Nowy numer 21/2020 Archiwum

Bezmyślność z modlitewnikiem w ręku?

Sam się zdumiałem, kiedy to przeczytałem. Brzmi radykalnie: „A daj Boże, by nie było żadnej duszy chrześcijańskiej, która by się w taki sposób modliła”. Chodzi o mechaniczne powtarzanie wyuczonych modlitw. Trudno te słowa zlekceważyć – w końcu ich autorką jest jedna z najbardziej niezwykłych kobiet w historii Kościoła.

Nie przebierała w słowach, nazywając to zdrożnością i bezmyślnością. Święta Teresa od Jezusa, doktor Kościoła, mistyczka, mistrzyni duchowa i wielka reformatorka zakonu karmelitańskiego tak pisała do swoich sióstr zakonnych w „Twierdzy wewnętrznej”: „Lecz kto by nałogowo zwykł rozmawiać z Boskim Majestatem tak, jakby mówił do swego sługi, nie zważając, czy wyraża się dobrze, czy źle, i mówi, co mu przyjdzie na usta albo co od ciągłego powtarzania już umie na pamięć, tego modlitwy, powtarzam, nie uznaję za modlitwę. A daj Boże, by nie było żadnej duszy chrześcijańskiej, która by się w taki sposób modliła. Do was, siostry, ufam w miłosierdzie Boże, że nigdy podobna zdrożność się nie zakradnie, bo macie w zwyczaju rozważać o rzeczach wewnętrznych, co jest od podobnej bezmyślności skuteczną obroną”.

Skąd tak wielki radykalizm świętej Teresy? Czy to znaczy, że nasze babcie i dziadkowie od lat codziennie recytujący w kościelnej ławce litanie, nowenny i różne okolicznościowe modlitwy czynią coś złego? Czy powinniśmy się przejmować tym, że w zestawie naszych zwyczajnych pobożności figurują modlitwy regularnie odmawiane z książeczek do nabożeństwa?      

Nie sądzę, żeby święta Teresa uważała korzystanie z rozmaitych modlitewników za coś niewłaściwego, a litanie i nowenny – za jakąś zdrożność. Wręcz przeciwnie, z pewnością miała świadomość, że to wszystko jest ważne i potrzebne; że ma swe podstawy w liturgicznej tradycji Kościoła i może być pomocnym narzędziem w modlitewnym spotkaniu z Bogiem. Sęk w tym, że to narzędzie potrafi wypełnić nam całą duchową przestrzeń, co więcej, czyni to na tyle skutecznie, że nie pozostawia już miejsca na nic innego; wypełnia i zawłaszcza do tego stopnia, że często, paradoksalnie, bardziej przed Bożą obecnością zasłania, niż do Boga zbliża. Ale przecież – powie ktoś – recytując modlitwę za modlitwą, wkładamy w to niejednokrotnie całe serce. Wcale nie musi to być czynność mechaniczna, bez związku z treścią. Owszem – odpowiem – i ma to wówczas pewien sens. Ale wyobraźmy sobie, że spotykają się dwie zakochane w sobie osoby. Jedna z nich otwiera książkę i przez całe spotkanie odczytuje tej drugiej wzniosłe przesłania o niej i do niej. Tak mija spotkanie za spotkaniem – dzień po dniu, tydzień po tygodniu, rok po roku. Choćby to były najpiękniejsze peany, w pewnym momencie przestaną spełniać swą rolę. Nie zbliżą do siebie zakochanych, nie doprowadzą do wzajemnego poznania, nie skontaktują z problemami. Raczej wykreują sztuczny świat między realnymi osobami, który prędzej czy później któraś z nich porzuci. Bóg jest zdecydowanie bardziej cierpliwy niż my, a my z kolei potrafimy przywiązać się do naszej rutyny i przyzwyczajeń. Czy taka modlitwa, albo też – jak pisze Święta Teresa – „nałogowe rozmawianie z Boskim Majestatem” ma wartość? Z pewnością tak. Jest przecież konkretnym czasem poświęcanym Bogu, formą ofiary z siebie i przez to – aktem miłości. Problem jednak w tym, że taka modlitwa nie kontaktuje nas z nami samymi (z naszą słabością, grzechem, ale i z wielkością oraz godnością dzieci Bożych), nie prowadzi w głąb. Może hartuje naszą wytrwałość i ćwiczy w wierności, ale nie uczy słuchania Boga, nie otwiera na Boże poruszenia i natchnienia, nie oczyszcza i nie kontaktuje z Jego miłością. Dlatego Święta Teresa jest tak radykalna. Ona widzi modlitwę jako coraz bardziej intensyfikująca się relację, drogę do zjednoczenia z Bogiem, a modlitwa recytowana, gdy stanowi jedyną formę naszej modlitewnej aktywności, może nas skutecznie zatrzymać u początków tej drogi – nie daje takiego doświadczenia miłości Boga, jakiego On dla nas pragnie.

Sprawa rozbija się więc o sposób modlitwy i o proporcje. Trudno nie posługiwać się gotowym tekstem, modląc się za pomocą litanii lub nowenny. Ale tego rodzaju duchowa recytacja kryje w sobie również pewne pułapki, w które niechybnie wpadniemy, gdy oddamy jej naszą relację z Bogiem na wyłączność. Pułapkę powierzchowności, rytualizmu, bezrefleksyjnego gadulstwa, bezmyślnego powtarzania wyuczonych formułek. Niestety, wciąż wiele osób nawet nie wie, że można swoimi słowami powiedzieć Bogu coś o sobie; że można trochę przed nim pomilczeć, wsłuchując się w Jego obecność, i w najprostszych słowach opowiedzieć Mu o sprawach serca. Wielu nie sądzi nawet, że Bóg mógłby wprost – w natchnieniach i poruszeniach serca – na ich modlitwę odpowiedzieć. Nie są tego świadomi, bo samo tylko odmawianie modlitw nie daje im kontaktu z tym wymiarem życia duchowego. W konsekwencji Bóg kojarzy im się często z kimś surowym, odległym i niedostępnym, komu trzeba złożyć modlitewną daninę i zaliczyć przed Nim modlitewny obowiązek; kto kiedyś nas rozliczy z nieodprawionych pobożności i nieodmówionych litanii, bo przecież to grzech się nie modlić.

Może więc już najwyższy czas, żeby coś w tej kwestii zmienić? Okres pandemii to dobra okazja, żeby nawrócić się w naszym sposobie przeżywania relacji z Bogiem; żeby uwolnić się od wielomówstwa i pustosłowia, żeby przemyśleć pielęgnowane od lat złe modlitewne nawyki. Koronawirus wybił nas z duchowych nałogów, przyzwyczajeń, odebrał wiele z tego, co przez lata praktykowaliśmy bezmyślnie i automatycznie. Może właśnie tym pragnie posłużyć się Bóg? Może odbiera nam coś po to, aby zwrócić z nawiązką w innym, głębszym wymiarze? Może chce nas ocalić, a nie zniszczyć? Pandemia spulchniła glebę naszych serc, przywiązanie  do tradycyjnych zwyczajów i wartości zasiliła nowymi oczekiwaniami, pytaniami, dylematami, wywlokła na wierzch deficyty w postaci braku żywego doświadczenia wiary, teologicznej niewiedzy czy nawet nieumiejętności autentycznej modlitwy. Jeśli więc rzeczywiście chcemy wzrastać, nie możemy tej gleby zasiać starym ziarnem, wcisnąć w nią zużytych schematów i przyzwyczajeń. W przeciwnym razie, prędzej czy później, znów ją wyjałowimy. Jeśli więc rzeczywiście jest w tym przedziwnym czasie coś apokaliptycznego, jakiś nadprzyrodzony znak, to może właśnie naprowadzają na niego te słowa z objawienia świętego Jana, które wszyscy powinniśmy potraktować jako wezwanie: „Oto czynię wszystko nowe” (Ap 21,5).   

 

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Aleksaner Bańka

dr hab. prof. UŚ, filozof, politolog, lider Centrum Duchowości Ruchu Światło-Życie Archidiecezji Katowickiej, przewodniczący Rodziny św. Szarbela w Polsce.

Od lat posługuje modlitwą i na wiele sposobów głosi Ewangelię. Autor książek, artykułów oraz audiobooków poświęconych filozofii i duchowości chrześcijańskiej. Współpracownik Radia eM, Gościa Niedzielnego. Członek Rady Duszpasterskiej Archidiecezji Katowickiej i przewodniczący Komisji ds. świeckich II Synodu Archidiecezji Katowickiej. Znawca życia i duchowości św. Szarbela. Prywatnie mąż i ojciec.

Zobacz także

  • Lucjan_Biel
    27.04.2020 15:35
    Lucjan_Biel
    Uwielbiam bezmyślność z modlitewnikiem w ręku. Uwielbiam mechaniczne, codzienne i systematyczne odmawianie różańca. Myśli uciekają do spraw i problemów codziennych tym bardziej, im więcej ich było w danym dniu, a usta same wypowiadają słowa uwielbienia zapisane przed wiekami, jasne, czyste i piękne.
    Nie znoszę gadulstwa, pretensjonalności, samouwielbienia i dziwactw modlitewnych "wspólnot", i tego unoszenia rąk, tych "zachwytów", tego bełkotu nazywanego "mówieniem językami", etc.
    doceń 35
  • morfeo
    27.04.2020 23:23
    Pan Aleksander stał się felietonistą stałym? To wartościowy nabytek, dobrze mądrego posłuchać - choć stylistycznie się pewnie będzie to wszystko docierało jeszcze. O ile tematyka trochę "Jakimowiczowa", o tyle styl dość ciężki. To nawet nie zarzut (bo każdy pisze "sobą" i nie mnie oceniać, jakim "sobą" jest Pan Aleksander) - to raczej czytelnicza obserwacja, że czyta się to, i nadąża za wątkiem, dość żmudnie i z wysiłkiem - na ramy felietonu chyba nieco zbyt dużym. Felietony na Gościu słyną z lekkości i "szybkostrzelności", te pierwsze próby pana Aleksandra nieco jeszcze od tego odstają. Jako rzekłem - to nie zarzut, zatem do boju i powodzenia w kolejnym przelewaniu "siebie" na wirtualny papier! :)

    Czym różni się doktor od profesora? Doktor przepyta studenta ze wszystkiego, co sam wie - profesor już wie, że nic nie wie:)
    doceń 4
  • Henryk
    29.04.2020 08:53
    Bezmyślnie modli się tylko człowiek, który nie rozumie słów,które wypowiada i nie zna treści,które stoją za wypowiadanymi słowami, czyli krótko mówiąc człowiek głupi. Chrześcijaninem nie da się być, bez rozumienia słów o podstawowym znaczeniu: Religia, prawda, dobro, zło, sprawiedliwość, Miłosierdzie, przebaczenie, miłość, miłość małżeńska, i jeszcze paru. Nie da się też być chrześcijaninem bez rozumienia treści Pisma Świętego i Nauki Chrystusa. Nie da się być chrześcijaninem bez stanięcia w prawdzie wobec siebie samego. Chrześcijaninem można być jedynie świadomie. Nieświadomie można być jedynie wyznawcą materializmu.
Komentowanie dostępne jest tylko dla .

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zamieszczone komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji