Nowy numer 28/2020 Archiwum

Rodzice z Insta

Nie jest dobrze, gdy w imię promowania wartości sprzedaje się intymność dzieci i robi biznes.

WUSA wybuchł dziki skandal, gdy rodzice znani z mediów społecznościowych oddali adoptowanego synka. Trwa więc dyskusja o rodzicielstwie na pokaz, o sprzedawaniu prywatności dzieci i uroczym lansowaniu siebie kosztem godności dziecka. I co? I nic z tego raczej nie wyniknie, bo takie dysputy od czasu do czasu pojawiają się przy okazji kolejnego dramatu z siecią i społecznościówkami w tle. A jednocześnie rodzicielstwo instagramowe rozwija się jak szalone i nie wydaje się, by coś się mogło w tej materii zmienić.

Jeśli sprzedać można wszystko, to i dzieci. Para z USA adoptowała najpierw chińskie dziecko z autyzmem, potem przez kilka lat pokazywała chłopca na swoim profilu. I generowała miliony wejść, lajków, a co za tym idzie – zapewne środków finansowych. By po kilku latach ogłosić, że jednak nie dają rady i że inna rodzina zapewne lepiej sobie z chłopcem poradzi. To się niestety zdarza. Życie przerasta dobre chęci. Bywa, że po prostu adopcje nie są udane. A chociaż to nie jest powód do dumy, to nie jest to i powód do potępienia. Z jednym „ale”: może zamiast bić pianę na Instagramie, może zamiast tworzyć łzawą familijną operę o „dobrych rodzicach i chorym dziecku”, należało się w ciszy na nim skupić? Epatowanie losami przyjętego chłopca jest moralnie kontrowersyjne. I wywołuje niesmak niezależnie od skutków i przykrego końca tej historii.

Przy okazji można w ogóle zadać tu parę pytań. Czy naprawdę wszystko jest na sprzedaż? Bo oczywiście można się wyłącznie czepiać pary z USA. Ale na portalach społecznościowych roi się od polskich domowych i rodzinnych profili. Jeśli służą promocji wartości, rodziny, rodzicielstwa, małżeństwa, to oczywiście dobrze. Byle… nie przeginać. Pewna subtelność, dyskrecja, dbanie o godność dziecka powinny tu być absolutnie priorytetem. Bo nie jest dobrze, gdy w imię promowania wartości sprzedaje się intymność dzieci i robi tak naprawdę biznes. Lukrowanie życia, by było więcej lajków i obserwujących, to też dwuznaczna moralnie sprawa. Nie mówiąc już o sytuacji, gdy po prostu twarze dzieci, ich historie, zupki i kupki są siłą napędową i reklamową społecznościowego interesu. A tak się dzieje. I coraz częściej, niestety, przykryte jest to upudrowaną warstewką prorodzinnych wartości. Nie ma nic złego w dzieleniu się radością domowego i rodzicielskiego życia. Byle z umiarem. I byle intencje były naprawdę czyste. •

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Agata Puścikowska

Dziennikarz działu „Polska”

Absolwentka dziennikarstwa i komunikacji społecznej na Uniwersytecie Warszawskim. Od 2006 r. redaktor warszawskiej edycji „Gościa”, a od 2011 dziennikarz działu „Polska”. Autorka felietonowej rubryki „Z mojego okna”. A także kilku wydawnictw książkowych, m.in. „Wojenne siostry”, „Wielokuchnia”, „Siostra na krawędzi”, „I co my z tego mamy?”, „Życia-rysy. Reportaże o ludziach (nie)zwykłych”. Społecznie zajmuje się działalnością pro-life i działalnością na rzecz osób niepełnosprawnych. Interesuje się muzyką Chopina, książkami i podróżami. Jej obszar specjalizacji to zagadnienia społeczne, problemy kobiet, problematyka rodzinna.

Kontakt:
agata.puscikowska@gosc.pl
Więcej artykułów Agaty Puścikowskiej

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zobacz także