Nowy numer 48/2020 Archiwum

Ludzie się wystraszyli

Czy górnośląski przemysł wydobywczy przetrwa kryzys spowodowany falą zachorowań wśród górników? Choroba minie, ale strukturalne problemy branży pozostaną, gdyż zaczęły się, zanim pojawił się koronawirus.

Górnośląskie spółki węglowe zostały zaatakowane przez pandemię koronawirusa. Wydobycie wstrzymano w trzech kopalniach Polskiej Grupy Górniczej (PGG): „Jankowice” w Rybniku, „Murcki-Staszic” w Katowicach oraz „Sośnica” w Gliwicach. Wydobycie wstrzymała również bytomska kopalnia „Bobrek”, należąca do spółki Węglokoks Kraj. Wysoka jest liczba zachorowań w kopalni „Pniówek” w Pawłowicach, należącej do Jastrzębskiej Spółki Węglowej, ale wydobycia tam nie wstrzymano. Łącznie do 18 maja stwierdzono zakażenie u ponad 2244 pracowników górnośląskich kopalń.

450 zakażonych

Jedna ze śląskich kopalń, w które COVID-19 uderzył z największą siłą, znajduje się na terenie Rybnika. To kopalnia „Jankowice”. Tylko do 13 maja zakażonych było w niej 450 górników. Wydobycie wstrzymano; w kopalni zostali tylko pracownicy utrzymujący ją w ruchu. Pracujący tutaj pan Remigiusz zakaził się koronawirusem jeszcze w kwietniu. Jak do tego doszło? – Kolega ze zmiany poczuł się bardzo źle. Gorączka powyżej 38 stopni i nie można było tego zbić. Zrobił sobie test w namiocie, ustawionym pod szpitalem w Rybniku, i okazało się, że jest wynik pozytywny – wspomina.

Działo się to w połowie kwietnia. – Kolega powiadomił naszego kierownika i była szybka reakcja: wszystkich, którzy mieli z nim kontakt, wychwycono. Od razu nam znaczki zablokowali, więc nie mogliśmy już wejść na zakład, i wszyscy zostaliśmy skierowani na kwarantannę. Było to zrobione naprawdę dobrze, krok po kroku zgodnie z procedurami, tak jak to się słyszy w telewizji – ocenia górnik.

Przeprowadzone badanie wykazało, że pan Remigiusz też jest zakażony. – Przechodzę chorobę bezobjawowo. Tylko raz pokazała się temperatura, ale łyknąłem dwa gripeksy i przeszło. Przez trzy, cztery dni wystąpił też brak smaku i brak węchu. Gdyby nie kwarantanna, pewnie nie skojarzyłbym tego z koronawirusem. Ale moja matka też miała te same objawy, a ciągle nie była przebadana. Górnikom zrobiono wymazy, to fakt, to zostało zrobione w porządku. Chcielibyśmy jednak, żeby badania przeszły też nasze rodziny. Zwłaszcza że mieszkam m.in. z babcią, która ma 70 lat i jest po udarze – mówił „Gościowi” 12 maja.

Praca w skwarze i wilgoci

Remigiusz jest zadowolony z tego, jak działa policja, sprawdzająca stosowanie się do wymogów kwarantanny. Policjanci pytają, czy nie trzeba pomocy np. w zorganizowaniu zakupów. Górnicy zgodnie narzekają jednak na kontakt z sanepidem. Uważają, że skala zachorowań przerosła tę instytucję. – Sanepid w Rybniku ma pięć numerów telefonu. W kwietniu jeszcze można było się tam dodzwonić, jeśli próbowałeś 300 razy dziennie... Teraz już dodzwonić się nie sposób – mówi Maciej, górnik z kopalni „Jankowice”, który też jeszcze w kwietniu zakaził się tam koronawirusem. COVID-19 przechodził całkowicie bezobjawowo. – Nie miałem nawet kataru – mówi. Kwarantannę spędza jednak, nie wychodząc z pokoju, w trosce o rodziców, którzy są po sześćdziesiątce i mają inne kłopoty zdrowotne.

Czy zakażeń na tak dużą skalę na kopalniach można było uniknąć? – Pracodawca zastosował środki bezpieczeństwa. Mieliśmy mierzoną temperaturę. Na bramkach były też środki do dezynfekcji, dawali nam maseczki – wylicza Remigiusz.

Wszyscy na Śląsku zdają sobie jednak sprawę, że kopalnia to specyficzne miejsce pracy i nie da się tam uniknąć kontaktu z innymi. Jest przecież jazda kilkaset metrów w dół w ciasnej „szoli”, w której górnicy są stłoczeni jak sardynki. Z czasem dyrekcja nakazała zmniejszyć liczbę ludzi jednocześnie zwożonych pod ziemię o połowę – ale np. w kopalni „Jankowice” to nadal było 30 osób. W łaźni, w markowni czy w lampowni – wszędzie jest mnóstwo mężczyzn. Już pod ziemią górnicy są dowożeni pociągiem na miejsce pracy. – Do przedziału wchodzą cztery osoby. Siedzimy kolano w kolano, twarz w twarz, ramię w ramię. Tam nie da się zachować 1,5 metra odstępu – mówi „Gościowi Niedzielnemu” Maciej.

Później trwa mozolna, fizyczna praca. Nieraz trzeba podnieść ciężką szynę czy inny element ważący 150 czy 200 kilogramów albo trzeba go zabudować 3 metry nad spągiem, czyli podłożem. Trzeba to robić w sześciu albo ośmiu. Podobny problem występuje też w innych branżach, np. w budowlance. Górnicy działają jednak dodatkowo w wysokiej wilgotności, w zużytym powietrzu. – W niektórych rejonach panuje też temperatura powyżej 30 stopni – dodaje górnik Remigiusz.

– Po pierwszych zarażeniach wirusem ludzie w kopalni troszkę się wystraszyli. Analizowali, czy mieli kontakt z zakażonymi. Górnicy nie boją się o siebie, to są odważni ludzie, ale niektórzy mieszkają ze starszymi rodzicami, mają kobietę w ciąży albo po ciężkim porodzie. Zaczęli powoli uciekać na L-4. Po 11 kwietnia z załogi, w której powinno pracować 15 osób, zostało nas tylko 4–5 ludzi – wspomina Maciej z kopalni „Jankowice”. Być może gdyby nie ta ucieczka na L-4, w maju chorych w tej kopalni byłoby jeszcze więcej.

W kontekście tych opowieści trzeba powiedzieć o fali nienawistnych wpisów, jaka pod adresem społeczności górniczej pojawiła się w internecie. W chwili kiedy mieszkańcy Górnego Śląska zmagają się z pandemią, anonimowe trolle wylewają w sieciach miazmaty podłości i głupoty, raniąc ludzi często głębiej i boleśniej aniżeli COVID-19.

Tym ważniejsze są słowa, jakie do górników skierował przewodniczący Episkopatu Polski abp Stanisław Gądecki, zapewniając ich o duchowej łączności. Jednocześnie arcybiskup wyraził smutek i oburzenie z powodu niesprawiedliwych słów, które padały w ostatnich dniach w stronę górników i ich rodzin. „Wobec choroby i cierpienia jedyną postawą jest serdeczne współczucie, modlitwa oraz braterska pomoc w powrocie do zdrowia” – napisał.

Trzy plagi naraz

Dostosowując się do obecnej sytuacji, kierownictwo PGG zawarło ze związkami zawodowymi porozumienie redukujące wymiar pracy i wynagrodzenie załóg o 20 procent. Nowe regulacje mają być wprowadzone w czerwcu. Jednak najważniejsze decyzje muszą zapaść nie na Śląsku, ale w Warszawie. Niepokoju o sytuację w górnictwie nie kryje poseł Jerzy Polaczek z PiS, jeden z bardziej doświadczonych śląskich parlamentarzystów tej formacji. Na kryzys, jego zdaniem, złożyły się nakładające się na siebie negatywne czynniki: ciepła zima, co spowodowało znaczne zmniejszenie zapotrzebowania na węgiel kamienny, nieodbieranie przez grupy energetyczne zakontraktowanego wcześniej w kopalniach surowca, wreszcie pandemia koronawirusa, która w warunkach pracy dołowej niesie ze sobą szczególne zagrożenia. Branża góranicza kryzys jednak przeżywała od wielu miesięcy. Część spółek energetycznych przestała bowiem odbierać zakontraktowany w śląskich kopalniach węgiel, zalegający na zwałach w ogromnych ilościach, i kupuje tańszy z innych źródeł, głównie z Rosji.

Likwidacji nie będzie?

Poseł Polaczek nie kryje, że rząd musi wziąć za to odpowiedzialność. – Niedopuszczalne są decyzje zarządów niektórych koncernów energetycznych, w których skarb państwa ma znaczące udziały, aby nie odbierać zakontraktowanego wcześniej węgla, a kupować go za granicą – podkreśla. Sytuacja, w której na zwałach leżą setki tysięcy ton węgla, a sprowadza się do Polski ogromnym masowcem blisko 200 tys. ton tego surowca z Kolumbii, jest skandaliczna, dodaje. W ten sposób nie zbudujemy racjonalnego biznesu w przemyśle wydobywczym, co będzie miało bardzo poważne skutki dla całego kraju – nie tylko gospodarcze, ale i polityczne.

Jednocześnie poseł Polaczek zdecydowanie zdementował pojawiające się w przestrzeni medialnej informacje, że rząd chce wykorzystać czas pandemii dla dalszej konsolidacji branży górniczej. Oznaczałoby to połączenie wszystkich spółek górniczych, a więc Polskiej Grupy Górniczej, Grupy Tauron Wydobycie, Jastrzębskiej Spółki Węglowej oraz Węglokoksu Kraj w jeden podmiot o nazwie Polski Węgiel. W jego skład nie weszłyby jednak kopalnie deficytowe, które pod różnymi pretekstami zostałyby zamknięte. Mogłoby to oznaczać likwidację nawet 20 tys. miejsc pracy w tej branży.

– Nic mi nie wiadomo o takich planach – mówi poseł Polaczek w rozmowie z GN. – Są także obiektywne przyczyny uniemożliwiające taką konsolidację – dodaje. Jastrzębska Spółka Węglowa jest spółką giełdową, a więc w znacznie większym stopniu aniżeli PGG jest niezależna od politycznych pomysłów.

Plan dopiero w czerwcu?

Nie ulega jednak wątpliwości, że ranga górnictwa w ostatnich miesiącach spada. W rządzie Beaty Szydło za sprawy restrukturyzacji branży odpowiadał min. Grzegorz Tobiszowski, który był sekretarzem stanu w Ministerstwie Energii. Miał silną pozycję polityczną. Był posłem z Rudy Śląskiej, miał wsparcie premier Szydło i ministra energetyki Krzysztofa Tchórzewskiego, osobiście zaangażowanego w tworzenie Polskiej Grupy Górniczej. Dzięki temu udał się plan stworzenia nowej spółki górniczej na racjonalnych podstawach biznesowych. Był to sukces polityczny, ale także kierownictwa PGG, możliwy dzięki roztropności wszystkich organizacji związkowych działających w przemyśle wydobywczym.

Po ostatnich wyborach sprawy górnicze znalazły się w Ministerstwie Aktywów Państwowych. Początkowo odpowiadał za nie pochodzący z Górnego Śląska i dobrze znający miejscowe realia były senator, a obecnie poseł PiS Adam Gawęda. Jako wiceminister był pełnomocnikiem rządu ds. restrukturyzacji górnictwa węgla kamiennego. Jednak pod koniec marca br. został odwołany. Wicepremier Jacek Sasin miał nie podzielać jego wizji przekształceń sektora energetycznego, zakładającej m.in. okresowe zmniejszenie wydobycia przy jednoczesnym utrzymaniu potencjału wydobywczego funkcjonujących kopalń, przyspieszenie likwidacji części nieprodukcyjnych kopalń, wprowadzenie nowego programu sprzedażowego, zakładającego ograniczenie importu węgla, zwłaszcza ze Wschodu.

Jaki pomysł ma wicepremier Sasin na ratowanie górnictwa, nie wiadomo. Ostatnio zajmował się nadzorowaniem Poczty Polskiej w kontekście przygotowań do wyborów prezydenckich, które się nie odbyły. Być może teraz będzie miał więcej czasu, aby zająć się górnictwem. W Katowicach pojawił się dopiero wtedy, gdy koronawirus sparaliżował działalność wielu kopalń. Zapowiedział wówczas, że do końca czerwca jego resort przedstawi plan ratowania przemysłu wydobywczego. Szczegółów jednak nie ujawnił. Zdecydował natomiast o powołaniu Jonasza Drabka na stanowisko pełnomocnika ds. górnictwa węgla kamiennego w kierowanym przez siebie resorcie. Trudno jednak nie zauważyć, że Drabek nie będzie miał tak silnej pozycji politycznej, jaką mieli jego poprzednicy – ministrowie Gawęda czy Tobiszowski.

Poseł Polaczek nie chciał odnieść się do tych zmian, wyraził jedynie nadzieję, że taki stan rzeczy jest przejściowy i sprawami transformacji przemysłu węgla kamiennego będzie zajmować się osoba mająca silniejsze zaplecze polityczne. – Nie ulega jednak wątpliwości – twierdzi – że zarówno w gremiach politycznych, jak i menedżerskich panuje przekonanie, że przemysł wydobywczy nie będzie w przyszłości dominował na górnośląskim rynku pracy. Historyczny czas silnej pozycji górnictwa węgla kamiennego mamy już za sobą. Ale to nie oznacza, że rząd premiera Morawieckiego ma jakiś ukryty plan zamykania kopalń, co czasami mu się przypisuje – dodaje. Tym bardziej że skutki pandemii muszą doprowadzić do zmiany bardzo zideologizowanego w swym przekazie tzw. pakietu klimatycznego, zakładającego całkowite odejście od energii pozyskanej z węgla kamiennego i brunatnego. W tej sytuacji nawet kurczący się górnośląski przemysł węglowy jest w tym względzie jedyną poważną alternatywą w całej Unii Europejskiej. – Jest to dla nas szansa, aby w rozmowach z Brukselą wynegocjować dla naszego kraju bardziej korzystną ścieżkę dochodzenia do nowego tzw. miksu energetycznego, w którym węgiel będzie uzupełniany energią uzyskiwaną z innych źródeł – mówi poseł Polaczek.

Czy pracownicy kopalń obawiają się o przyszłość polskiego górnictwa? Czy pandemia nie dobije branży, która już wcześniej miała kłopoty? – Obawy są, górnicy są podenerwowani, bo sytuacja jest ciężka. Jednak górnictwo już tyle kryzysów przeszło. Mam nadzieję, że teraz też damy radę – mówi Marcin, górnik kopalni „Chwałowice”.

Maciej z sąsiedniej kopalni „Jankowice” dodaje: – Jeżeli elektrownie nie będą kupować od nas węgla, wybierając w zamian sprowadzanie go z zagranicy, będą problemy. Węgiel dla domowych kotłowni to jest tylko znikomy procent tego, co sprzedajemy – ostrzega.•

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Andrzej Grajewski

Dziennikarz „Gościa Niedzielnego”, kierownik działu „Świat”

Doktor nauk politycznych, historyk. W redakcji „Gościa” pracuje od czerwca 1981. W latach 80. był działaczem podziemnych struktur „Solidarności” na Podbeskidziu. Jest autorem wielu publikacji książkowych, w tym: „Agca nie był sam”, „Trudne pojednanie. Stosunki czesko-niemieckie 1989–1999”, „Kompleks Judasza. Kościół zraniony. Chrześcijanie w Europie Środkowo-Wschodniej między oporem a kolaboracją”, „Wygnanie”. Odznaczony Krzyżem Pro Ecclesia et Pontifice, Krzyżem Wolności i Solidarności, Odznaką Honorową Bene Merito. Jego obszar specjalizacji to najnowsza historia Polski i Europy Środkowo-Wschodniej, historia Kościoła, Stolica Apostolska i jej aktywność w świecie współczesnym.

Kontakt:
andrzej.grajewski@gosc.pl
Więcej artykułów Andrzeja Grajewskiego

Zobacz także

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się