Nowy numer 49/2020 Archiwum

Wykrywacz cichych zabójców

To był taki wynalazek, który zmienił losy wojny. I ocalił tysiące żołnierzy.

Od zakończenia II wojny światowej minęło 75 lat. Kiedy wspominamy polski wkład w zwycięstwo nad Niemcami, zazwyczaj padają nazwiska charyzmatycznych generałów, wybitnych dowódców, wspaniałych lotników. Dopiero od niedawna jednym tchem dodaje się naszych kryptologów, którzy złamali kod Enigmy. Nikt już, także na Zachodzie, nie kwestionuje olbrzymich zasług polskich asów wywiadu. Wciąż na docenienie czekają jednak inżynierowie i wynalazcy, cisi bohaterowie tamtej wojny, tacy jak Józef Kosacki, który skonstruował wykrywacz min. I nie sposób oszacować, jak wiele istnień ludzkich dzięki niemu zostało uratowanych.

List od króla

Każdy wie, kim byli Anders, Maczek i Sosabowski, niewielu z nas słyszało o skromnym polskim inżynierze, któremu król Jerzy VI osobistym listem podziękował za wkład w zwycięstwo, a Brytyjczycy poświęcili osobne miejsce w Imperial War Museum w Londynie. Polski wynalazek był światową sensacją na początku lat 40. XX w., ale wówczas nawet prawdziwe nazwisko wynalazcy nie było podawane do publicznej wiadomości. Chodziło oczywiście o ochronę jego rodziny przebywającej w okupowanej Polsce. W ówczesnych publikacjach, artykułach prasowych czy audycjach radiowych Kosacki pojawiał się jako Józef Kos lub (nomen omen) Kozak.

Wynalazca wykrywacza min, podstawowego wyposażenia sapera, produkowanego jeszcze w czasie wojny w ponad milionie egzemplarzy, nie zbił na nim majątku i nie zyskał sławy także w czasach pokoju. W Anglii poprzestano na honorach, w Polsce zabrakło nawet tego, bo ze względów politycznych władze komunistyczne pomijały wkład sił zbrojnych na Zachodzie w wygranie wojny. Zanim nastał stalinizm, pojawiło się kilka artykułów prasowych, a potem zapadła cisza aż do narodzin III RP. Natomiast w publikacjach fachowych ukazujących się w wolnym świecie jeszcze przez całe dekady używano konspiracyjnych pseudonimów zamiast właściwego nazwiska wynalazcy.

Śmierć rotmistrza Górskiego

Józef Kosacki (ur. 1909) zdążył przed wojną ukończyć Wydział Elektryczny Politechniki Warszawskiej i rozpocząć pracę w Państwowym Instytucie Telekomunikacyjnym w Warszawie na stanowisku kierownika Działu Wzmacniaczy Telefonicznych. Już wtedy dokonał kilku kluczowych odkryć, które wykorzystał przy konstrukcji swojego wykrywacza min.

4 września 1939 r. zgłosił się na ochotnika do wojska, pomagał uruchomić uszkodzoną przez Niemców radiostację Rozgłośni Polskiego Radia Warszawa II, przez którą podtrzymywał na duchu obrońców miasta jego prezydent Stefan Starzyński. Po ewakuacji na Węgry Kosacki trafił do obozu dla internowanych, skąd uciekł. Do Francji wyjechał, używając paszportu wystawionego mu na fałszywe nazwisko: „Józef Lewandowski”, potem przedostał się do Szkocji. Przydzielono go do Centrum Wyszkolenia Łączności w Dundee.

Wiosną 1941 r. doszło do zdarzenia, które dostarczyło Kosackiemu szczególnej motywacji, by wrócić do prac nad swoim wynalazkiem. Na nieoznaczonym polu minowym zginął w czasie patrolu rotmistrz Stanisław Górski z 14. pułku ułanów polskiej 10. Brygady Kawalerii Pancernej. Takie wypadki zdarzały się często, bo wybrzeże Szkocji minowano chaotycznie, obawiając się niemieckiej inwazji. Ale ta śmierć w sposób szczególny poruszyła polskich żołnierzy, bo rotmistrz był postacią bardzo wśród nich popularną.

Potrzeba matką wynalazku

Tu mała retrospekcja. Jeszcze przed wybuchem II wojny światowej prototyp elektrycznego wykrywacza min opracował kpt. inż. Tadeusz Lisicki z Biura Badań Technicznych Wojsk Łączności w Warszawie. Ale jemu nie udało się przedostać na Zachód, został w okupowanej Polsce. Natomiast Józef Kosacki kontynuował badania w Dundee we współpracy z plutonowym Andrzejem Garbosiem, uchodzącym w wojsku za złotą rączkę. Obaj podjęli się odtworzenia konstrukcji Lisickiego i wprowadzenia w niej niezbędnych udoskonaleń.

Pracowali „na dziko”, po godzinach poświęcanych wykładaniu radiotelegrafii przez porucznika. Kosacki brakujące do urządzenia części kupował za własne pieniądze. Skonstruowanie trzech prototypów wykrywacza zajęło mu zaledwie trzy miesiące. Niewiele wynalazków powstało w tak krótkim czasie i od razu w skończonej formie. Ale tu znalazło zastosowanie powiedzenie, że potrzeba jest matką wynalazków.

Pierwszy test odbył się na podwórzu kasyna, z którego korzystali polscy oficerowie. Zakopywano w ziemi coraz więcej metalowych przedmiotów, a wykrywacz znajdował wszystkie. Kosacki i Graboś zdecydowali się więc na start w ogłoszonym przez władze brytyjskie konkursie. Polska konstrukcja była jedną z siedmiu zgłoszonych, a jednym z zadań było zebranie rozsypanych na trawniku monet jednopensowych. Polski wykrywacz znalazł wszystkie.

Tani, lekki, prosty w obsłudze

Do tego czasu rozminowywanie terenu odbywało się najczęściej przez mozolne nakłuwanie gruntu tzw. macką saperską, przypominającą skrzyżowanie szydła z bagnetem. Innym pomysłem było wysadzanie min przy użyciu rury Bangalore – saperskiego ładunku zaprojektowanego w 1912 r. w Indiach (stąd nazwa) przez brytyjskiego sapera kpt. McClintocka.

Wykrywacz Koseckiego był więc wynalazkiem rewolucyjnym. Dzięki indukcji wytwarzał pole elektromagnetyczne, które było przekształcane na akustyczny sygnał słyszalny w słuchawkach. Zmiana indukcyjności sprawiała, że sygnał stawał się tym głośniejszy, im bliżej było do miny, co umożliwiało jej precyzyjną i bezpieczną lokalizację. Ale największym atutem w warunkach bojowych była stosunkowo niska waga (14 kg), umożliwiająca obsługę urządzenia przez jedną osobę. Do tego dochodziły niskie koszty produkcji oraz łatwość naprawy w razie uszkodzenia.

Bardzo szybko podjęto decyzję o skierowaniu polskiego wykrywacza do produkcji seryjnej pod nazwą „Mine Detektor Polish Mark 1”. Na wszelki wypadek, by nie zapomniano, kto go wynalazł. Pierwszą serię wykonano pod osobistym nadzorem Kosackiego. Wykrywacz nie został przez niego opatentowany, bo do 1943 r. obowiązywała zasada, że wynalazki cenne dla wojskowości nie mogły być patentowane – wynalazca nieodpłatnie przekazał go więc Brytyjczykom, ci zaś Rosjanom i Amerykanom. Po raz pierwszy na szerszą skalę polską konstrukcję wykorzystano w 1942 r. w czasie bitwy pod El Alamein. W jedną noc udało się rozminować 10 km terenu i stworzyć tym samym „autostradę dla czołgów”. Po tej bitwie o polskim wynalazku zrobiło się głośno.

Drugie życie wynalazku

Józef Kosacki do końca wojny pracował w Wojskowej Wytwórni Łączności w Londynie na stanowisku konstruktora sprzętu i kierownika kontroli. Potem przez dwa lata pracował w Stacji Badawczej Poczty Brytyjskiej, projektując zaawansowane systemy telekomunikacyjne. Do Polski wrócił 22 kwietnia 1947 r., głównie dzięki namowom przedwojennego kolegi prof. Janusza Groszkowskiego, żołnierza AK, który wsławił się badaniem w czasie okupacji elementów V2. Kosacki powrócił do przedwojennego miejsca pracy – Państwowego Instytutu Telekomunikacji, nawet na to samo stanowisko. Pracował… jak gdyby nic się nie wydarzyło. Z wiadomych względów nie zabiegał ani o sławę, ani o profity. Jak to z wynalazcami bywa, miał już nowe, inne pasje. W latach 70. pracował w Instytucie Badań Jądrowych, kierując pracami m.in. nad wielokanałowymi analizatorami amplitudy i czasu. Tymczasem wykrywacz, z niewielkimi zmianami konstrukcyjnymi, służył w różnych armiach przez kolejne dekady. Był skutecznie używany aż do 1991 r. w Zatoce Perskiej i Iraku.

Detektor, który zmienił historię, ma swoje drugie życie: dziś także służy temu, by historię odtwarzać. Należy bowiem do podstawowego wyposażenia grup rekonstrukcyjnych, poszukujących pozostałości po minionych wiekach.

Historię Józefa Kosackiego przypominał film „Jedyny taki… wykrywacz uśpionego zabójcy”, który miał premierę przy okazji 75. rocznicy zakończenia wojny. Wystąpił w nim Adam Sikorski, autor popularnego cyklu telewizyjnego o zwiadowcach historii „Było, nie minęło…”, korzystający w swoich dziennikarskich śledztwach z detektora. Wspominał, że często odwiedzają go goście z różnych, czasem małych wiosek w Polsce. „Panie, u nas jest taka opowieść o powstańcach pobitych pod lasem, przyjedźcie, sprawdźcie czy to prawda” – proszą. – Przyjeżdżamy, wydobywamy jakieś kule sztucerowe albo połamane ostrogi czy fragmenty pałaszy. I wtedy takie miejsce zostaje oznaczone, staje się centrum pamięci lokalnej wspólnoty – mówi Adam Sikorski.•

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama