Nowy numer 28/2020 Archiwum

​Utkana z tęsknoty

To taka Polska w pigułce. W amerykańskiej Częstochowie mieszają się języki. Pod ikoną i na gigantycznym cmentarzu słychać: „Zdrowaś, Maryjo” i „Hail Mary full of grace…”.

Scenariusz jest zawsze taki sam. Najpierw wylatujesz za ocean za kasą/pracą/chlebem/karierą/wolnością (niepotrzebne skreślić), a potem zaczynasz tęsknić. Amerykańska Częstochowa zrodziła się właśnie z tej tęsknoty.

200 kilogramów Polski

Doskonale pamiętam tę rozmowę. Przyjechaliśmy do Gaździny Podhala na redyk, by opisać górali wyprowadzających na hale swe owce. Ksiądz Juchas, ludźmierski proboszcz, opowiadał mi o tęsknocie, która przybiera czasem bardzo wymierny charakter: „Właśnie wysyłam za ocean 200 kilo odpustowych cukierków. Wszystkie muszą być w papierkach, że pochodzą z Ludźmierza. Nigdy nie widziałem tylu górali w strojach regionalnych co w Chicago. Oni naprawdę dbają o swe korzenie. Mają nawet swój amerykański Ludźmierz”.

Mają również Częstochowę. Leży ok. 43 km na północ od Filadelfii i 130 km na południowy wschód od Nowego Jorku. Doylestown w Pensylwanii to nie tylko najpopularniejsze polonijne sanktuarium, ale i największy polski cmentarz w Stanach. I świątynia, i nekropolia powstały z inicjatywy paulina o. Michała Zembrzuskiego. Trafił tu w 1951 r., a budowę gigantycznego sanktuarium traktował jako dzieło życia. Po dwóch latach na rolniczych terenach kupił działkę o powierzchni ok. 100 ha, a po uzyskaniu zgody kard. Johna F. O’Hary, arcybiskupa Filadelfii, zakasał rękawy habitu i rozpoczął walkę o budowę sanktuarium. Wygrywał bitwę za bitwą. Administracyjną, biurokratyczną, finansową. Budowę klasztoru, ośrodka dla wiernych i przygotowanie terenu cmentarza opłaciła Polonia. Wszystkie długi spłacono przed 40 laty.

Na ziemi amerykańskiej stanął pierwszy klasztor braci w białych habitach. Początkowo Msze odprawiali w zaadaptowanej na kaplicę starej farmerskiej stodole. „Wielkie rzeczy powstają z małych. Nasze zbawienie rozpoczęło się w stajni w Betlejem” – celnie skomentował kard. O’Hara.

Pusty fotel prymasa

Miał rację. Na zielonym wzgórzu zaczęły wyrastać mury i wieże. Poświęcono je na Milenium Chrztu Polski 16 października 1966 r. Miał tego dokonać Prymas Tysiąclecia, ale władze nie zgodziły się na jego wyjazd za ocean. O tęsknocie za nieobecnym kard. Wyszyńskim przypominał pusty fotel z cierniową koroną i bukietem biało-czerwonych kwiatów. Głośno było o tym w amerykańskiej prasie, alarmującej o kolejnym łamaniu praw człowieka za żelazną kurtyną. To wówczas po raz pierwszy w historii na poświęcenie katolickiego kościoła przyjechał prezydent Stanów Zjednoczonych Lyndon B. Johnson. Był entuzjastycznie witany przez 140-tysięczny tłum. Od początku miejsce przyciągało Polaków jak magnes.

To taka Polska w pigułce. Barwne witraże upamiętniają wydarzenia z historii kraju, na cmentarzu dominują biel i czerwień flag, a tysiące wiernych padają na kolana przed jasnogórską ikoną. W niedzielę wierni gromadzą się na Mszach, sprawowanych w języku polskim i angielskim.

Ojciec Rafał Walczyk pracuje w amerykańskiej Częstochowie od lat. Angażuje się w wiele ewangelizacyjnych projektów. − Kilka różnic między polską a amerykańską Częstochową? Proszę bardzo! Nasza jest zdecydowania młodsza od Jasnej Góry. Historia „Shrine” rozpoczyna się dopiero w 1953 r., a skoro jest to miejsce, które liczy niespełna 70 lat, więc i architektonicznie jest zdecydowanie inne. Nie ma tak wielu pielgrzymów jak w Częstochowie – wylicza o. Rafał. − Jasna Góra jest zlokalizowana w centrum miasta, a nasze sanktuarium na uboczu małego Doylestown. Wielką różnicą jest to, iż na terenie sanktuarium mamy cmentarz (miejsce wiecznego spoczynku głównie Polaków mieszkających na Wschodnim Wybrzeżu USA, ale też coraz częściej osób innych narodowości). Cmentarz zaczął „funkcjonować” w 1964 r., gdy pochowano tu słynnego malarza Adama Stykę. To sprawia, że wydarzeniem przyciągającym pielgrzymów do sanktuarium nie są uroczystości poświęcone Matce Bożej, ale… dzień Wszystkich Świętych.

Serce wirtuoza

Tuż przed śmiercią Ignacy Jan Paderewski poprosił siostrę Antoninę Paderewską-Wilkońską, by pochowano go w wolnej Polsce, a serce pozostawiono w Ameryce. I tak się stało. Ale dopiero po 45 latach. Serce kompozytora i pierwszego premiera II Rzeczypospolitej wmurowano w ściany kościoła w Doylestown 29 czerwca 1986 r. Przybył do Ameryki w listopadzie 1940 r. Chciał przekonać Amerykanów, by wsparli wojenne działania Brytyjczyków. Spotkał się z prezydentem Franklinem D. Rooseveltem, a 8 grudnia Radio Columbia przekazało jego płomienny apel. Starania nie przyniosły jednak efektów. Inaczej niż w czasie I wojny, gdy pozyskał dla sprawy polskiej prezydenta Wilsona.

