Nowy numer 48/2020 Archiwum

I znów o depresji…

Depresji nie uleczysz spacerem, tańcem lub „wzięciem się w garść”. Nie wolno mylić pojęć, bo chorzy są wśród nas i cierpią.

W czasie epidemii koronawirusa nastąpił wysyp dobrych rad co do poprawy naszego samopoczucia. To trzeba oglądać komedie, to czytać książki. Żeby się lepiej poczuć, warto też – według przeróżnych internetowych porad – chodzić na spacery, myśleć o przyjemnych sprawach czy… piec szarlotkę. W zasadzie są to wszystko miłe, przyjazne porady od parady, które nikomu szkody nie czynią, a przy odrobinie szczęścia – faktycznie polepszą nam perspektywę na przyszłość. Względnie – na wieczór.

Z jednym bardzo poważnym „ale”. Coraz częściej te porady okraszone są hasłem „walka z depresją”. Innymi słowy – ponieważ epidemia się przedłuża, człowiek ma coraz bardziej dość, jest smutny i przygnębiony, to według domorosłych pismaków „wpada w depresję”. I właśnie tę depresję należy zwalczyć. Jak? Ano zatłuc jak uprzykrzoną muchę dobrymi radami, braniem się w garść, spacerami, szarlotką oraz telefonami do przyjaciół. Piszą takie porady przeróżni entuzjastyczni doracy, pojawiają się memy, w których ktoś radośnie zabiera się za wypisywanie recepty na „stany depresyjne spowodowane koronawirusem”.

Stop! Jeszcze raz: depresja jest chorobą, bardzo zresztą poważną, bywa, że śmiertelną. Potrafi dopaść każdego, nieważne, czy trwa pandemia, czy piękne, radosne lato na Majorce. Jest to choroba egalitarna: może zachorować dziecko, wikary z parafii, matka Polka, wujek Kazio – hydraulik, a nawet profesor psychologii. Każdy choruje inaczej, każdy potrzebuje profesjonalnego wsparcia, a nie domorosłych, szkodliwych porad i mieszania pojęć. Zachętą „ulecz depresję spacerem/snem/graniem w planszówki” można wyrządzić ogromną krzywdę rzeczywiście chorym, którzy będą zwlekać z udaniem się do lekarza i nie skorzystają na czas z leków czy terapii. Efekt może być niestety tragiczny.

Natomiast wszelkie smutki, stany apatii czy chandry, przygnębienia – wywołane chociażby pandemią – to zupełnie co innego niż depresja. Być może w ich przypadku pomagają powyższe rady i porady. Jednak trzeba je poprawnie nazywać. Nudę i chwilową irytację sytuacją faktycznie „uleczyć” mogą szarlotka i gadanie przez telefon z przyjaciółką. Ciężkiej choroby, jaką jest depresja, nigdy nie uleczą plotki czy spacer. No chyba że przyjaciółka będzie potrafiła skłonić do wizyty u lekarza i spacerkiem zaprowadzi. Bądźmy więc wyczuleni i na słowo, i na drugiego człowieka. Jeśli widzimy, że ktoś nam znany, bliski, jest coraz bardziej przygnębiony, smutny, a ta sytuacja przedłuża się, zaostrza i trwa, to nie zachęcajmy: „weź się, chłopie, w garść”, lecz zaproponujmy realną pomoc.•

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Agata Puścikowska

Dziennikarz działu „Polska”

Absolwentka dziennikarstwa i komunikacji społecznej na Uniwersytecie Warszawskim. Od 2006 r. redaktor warszawskiej edycji „Gościa”, a od 2011 dziennikarz działu „Polska”. Autorka felietonowej rubryki „Z mojego okna”. A także kilku wydawnictw książkowych, m.in. „Wojenne siostry”, „Wielokuchnia”, „Siostra na krawędzi”, „I co my z tego mamy?”, „Życia-rysy. Reportaże o ludziach (nie)zwykłych”. Społecznie zajmuje się działalnością pro-life i działalnością na rzecz osób niepełnosprawnych. Interesuje się muzyką Chopina, książkami i podróżami. Jej obszar specjalizacji to zagadnienia społeczne, problemy kobiet, problematyka rodzinna.

Kontakt:
agata.puscikowska@gosc.pl
Więcej artykułów Agaty Puścikowskiej

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zobacz także