Nowy numer 48/2020 Archiwum

Pasażerowie i pielgrzymi

Trudno milczeć, trudno nie wołać, kiedy tak boli rozdarcie naszej wspólnoty.

Trudno milczeć, gdy boli; trudno nie wołać w złej toni, trudno też nie wzdychać w niewoli; w jednej łodzi siedzimy, wiatry przeciwne mamy, wełny biją, maszty łomią, żagle drą, morscy rajtarzy na łódź szturmują, nas dobywają, ognie niecą, łódź palą, na patrona godzą. Żeglarze śpią. Ja, ginąc, na Was „Rata” wołam, których wszystkich pomoc wielka, z osobna każdego mała moc w tej łodzi jest. „Cóż wołasz?” – rzeczecie. To: wszyscy do sztyru bieżcie, masztu strzeżcie, żagle na tramontanę naciągajcie, na lewo ku Niemcom nie uchodźcie, wiatrów zachodnich się bójcie, polskimi pływajcie, ku portu sztyr dzierżcie, oręża na rajtary dobywajcie, patrona brońcie, żeglarza ze snu obudźcie. Inak wszyscy jedną plagą ze mną zginiecie… – tak jędrną polszczyzną z 1564 r. wzywał rodaków do opamiętania Stanisław Orzechowski, pierwszy mistrz polskiej publicystyki, miłośnik wolności. Dramatyczny charakter tego apelu przychodzi mi na myśl teraz: kiedy znów trudno milczeć, trudno nie wołać, kiedy tak boli rozdarcie naszej wspólnoty, kiedy też widać, że na złą toń wpłynął nasz wspólny okręt… Widzę, przecież nie ja jeden, jak mniejsza, ale hałaśliwa część zbuntowanych przeciw wybranemu wcześniej kapitanowi pasażerów woli raczej okręt zatopić niż pozwolić, by przeszedł przez rafy pandemii i kryzysu z dotychczasową załogą. Ta część widzi tylko ster okrętu i chce go koniecznie, za wszelką cenę, wyrwać z rąk kapitana patrona. A łódź? Niechaj tonie.

Czy tak można? Można. Ale czy wolno? Przypominam to pytanie za obchodzącym właśnie w tych dniach swoje urodziny Karolem Wojtyłą, Janem Pawłem II, świętym naszego Kościoła. To jest pytanie postawione w czasie pamiętnego bierzmowania naszych dziejów, 10 czerwca 1979 r. Papież mówił wtedy do tych kilku milionów, które otaczały go wtedy z taką nadzieją w sercu Krakowa, byśmy pamiętali, że człowiek i całe narody, idąc przed siebie, podążając ku przyszłości, muszą zachowywać świadomość celu. Czy naszym celem może być tylko zwycięstwo w partyjnej rozgrywce? Pognębienie przeciwnika? Może być. Człowiek jest wolny. W danym nam czasie wszyscy możemy być pasażerami, dla których liczy się tylko komfort podróży (jego częścią może być radość wyrzucenia za burtę tych, których uznajemy za zbędny balast), albo pielgrzymami właśnie, świadomymi celu, który łączy nas z innymi, uczy współodpowiedzialności, także za ten okręt, który wiezie nas przez dzieje. O tym, że nie wolno o tym celu zapominać, może przekonać człowieka świadomość związku z „żywą tradycją jego własnego narodu” – tą, w której centrum jest Chrystus, chrzest i stąd rozpoczęte wspólne dobro Polaków. Tę tradycję część z nas w ciągu 40 lat, jakie upłynęły od tamtej homilii Jana Pawła, odrzuciła i odrzuca nadal pogardliwym wzruszeniem ramion: że to już nieaktualne, stary garb historii „polskiej nienormalności”, że może już czas najwyższy przesiąść się z tej starej, cieknącej, zatęchłej polskiej łajby na elegancki, lśniący blichtrem „emancypacji” liniowiec nowoczesności, złapać koło ratunkowe (ratujące nas od tej chrześcijańskiej, polskiej tradycji) z napisem „nowa, wspaniała Europa”. Im rzeczywiście może być wszystko jedno, czy polska łódź zatonie, czy zawinie po burzy do spokojnego portu, uzupełni zapasy, by ruszyć dalej – w kurs przez dzieje.

„Jaki argument rozumu, jaką wartość woli i serca można przedłożyć sobie samemu i bliźnim, i rodakom, i narodowi, ażeby odrzucić, ażeby powiedzieć „nie” temu, czym wszyscy żyliśmy przez tysiąc lat?! Temu, co stworzyło podstawę naszej tożsamości i zawsze ją stanowiło”. O to nas pytał Jan Paweł II w 1979 r. 20 lat później, w czasie kolejnej swej pielgrzymki do wolnej już Polski, zatrzymał się w Radzyminie. Tam oddał hołd tym, którzy uratowali polski okręt przed falą bolszewickiego najazdu w roku 1920. Dzięki ich ofierze mały Karol Wojtyła – jak również całe jego pokolenie i następne pokolenia – mógł utrzymać kurs naszej polskiej łodzi wyznaczony w roku 966 przez chrzest, pomimo kolejnych fal, które tą łodzią wstrząsały. Dług wdzięczności wobec tych, którzy ocalili naszą historyczno-kulturową tożsamość przed zagładą – już to choćby powinno nas wstrzymywać przed nieroztropnym niszczeniem tego, czego oni bronili i co odbudowywali.

O tym mówił także inny wielki patron tej łodzi – Stefan kardynał Wyszyński, na którego zapowiedzianą beatyfikację czekać musimy – jakże to wymowne – aż plaga ustąpi. Prymas Tysiąclecia powtarzał: „Miłość ku ojczyźnie uczy męstwa. A męstwo, wiemy, broni czasu wojny, służy słabym, potrzebującym opieki czasu pokoju. Miłość uczy roztropności, umiarkowania w wymaganiach dla siebie, uczy też wielkoduszności, gdy mamy myśleć o innych. […] Miłość ku ojczyźnie jako wartość wychowawcza uczy też wspaniałomyślności i daje siłę ducha na chwile trudne, gdy trzeba zapomnieć o sobie. Miłość ku ojczyźnie uczy patrzeć daleko w przyszłość ojczyzny i pragnie jej istnienia i pomyślności – nie tylko dziś, ale i w przyszłości. Uczy też przebaczać innym!”. Tego słuchajmy. •

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama