Nowy numer 48/2020 Archiwum

Jeszcze Unia nie umarła

Po przespanych pierwszych tygodniach pandemii Unia Europejska odrabia straty wizerunkowe. Powstanie fundusz pomocowy, którego Polska będzie jednym z największych beneficjentów.

W sumie 750 mld euro, z czego ponad 63 mld przypadną Polsce. Tak ma wyglądać unijny Instrument Odbudowy, którego celem jest wsparcie gospodarek unijnych dotkniętych pandemią. Tylko skąd te pieniądze, dlaczego również dla nas, i czy to wystarczy do zbudowania Unii na nowo?

Bogaci czy biedni?

To dość zaskakujący obrót spraw. Jeszcze dwa dni przed oficjalną prezentacją projektu z analiz niezależnych ośrodków w Niemczech wynikało, że Polska może stać się jednym z największych płatników planowanego funduszu. Krótko mówiąc – mielibyśmy dopłacać nie tylko do odbudowy gospodarek Włoch i Hiszpanii, najbardziej dotkniętych skutkami pandemii, ale również Francji, czyli jednego z najbogatszych krajów unijnych, do tego próbującego często traktować Polskę jak ucznia, któremu należy ciągle pokazywać miejsce w szeregu. Ostatecznie można by spuścić zasłonę niepamięci na to protekcjonalne traktowanie naszego kraju i zwyczajnie pospieszyć z pomocą, zarazem domagając się realnych gwarancji partnerskiego traktowania Polski. Zwłaszcza że jest okazja, by wykazać się solidarnością, której sami często się domagamy wobec nas. Mimo wszystko nie wyglądało to jednak dobrze, by kraj, który ciągle należy do biedniejszych w Unii, stał się liderem we wspieraniu gospodarek innych państw.

Nagle okazało się, że będzie dokładnie odwrotnie i to Polska znajdzie się wśród państw, które mają najbardziej skorzystać z programu pomocowego, nie dopłacając do niego ani jednego euro. To również, na pierwszy rzut oka, wygląda nieco dziwnie, bo cały czas chwalimy się, że na tle Europy i liczba zachorowań, i kryzys wywołany pandemią nie są u nas tak duże jak we Włoszech, Hiszpanii czy Francji. Zarazem jednak trzeba mieć świadomość, że my ciągle jesteśmy krajem na dorobku w porównaniu z najbardziej dotkniętymi pandemią. I nasz kryzys, nawet jeśli mniejszy niż we Włoszech czy Hiszpanii, i tak cofa nas jeszcze bardziej w próbie doścignięcia w rozwoju reszty Europy. Dobrze, że ten argument znalazł poparcie w Brukseli. Pytanie, czy fundusz, oparty w części na pożyczkach, wystarczy do tego, by na nowo przemyśleć, czym Unia ma właściwie być.

Reanimacja Unii

Odpowiedź jest złożona. Jeśli patrzeć bardziej przychylnym okiem, to można powiedzieć, że Unia Europejska robi właśnie to, czego oczekują od niej obywatele, czyli okazuje solidarność. Oczywiście zawsze jest tak, że oczekują jej ci, którzy najbardziej potrzebują pomocy, i w tym momencie są to przede wszystkim Włochy i Hiszpania, a niechętne lub ostrożne z jej udzielaniem są kraje, które niekoniecznie mocno ucierpiały, a mają stać się największymi płatnikami. I tak jest tym razem w przypadku krajów Północy, zwłaszcza Danii. Ostatecznie jednak powstanie funduszu pomocowego to próba naprawienia początkowej bezradności Unii w obliczu koronawirusa. Jeszcze w marcu tego roku prezydent Francji Emmanuel Macron ostrzegał: „UE upadnie jako projekt polityczny, jeśli nie będzie wspierała dotkniętych kryzysem krajów, takich jak Włochy, i nie pomoże im wyjść ze skutków pandemii koronawirusa”. A szefowa Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen, teraz prezentująca szczegóły Instrumentu Odbudowy, jeszcze niedawno w specjalnym liście przepraszała Włochów za brak solidarności Europy i za zbyt późną reakcję, a później na łamach „Le Monde” przyznała, że Unia w ogóle przespała pierwsze tygodnie pandemii.

To zdanie podzielali zresztą sami Włosi – gdyby pod koniec marca odbyło się referendum na temat dalszego członkostwa w UE, nawet 67 proc. mogłoby zagłosować za opuszczeniem wspólnoty. Dlatego choćby ze względu na nastroje Bruksela – w porozumieniu z rządami krajów członkowskich – musiała zaproponować coś konkretnego. I dobrze się stało, że początkowo oporne Niemcy, niechętne finansowaniu wspólnego europejskiego długu, w końcu zgodziły się wziąć na siebie główny ciężar tego przedsięwzięcia.

Pożyczka i pożyczka

Z zaproponowanych 750 mld euro aż 500 mld będą stanowić bezzwrotne granty, a 250 mld beneficjenci będą musieli spłacić. „Bezzwrotne granty” to oczywiście nieco mylące określenie, bo oznacza tylko tyle, że dany kraj, na który przypadnie określona pula, nie będzie musiał tej części pomocy oddać, ale de facto spłaci je (w ciągu 30 lat) cała Unia, planując swoje budżety na kolejne lata. Bo środki będą pochodzić z pożyczek, jakie w imieniu UE zaciągnie na rynkach Komisja Europejska. Polska z całkowitej kwoty, która ma wynosić 63,8 mld euro, 37,6 mld euro dostanie na bezzwrotne granty, a resztę będzie stanowić pożyczka. I tę drugą będziemy musieli spłacić samodzielnie, a „bezzwrotną” spłacimy wspólnie jako Unia Europejska, odliczając odpowiednie kwoty od unijnych budżetów. Oczywiście największy ciężar spłaty poniosą kraje najbogatsze, przede wszystkim Niemcy. Tym samym „dług wdzięczności” wobec Berlina będą miały przede wszystkim Włochy, które z nowego funduszu mają dostać 82 mld euro grantów i 91 mld euro pożyczek, a także Hiszpania, która prawdopodobnie otrzyma 77 mld euro grantów i 83 mld euro kredytów. W trudnej sytuacji jest Francja, która również przyjmuje rolę beneficjenta programu (co osłabia ją w partnerskim ducie z Niemcami): na nią przypadnie 39 mld euro grantów oraz kilkadziesiąt miliardów (trwają konsultacje) pożyczek.

Środki, „znalezione”, czyli pożyczone przez KE na rynkach, zostaną niejako wtłoczone w istniejące już programy unijne: zarówno te przeznaczone na inwestycje i reformy (największa kwota), jak i programy działające w ramach unijnego funduszu spójności (z którego najbardziej korzystają nowe kraje członkowskie, w tym ciągle Polska). To są na razie oficjalne dane Komisji Europejskiej, natomiast można się spodziewać jeszcze długiej batalii o ostateczny kształt funduszu pomocowego, w której zarówno Polska, jak i inni beneficjenci mogą jeszcze trochę stracić (bo raczej na większe kwoty nie powinno się już liczyć).

Mit „płatnika netto”

To wszystko wygląda obiecująco. I przede wszystkim pokazuje, że w sytuacji kryzysowej, mimo początkowego paraliżu, Unia potrafi działać wspólnie. Tym bardziej że sprawa nie kończy się na samym funduszu pomocowym w wysokości 750 mld euro. Dodatkowo zwiększona zostaje perspektywa budżetowa na kolejne lata do wysokości ponad 1 bln euro. Kluczowe jednak jest to, że Unia jeszcze nigdy nie zaciągała wspólnego długu, a fundusz pomocowy będzie oparty właśnie na takim wspólnotowym zadłużeniu. Z jednej strony to oczywiście konieczne działanie doraźne i świadczące o tym, że pogłoski o śmierci Unii były jednak przedwczesne. Z drugiej zaś strony otwierają się pytania o to, co dalej, tzn. jaka ma być cena tego „wspólnego długu”, którego koszty będą ponosiły jednak najsilniejsze kraje. Będą ponosiły koszty, ale nie robiłyby tego, gdyby nie wiązało się to ze spodziewanymi zyskami po uratowaniu gospodarek poszczególnych krajów. A zyskiem podstawowym jest w tym momencie przede wszystkim zachowanie status quo, czyli obrotów handlowych i wymiernych korzyści dla tzw. płatników netto. Bo warto w tym miejscu przypomnieć, że płatnik netto to nie tyle ktoś, kto do Unii „dopłaca” (choć jego składka członkowska przewyższa to, co dostaje z funduszy unijnych), ile państwo, które zyskuje wielokrotnie więcej na wymianie gospodarczej.

I powiedzmy sobie jasno: to jest również celem Polski, by z czasem również stać się takim „płatnikiem netto”, to znaczy państwem, które czerpie zyski z członkostwa w UE nie z tytułu dopłat (to jest konieczne na etapie wyrównywania szans rozwojowych), ale z tytułu korzyści gospodarczych wynikających z wolności przepływu osób, towarów i usług.

Kasa i co dalej?

W tym kontekście należy patrzeć na kraje, które – jak Niemcy – ciągle „dopłacają” do Unii czy to w formie składek, czy też programów pomocowych i brania na siebie ciężaru wspólnego długu. „Dopłacają” doraźnie, ale to zwykła inwestycja, która zwraca się wielokrotnie. Pozostaje oczywiście pytanie, czy – poza zwykłą „stopą zwrotu” – nie przerodzi się to również w dyktowanie warunków tym, którzy z pomocy skorzystali. Na tym zresztą jak dotąd opierała się dominacja Niemiec w Unii – „dopłacam”, więc wymagam. W sytuacji, gdy decyduje się kierunek, w jakim Unia powinna zmierzać, nie jest obojętne, kto o tym kierunku będzie przede wszystkim decydował. Polska, będąc beneficjentem programu pomocowego, nie będzie raczej miała decydującego głosu w tym planowaniu. Chyba że kryzys i tempo wychodzenia z niego wyłoni nowych liderów, wśród których i my mamy szansę się znaleźć. Teoretycznie liderami stalibyśmy się szybciej, gdybyśmy do funduszu pomocowego dopłacali na równi z Niemcami. Ale to mogłoby się odbić rykoszetem, gdyby brak środków pomocowych osłabił naszą gospodarkę jeszcze bardziej, niż pokazują prognozy. Dlatego też mimo wszystko lepiej dla nas, że znaleźliśmy się w gronie państw, które z funduszu mają doraźnie najbardziej skorzystać.

Problem w tym, że same pieniądze, choć konieczne tu i teraz, nie wystarczą, by odpowiedzieć sobie na pytanie, czym Unia ma być. Jest raczej podejrzenie, że wspólny dług tylko przyspieszy proces federalizacji UE kosztem idei Europy Ojczyzn. Argument wspólnego ciężaru zadłużenia, do którego bardziej zdolna jest federacja niż luźny związek państw, będzie tutaj trudny do podwa- żenia.•

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Jacek Dziedzina

Dziennikarz działu „Świat”

W „Gościu" od 2006 r. Studia z socjologii ukończył w Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. Pracował m.in. w Instytucie Kultury Polskiej przy Ambasadzie RP w Londynie. Laureat nagrody Grand Press 2011 w kategorii Publicystyka. Autor reportaży zagranicznych, m.in. z Wietnamu, Libanu, Syrii, Izraela, Kosowa, USA, Cypru, Turcji, Irlandii, Mołdawii, Białorusi i innych. Publikował w „Do Rzeczy", „Rzeczpospolitej" („Plus Minus") i portalu Onet.pl. Autor książek, m.in. „Mocowałem się z Bogiem” (wywiad rzeka z ks. Henrykiem Bolczykiem) i „Psycholog w konfesjonale” (wywiad rzeka z ks. Markiem Dziewieckim). Prowadzi również własną działalność wydawniczą. Interesuje się historią najnowszą, stosunkami międzynarodowymi, teologią, literaturą faktu, filmem i muzyką liturgiczną. Obszary specjalizacji: analizy dotyczące Bliskiego Wschodu, Bałkanów, Unii Europejskiej i Stanów Zjednoczonych, a także wywiady i publicystyka poświęcone życiu Kościoła na świecie i nowej ewangelizacji.

Kontakt:
jacek.dziedzina@gosc.pl
Więcej artykułów Jacka Dziedziny

 

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zobacz także