Wielkanoc 1941 r. Paderewski spędził z gen. Władysławem Sikorskim i Stanisławem Mikołajczykiem. 1 czerwca Hitler zaatakował Sowietów. Schorowany pianista przez całą noc słuchał radiowych komunikatów. Następnego dnia ruszył do Oak Ridge. Z nieba lał się żar, a Paderewski po wygłoszeniu patriotycznej mowy ugasił pragnienie zimnymi napojami. W efekcie rozchorował się, a zapalenie płuc okazało się zabójcze. Zmarł po tygodniu w pokoju hotelowym. Jego ciało wróciło nad Wisłę dopiero w 1992 r. i spoczęło w krypcie warszawskiej katedry obok Henryka Sienkiewicza. Serce pozostało w Ameryce.

Maryja Jasnogórska jest z Haiti

Podzielony na pięć kwater cmentarz jest gigantyczny. Spoczywa na nim sześć tysięcy ludzi. Strzeże ich klęczący, wsparty na mieczu husarz – „Mściciel” – brązowy posąg dłuta Andrzeja Pityńskiego. Tablice przypominają o tragediach Katynia i Smoleńska. Na polskim Arlington (amerykański cmentarz wojskowy) pochowano wielu żołnierzy (w tym podpułkownika Tadeusza Andersa, brata generała), artystów, pisarzy i działaczy niepodległościowych.

− Sanktuarium bardzo dynamicznie się zmienia. Nowe pokolenia Polaków już do Ameryki nie emigrują, więc i Polonii w „Shrine” jest z roku na rok mniej – opowiada o. Walczyk. − Mamy za to coraz więcej innych narodowości. Sporo Amerykanów, Filipińczyków, Wietnamczyków, Latynosów czy Haitańczyków, którzy przybywają do nas, twierdząc, że Maryja Jasnogórska jest… jedną z nich. Tak! Poraniona ikona daje im powód do myślenia w ten sposób, gdyż są narodem biednym, upokorzonym, zranionym. A do tego stodoła, która została przerobiona na pierwszy kościół… Przecież oni żyli w takich samych ubogich warunkach i bardzo mocno się utożsamiają z naszym sanktuarium.

Nie ma jak u Mamy

– Jak trafiłem za ocean? Pamiętam 8 maja 2003 r. − uśmiecha się o. Rafał. − Święcenia diakonatu na krakowskiej Skałce. Byłem na czwartym roku. Po obiedzie poszedłem do ojca prefekta Mariusza Tabulskiego z prośbą o pozwolenie wyjścia na miasto i zakup butów do gry w piłkę. Zadał mi pytanie, czy są mi one naprawdę potrzebne. Posiadanie butów piłkarskich nie było dla mnie najistotniejszą rzeczą w życiu, więc powiedziałem, że nie muszę ich mieć, ale byłoby o wiele bardziej komfortowo, gdybym nie ślizgał się na boisku. Ojciec Mariusz zadał mi drugie pytanie: „Rafał, co myślisz o wyjeździe kleryków na studia do USA?”. − Wow… Odpowiedziałem, że byłby to dobry czas przygotowania się do pracy duszpasterskiej w USA, dobry poligon do posługi. Kilka dni później o. Mariusz wieczorem dał mi paszport… Nie przespałem tej nocy. (śmiech) Ostatecznie w sierpniu 2003 r. z trzema innymi braćmi znalazłem się na pokładzie samolotu do Nowego Jorku. Czym jest dla mnie Doylestown? Drugim domem. Tu mieszka Matka, więc skoro jestem Jej synem, amerykańska Częstochowa jest moim domem. Gdziekolwiek zostanę przeniesiony, zawsze będę mówił, że to mój dom. Kocham tutejszą różnorodność: narodowościową, kulturową, duszpasterską. My wszyscy, ojcowie i bracia, jesteśmy bardzo różni i mamy różne pomysły na duszpasterstwo. Każdy znajdzie coś dla siebie. Kocham to miejsce, bo jest dla mnie małym skrawkiem Polski, który sprawia, że tęsknota za ojczyzną nie jest taka gorzka.

Miłość w czasach zarazy

Jak wygląda codzienność amerykańskiej Częstochowy w czasach pandemii? Ojciec Rafał opowiada: − Dostałem wiadomość od zrozpaczonej pielęgniarki pracującej w jednym z lepszych szpitali na Manhattanie: „Trzeci dzień w pracy. Nie da się opisać, co tak naprawdę się tu dzieje. Nasz normalny arrest to godzina walki o człowieka. Płakać się chce!”. Zadzwoniłem, trochę porozmawialiśmy, uspokoiła się. Na drugi dzień znowu pisze: „Przepraszam za wczorajszą rozpacz, ale to, co się dzieje, jest jak pole wojenne”. To prawda. Na naszym cmentarzu tylko w tym tygodniu mieliśmy 15 pogrzebów, a dotąd tygodniowa średnia to 3−4 pogrzeby. Spoczywa na nas odpowiedzialność, by w ludzkie serca wlać nadzieję i pocieszenie. Chrystus Miłosierny jest naszą nadzieją!

Wiedzą o tym doskonale paulini za oceanem. Dlatego każdego dnia szepczą: „Zdrowaś, Maryjo”, „Hail Mary full of grace…”.•

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama