistów, był w Syrii i Nazarecie, ale potem schodził coraz niżej i niżej… – dodaje.

Spoglądam na wiszącą za jej plecami mapę świata i choć wiem, że mówi o odważnej decyzji zamieszkania na południu Algieru, doszukuję się w tym metafory. Karol schodził niżej i niżej.

Bez taryfy ulgowej

Jeśli w coś wchodził, to na całego. Był jak młody Samuel przebywający nieustannie w świątyni. Przez ostatnie lata spał przy Najświętszym Sakramencie. − Był w takiej relacji z Jezusem, że doskonale odczytywał Jego natchnienia. Dziś obudziłam się o 4.00 nad ranem i pomyślałam: „Karol wstałby natychmiast, by się modlić” – uśmiecha się s. Mariola. A siedząca obok s. Anna dopowiada: – Jego relacja, zażyłość z Jezusem była tak mocna, że notatki Karola wyglądają tak, jakby dyktował je sam Chrystus: „Żyj tak, jak ja żyłem w Nazarecie”. Bardzo symboliczne jest to, że gdy znaleziono jego ciało, obok w piasku leżała porzucona Hostia. Podzielił jej los. Nawet w śmierci zjednoczył się z Najświętszym Sakramentem. Choć był człowiekiem niezmiernie zapracowanym, nijak nie pasuje do niego słowo „działacz”. Czy miał jakąś „metodę” trwania w nieustannej adoracji i zanurzeniu w chwale Bożej? Tak! Jego metodą był Jezus – uśmiecha się s. Anna. − Chciał być jak On. W Nazarecie dotykał kamieni, których mógł dotykać Jezus, i chodził Jego ścieżkami.

Gotów na wszystko

Dziś mali bracia i małe siostry Jezusa za Karolem de Fou­cauld szepczą: „Ojcze, powierzam się Tobie, uczyń ze mną, co zechcesz. Cokolwiek uczynisz ze mną, dziękuję Ci. Jestem gotów na wszystko, przyjmuję wszystko”.

– „Uczyń ze mną, co zechcesz”. Bardzo kocham tę modlitwę. Wielokrotnie doświadczałam, że Bóg mnie kocha, troszczy się o mnie, więc nie mam wielkich oporów, by dziękować Mu w ciemno. Wierzę, że chce dla mnie tego, co najlepsze – opowiada mała siostra Zosia, która pracuje i modli się w Pewli, oczywiście Małej. − Człowiek chciałby raz a dobrze się nawrócić i już. A tak się nie da. Nawracasz się nieustannie. Każdego dnia stajesz się małym. To naprawdę daje radość, pokój! Wbrew pozorom to właśnie małość daje poczucie bezpieczeństwa, uczy zaufania. Jeżeli jestem kimś, uważam, że sporo potrafię, to po co mi Pan Bóg? Co innego, gdy czuję się Jego małym dzieckiem. Wtedy Mu ufam.

„W duchu wyrzec się wszystkiego, sercem od wszystkiego się uwolnić, być ubogim duchem wolnym od przywiązań to absolutnie nieodzowne, aby być uczniem Jezusa” – pisał mały brat Karol de Foucauld. Albo: „Boże mój, nie wiem, jak to możliwe dla niektórych dusz widzieć Cię ubogim i dobrowolnie pozostać bogatym”. Jego notatki burzą mój święty spokój i bezlitośnie obnażają moją letniość. Nie bawił się w żonglerkę pobożnymi frazesami, dorabianie ideologii do biblijnych nakazów. Ubóstwo to ubóstwo, życie to życie, a śmierć to śmierć. Myślę o nim zawsze, gdy słyszę Ewangelię o umieraniu ziarna.•

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama