Nowy numer 44/2020 Archiwum

Agenci nadziei

Skojarzenia to przekleństwo. Dosłownie i w przenośni.

Spoglądając przed chwilą na półkę z książkami, dostrzegłem kątem oka pozycję zatytułowaną „Koronowana Królowa” autorstwa arcybiskupa Grzegorza Rysia. Musiałem zamrugać, bo oczy ewidentnie dojrzały „koronawirusa” i nijak miał się on do „Królowej”. Gdziekolwiek się teraz człowiek nie obejrzy, to tego koronawirusa widzi. Powtarzanie rodzi przecież przyzwyczajenie, czyli nawyk. Taką mamy naturę. Wiedzą o tym propagandyści, twórcy reklam i specjaliści od wizerunku, czyli ci, którym znajomość ludzkiej natury jest niezbędna. Po to, by ją wykorzystać dla własnych celów. A ja pytam czasem sam siebie, czy my, chrześcijanie, dla których autentyczne dobro bliźniego jest jednym z priorytetów, tę znajomość odpowiednio wykorzystujemy?

Niedawno zmarł jeden z najsłynniejszych polskich teologów ks. Wacław Hryniewicz. Pisze o nim w bieżącym numerze „Gościa Niedzielnego” ks. Tomasz Jaklewicz („Nadzieja ojca Wacława”, ss. 30–32). Zmarły teolog mówił o nadziei, że leczy, jest mądra i że jest siłą twórczą. Właściwie całe swoje życie nadziei poświęcił, choć mądrzej byłoby pewnie powiedzieć: uczeniu nadziei i o nadziei. Myślę o tym w kontekście niedoboru nadziei we współczesnym świecie. Kto jeszcze dzisiaj mówi o nadziei? I o jakiej nadziei mówi najczęściej? Jako chrześcijanie wiemy, że – jak to określił Benedykt XVI – została nam dana nadzieja niezawodna, taka, której mocą możemy stawić czoło teraźniejszości. Bo „teraźniejszość, nawet uciążliwą, można przeżywać i akceptować, jeśli ma jakiś cel i jeśli tego celu możemy być pewni, jeśli jest to cel tak wielki, że usprawiedliwia trud drogi” (Spe salvi, 1). Wiemy. Szkoda, że rzadko o niej mówimy, jakby zawstydzeni priorytetami świata. Bo – wracając do natury ludzkich przyzwyczajeń – być może to my jako chrześcijanie powinniśmy powtarzać na okrągło, że nadzieja istnieje… I że my wiemy, Kto za nią stoi. I że jest to Chrystus.

Istniejący od tysiąca lat zakon maltański, zwany inaczej zakonem szpitalników, joannitów, czy po prostu kawalerów maltańskich, to wspólnota z tradycjami. Pośród nich jest jedna podstawowa: pomoc człowiekowi znajdującemu się w potrzebie. Sto lat temu, 21 czerwca 1920 r., w Poznaniu utworzono Związek Polskich Kawalerów Maltańskich, o których jako o „Rycerzach codziennej pomocy” pisze dziś Szymon Babuchowski (ss. 40–42). A mnie przy okazji rozważań o nadziei i tychże rycerzach przyszło do głowy pytanie: czy znanych mi maltańczyków cechuje coś wspólnego? Jakiś syndrom, znak szczególny? I dość szybko stwierdziłem, że tak. Oni wszyscy są skrajnie pragmatyczni, konkretni w podejmowanych działaniach i małomówni – choć to pewnie moje subiektywne odczucie. Ci „agenci od zadań specjalnych”, obecni w miejscach, do których innym niekiedy trudno dotrzeć, są tam zawsze ze względu na człowieka, który potrzebuje pomocy. I po prostu robią swoje. Bez pompy, celebry i zaplecza wizerunkowego. Dla mnie to najlepszy sposób dawania świadectwa nadziei. I Temu, Kto za nią stoi. •

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Zobacz także

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się