Nowy numer 47/2020 Archiwum

Zdrowe, stuletnie życie

Pani Irena urodziła się 18 maja 1920 r. Tak jak św. Jan Paweł II. Zdradza sposób na długowieczne, chrześcijańskie życie...

Pani Irena Puchalska mieszka od kilku lat w Żyradowie, przy synu. Opiekują się nią dzieci, wnuki wpadają czasem z czekoladą i kwiatami, prawnuczki rysują laurki. A praprawnuczek już wie, że jego praprababcia jest rówieśniczką papieża Polaka. Pani Irena 18 maja 2020 roku kończy sto lat! – Jak nasz papież – uśmiecha się delikatnie. W ręku ściska różaniec, który pomógł jej przejść przez całe życie w zdrowiu i z rodziną...

Pracowite życie

– Ja już mało tak pamiętam, troszkę zawodzi pamięć, chociaż, Bogu dziękować, i tak nieźle się trzymam – pani Irena kiwa głową. – Moi rówieśnicy dawno pomarli, nawet i młodsi poszli już do Pana Jezusa, a ja nadal na tym świecie. Widocznie taki Boży plan. Każdy ma przecież inny. Dla każdego Pan Bóg przeznaczył coś innego, inne losy...

Urodziła się na mazowieckiej wsi, w Grabniku, w rodzinie rolniczej. Skromnie się żyło po pierwszej wojnie, ale chleba nie brakowało. Rodzice pracowali na roli, ojciec w dwudziestoleciu międzywojennym do Warszawy do pracy też jeździł. To tylko godzina drogi pociągiem. Wielu tak robiło. Wtedy zresztą wszyscy żyli podobnie: pracowali, modlili się. Prosto żyli, zwyczajnie. Nie, nie było wśród ludzi ideałów i nie było chodzących świętych. Ale wiadomo było, co jest dobre, a co złe...

Wojenne dzieje

Gdy wybuchła wojna, trzeba było utrzymać się, jakoś po prostu przeżyć. Na wsi i tak było chyba nieco łatwiej niż w dużym mieście: mieli własne warzywa, nabiał, jajka, mleko. Młode kobiety z miejscowości wokół Warszawy często więc jeździły sprzedawać żywność mieszkańcom stolicy. – My z koleżankami też tak robiłyśmy. Jeździłyśmy pociągiem i te wyprawy były bardzo niebezpieczne. Wszędzie byli Niemcy i szukali przewożonego jedzenia. Za to groziło aresztowanie albo i obóz – opowiada pani Irena. – Ja silna i odważna byłam. Woziłam regularnie mleko w bańkach na sprzedaż. Gdy jechałam z powrotem, za zarobione pieniądze można było coś kupić do domu. O wszystko było tak trudno, a żeby zdobyć kawałek mięska, to się człowiek nastarał, bo przecież wszystko rekwirowali Niemcy...

Kobietom, które jeździły do Warszawy, pomagali polscy konduktorzy. Ochraniali je i przestrzegali przed niemieckimi kontrolami. – Konduktorzy pokazali nam głębokie skrytki pod siedzeniami. Wchodzili Niemcy do wagonów, sprawdzali dokładnie, każdego po kolei, zaglądali i tu, i tam. Ale niczego nie wytropili – opowiada pani Irena. – A my się oczywiście modliłyśmy, żeby szczęśliwie dojechać do Warszawy i wrócić cało do domu.

Któregoś razu, gdy pani Irena siedziała już w wagonie, a w skrytce ukrywała nielegalną żywność, przyszedł cynk: Niemiec idzie! I szedł, prosto na nią. – Młoda byłam, oknem wyskoczyłam. Biegłam ile sił w nogach i tyle mnie zobaczył – opowiada pani Irena.

Rodzina pani Ireny w czasie okupacji ukrywała Żyda. Człowiek ten przebywał na strychu ich domu. Donosili mu żywność. Co się z nim później stało? Tego już pani Irenka nie pamięta... – Ja mam przecież sto lat. Pamięć już nie ta...

Małżeńskie życie

Irena poznała Franciszka. Pokochali się. Przyszedł czas na sakrament małżeństwa. – Ślub brałam w Izdebnie Kościelnym. Mąż był o 15 lat ode mnie starszy. Żyliśmy uczciwie i zgodnie. Rodziły się dzieci: córka i dwóch synów. Ciężko było, gdy dzieci były małe, bo to wiadomo, czasy powojenne. W dodatku wygód, tak jak teraz, to nie mieliśmy. Wszystko trzeba było ręcznie robić, obowiązków było dużo. Ale jakoś się trwało. Gdy dzieci były odchowane, poszłam do pracy w Warszawie.

Pani Irena pracowała w pralni, w państwowym przedsiębiorstwie, przy kolei. – Pociągi dalekobieżne miały swoje wagony i restauracje, a przy stacji Warszawa Zachodnia była specjalna pralnia. Mimo że praca była ciężka, bardzo ją lubiłam, chętnie jeździłam. Nie uchylałam się od roboty, nawet i brygadzistką zostałam – uśmiecha się pani Irena.

Po pracy z powrotem pociągiem do domu. Ponad godzinę się wracało, rozmawiało z dziećmi. Gotowało obiad. Zwykłe, proste życie.

Mamy papieża!

Mijały lata. Przyszedł rok 1978, październik. Pani Irena była wówczas w pracy. – Czasy były komunistyczne. Nikomu się nawet nie śniło, że z naszej Polski... – pani Irena uśmiecha się i milknie. – Byłam wtedy przy robocie, przy wielkich takich, huczących kalandrach, warczących prasowalnicach, gdy nagle wbiegła do nas kierowniczka. Słuchała radia i z niego się o wszystkim dowiedziała.

Kierowniczka, nie dowierzając, powiedziała do kobiet: „Wiecie co... Mamy papieża, Polaka!”. – Musiała nam powtórzyć, bo to było wręcz nieprawdopodobne. A jak powtórzyła, to zaczęłyśmy krzyczeć z radości, a potem skakać do góry i niemal tańczyć – opowiada pani Irena. – Wariowałyśmy dosłownie, bo to była taka dobra nowina...

Kiedy pani Irena dowiedziała się, że ten polski papież, nasz papież, to jej rówieśnik? Co do roku, co do dnia i co do miesiąca? – Nie pamiętam już. Ale myślę, że jakoś niedługo później.

Pani Irena starała się słuchać papieża Polaka, jego nauczania, mądrości. Nie, nie jeździła na pielgrzymki. Nie była też w Rzymie. Ale nie trzeba przecież fizycznie podążać za człowiekiem, by starać się go naśladować i – tak jak on – się modlić.

Przeminęło z wiatrem?

– Dziś to już wszystko się zmieniło, przeminęły te wszystkie lata z wiatrem, człowiek już inny – pani Irena w ręku trzyma różaniec. Modlitwa jednak wciąż ta sama. Jej codzienny rytm życia to modlitwa ze stareńkiej książeczki do nabożeństwa, litanie. Pani Irena modli się za dzieci, wnuki, prawnuki i prawnuczka. Prosi dla nich o dobre życie i błogosławieństwo. Modli się także za wstawiennictwem Jana Pawła II...

– Mama była zawsze osobą bardzo energiczną, wymagającą i konkretną – mówi jej córka, pani Krystyna. – Póki mogła, to na wycieczki jeździła, była bardzo niezależna. Teraz, mimo że jest w dobrej, jak na te lata oczywiście, formie, wymaga opieki. Jednocześnie nadal stara się być samodzielna i ma własne zdanie.

Żona wnuka pani Ireny, Katarzyna, dodaje: – Babcia Irena przeżyła z dziadkiem Franciszkiem 54 lata w małżeństwie. Byli dla mnie wzorem ludzi prawych, dobrych, bardzo pracowitych i wierzących w Boga, a przy tym wymagających od siebie i innych. Babcia jest dla mnie wzorem kobiety, matki, chrześcijanki. Wzrusza mnie też, że babcia jest – ze względu na datę urodzenia – tak mocno i symbolicznie związana z Janem Pawłem II. To był papież rodziny, który w naszym życiu odegrał wielką rolę.

Życie pani Ireny to wprost, a przecież bez wielkich słów, życie nauczaniem papieskim... Zapytana, co jest ważne w życiu, odpowiada z błyskiem w oku: – Zdrowie! Bo w życiu to bywa różnie: i dobrze jest, i źle. I dobrzy ludzie, i źli są wokół. Ale jak mamy zdrowie, to można wszystko przetrwać...

A potem z uśmiechem dodaje: – Zdrowie jest ważne, ale i dobry mąż, i małżeństwo. Cała rodzina, żeby była razem i żeby się kochała mimo trudności. Jak ma się dzieci, to trzeba je dobrze wychowywać, na uczciwych ludzi.

A co trzeba robić, by to zdrowie, fizyczne i duchowe, zachować? I to na wiele, najlepiej na sto lat? Znów z błyskiem w oku pani Irena odpowiada: – A żeby być zdrowym, to trzeba po chrześcijańsku żyć. Modlić się, do spowiedzi chodzić, w sumieniu sobie wszystko poukładać.

Czego można i trzeba życzyć szczęśliwej matce, babci, prababci i praprababci? – Dalszego chrześcijańskiego życia. I jeszcze odrobinkę zdrowia. Przecież wszystko inne od życia i Pana Boga już dostałam... •

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama