GN 43/2020 Archiwum

Unia na rozdrożu

Gdyby w pierwszych tygodniach pandemii Unia Europejska przestała istnieć, nikt by tego nawet nie zauważył. I to wcale nie jest zabawne.

Unia Europejska upadnie jako projekt polityczny, jeśli nie będzie wspierała dotkniętych kryzysem krajów, takich jak Włochy, i nie pomoże im wyjść ze skutków pandemii koronawirusa – powiedział niedawno na łamach „Financial Times” jeden z unijnych polityków. Jakiś zadeklarowany eurosceptyk z Polski? Może premier Węgier? Albo lider włoskiej opozycji? Nie. To słowa prezydenta Francji, Emmanuela Macrona, głównego promotora ścisłej integracji europejskiej. Z Macronem nie tylko można się zgodzić, ale wręcz zaproponować alternatywę: Unię trzeba przemyśleć i wymyślić na nowo. To jedyna szansa, by nie tyle przetrwała, co została zbudowana od podstaw. Pandemia koronawirusa jest dobrą ku temu okazją.

Produkt uniopodobny

W pierwszych latach po wstąpieniu Polski do UE chodziliśmy na palcach wokół niemal każdego unijnego tematu. Wiadomo, „w końcu się udało”, „dołączyliśmy do elitarnego klubu” itp., itd, więc nie ma co się mądrzyć, tylko przejmować „unijne standardy” i nie wybrzydzać. Ten kompleks nowicjusza był po części zrozumiały, po części smutny, bo nie z naszej przecież winy musieliśmy nadrabiać dekady zaległości, na które skazał nas sowiecki okupant przy akceptacji zachodnich aliantów. Reakcją na to zbyt uniżone traktowanie wszystkiego, co miało pieczątkę z żółtymi gwiazdkami na niebieskim tle, była druga skrajność – uderzanie we wszystko, co urodziło się w Brukseli, Berlinie czy Paryżu, kontestowanie samej idei integracji europejskiej i tym samym podważanie naszej obecności w tym projekcie. Niestety, zwłaszcza w ostatniej dekadzie sama Unia dolewała oliwy do ognia, gasząc pożary tym, co jeszcze bardziej podsycało niezadowolenie i niechęć w społeczeństwach unijnych.

Pandemia koronawirusa to dobry moment, by zatrzymać się również nad tym problemem i powiedzieć sobie jasno: jeśli chcemy, by integracja europejska – jedna z najlepszych rzeczy, jakie przytrafiły się Europie w jej dziejach – przetrwała jako idea i realny projekt, musimy wreszcie nauczyć się mówić o „błędach i wypaczeniach” bez obaw, że zostaniemy posądzeni o „eurosceptycyzm”. Bo po pierwsze, tzw. eurosceptyzym (choć to zupełnie nieadekwatne określenie) żadnym grzechem nie jest, a po drugie – jeśli rozumieć pod tym pojęciem twórczy krytycyzm – jest wręcz czymś koniecznym do tego, by integracja europejska nie przeszła do historii. Ostatnie tygodnie, bardziej niż cokolwiek wcześniej, pokazały, że dmuchany balon, jaki z dobrego u podstaw projektu zrobiła sama Unia, pęka na naszych oczach. I może to jedyna szansa, by Unię zbudować na nowo. Na gruzach produktu „uniopodobnego”.

Kto mówi po włosku

Możliwe, że ktoś pamięta jeszcze niedawną brexitową gorączkę. Najpierw w wielu krajach unijnych i w samej Brukseli dominowało przekonanie, że wyjście z Unii to trzęsienie ziemi, na które ostatecznie Brytyjczycy się nie zdecydują, jeśli chcą przeżyć. Później, gdy klamka jednak zapadła, można było usłyszeć, ciągle z tą samą pewnością siebie, że negocjacje o wzajemnych relacjach po brexicie będą dla Brytyjczyków „twarde”, to znaczy że Bruksela wszystkim pokaże, że rozwód z nią jest wprawdzie możliwy, ale odchodzące państwo słono za to zapłaci. Ku przestrodze innych potencjalnych kandydatów do kolejnych „exitów”. Tymczasem pierwsze tygodnie pandemii sprawiły, że to Unia Europejska… praktycznie przestała istnieć. Zamknięte granice zawiesiły de facto jeden z kluczowych elementów integracji europejskiej, jakim jest swobodne przemieszczanie się między państwami członkowskimi. I były to decyzje, które podjęły samodzielnie stolice tych krajów. Bruksela i unijne instytucje stały się nieobecne.

Bez cienia satysfakcji można powiedzieć, że kryzys wywołany pandemią ujawnił w całej okazałości, jak bardzo rozdęty był balon dmuchany w ostatnich latach przez brukselskie instytucje. Okazało się, że Bruksela łatwo i chętnie feruje wyroki i wysyła pouczenia pod adresem suwerennych rządów, ale w sytuacji realnego kryzysu jest praktycznie bezradna. Gdy Włosi, a z czasem również Hiszpanie czy Francuzi dramatycznie potrzebowali pomocy, przyszła ona w pierwszej kolejności… z Pekinu i Moskwy. Świadoma tego jest nawet szefowa Komisji Europejskiej. Ursula von der Leyen najpierw w specjalnym liście przeprosiła samych Włochów za brak solidarności Europy i za zbyt późną reakcję, później na łamach „Le Monde” przyznała, że Unia w ogóle przespała pierwsze tygodnie pandemii. To zdanie podzielają zresztą sami Włosi – gdyby dziś odbyło się referendum na temat dalszego członkostwa w UE, nawet 67 proc. mogłoby zagłosować za opuszczeniem wspólnoty.

Unia daje, Unia poucza

I trzeba powiedzieć sobie jasno: to ostatni dzwonek alarmowy dla Unii, jeśli chce przetrwać. Choć lepiej byłoby dla samej idei, by tak naprawdę Unia została wymyślona i zbudowana na nowo. Zwłaszcza że po stronie establishmentu unijnego i najważniejszych instytucji nie widać raczej gotowości odłożenia na bok tego, co do kryzysu i rozpadu nieuchronnie prowadzi. Groteskowo w sytuacji pandemii pobrzmiewają „napomnienia”, jakie wysyłają bądź to unijni urzędnicy, bądź pełniący niedawno takie funkcje, a dziś szefujący paneuropejskim partiom. Zwłaszcza apel Donalda Tuska, szefa Europejskiej Partii Ludowej, by przemyśleć usunięcie węgierskiego Fideszu z EPL z racji rzekomego wykorzystywania przez rząd w Budapeszcie pandemii do wprowadzania rządów autorytarnych, był co najmniej nie na miejscu. Spotkał się zresztą z trafną i krótką ripostą premiera Orbána, który poprosił, by „jeśli ktoś nie potrafi pomóc, przynajmniej nie przeszkadzał”. Podobnie jest z niedawnym „napomnieniem” ze strony Komisji Europejskiej pod adresem Polski, by ta „rzetelnie” informowała o środkach, jakie na walkę z koronawirusem otrzymuje z Unii. Polska jest jedynym krajem, który takie napomnienie otrzymał. Owszem, z deklarowanej jeszcze w marcu puli ponad 37 mld euro, jakie miały otrzymać do podziału kraje unijne, najwięcej, bo ok. 7,5 mld, przypadło właśnie Polsce. Warto jednak dodać, że to środki przesunięte z funduszy polityki spójności, których największym beneficjentem jest właśnie Polska. W gruncie rzeczy są to więc pieniądze, które i tak byśmy wykorzystali, tylko na inne cele (później była już mowa o 100 mld euro). Nie jest to żaden argument przeciwko Unii, przeciwnie – fundusze europejskie to jeden z kluczowych przecież instrumentów wspierających integrację. Tyle tylko, że nawet przyznanie jakichś środków, a co dopiero ich przesunięcie, nie jest powodem, by tonem surowego nauczyciela jakiś urzędnik w Brukseli upominał suwerenny kraj (który zresztą płaci składki członkowskie do wspólnego budżetu, a otwarciem swojego rynku pozwolił wzbogacić się jeszcze bardziej wielu silnym graczom unijnym).

Nowe otwarcie możliwe?

Unia Europejska jako instytucja, jeśli chce przetrwać czas pandemii, musi w końcu zejść na ziemię. Niestety, wiele wskazuje na to, że ani brexit (ciągle niedoszły, ale jednak wiszący w powietrzu), ani pandemia nie zmuszą unijnego establishmentu do rewizji swojej polityki (co zrozumiałe, gdy chce się trzymać kurczowo raz zdobytej władzy). Metoda jest ciągle ta sama: im Unia ma więcej problemów sama ze sobą, im bardziej dusi się od własnych regulacji, tym więcej… Unii.

Dopiero niedawna wypowiedź prezydenta Francji na łamach „Financial Times” (przywołana na początku tego tekstu) zrobiła wrażenie na obserwatorach. „Unia Europejska upadnie jako projekt polityczny” to w ustach Macrona coś tak dotąd niewyobrażalnego, jak – nie przymierzając – deklaracja Władimira Putina, że odda Krym Ukrainie. Mimo wszystko jednak, choć w refleksji Macrona jest jakieś światełko, to dziś jest już chyba za późno na próbę ożywiania instytucji, które funkcjonują właśnie dlatego, że nie chcą żadnej zmiany. Dlatego jedyną alternatywą jest zbudowanie Unii od nowa jako organizacji sprzyjającej rozwojowi państw członkowskich, zachowującej wszystkie swobody (wolny rynek, przepływ osób i towarów), ale nie próbującej zastępować tych państw w ich wyłącznych kompetencjach. Zwłaszcza że w sytuacji realnego kryzysu te przypisane sobie kompetencje i tak nie działają. Jeśli nie zbudujemy Unii na nowo, trzeba być przygotowanym na scenariusz, że w obecnym kształcie przestanie ona istnieć w wyniku buntu, jaki może zrodzić się w europejskich społeczeństwach, gdy recesja będzie zbierała swoje żniwo. Szkoda Europy, szkoda kilku dekad wysiłku, by zbudować coś, co w czasie II wojny światowej wydawało się zupełnie nierealne.•

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Jacek Dziedzina

Dziennikarz działu „Świat”

W „Gościu" od 2006 r. Studia z socjologii ukończył w Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. Pracował m.in. w Instytucie Kultury Polskiej przy Ambasadzie RP w Londynie. Laureat nagrody Grand Press 2011 w kategorii Publicystyka. Autor reportaży zagranicznych, m.in. z Wietnamu, Libanu, Syrii, Izraela, Kosowa, USA, Cypru, Turcji, Irlandii, Mołdawii, Białorusi i innych. Publikował w „Do Rzeczy", „Rzeczpospolitej" („Plus Minus") i portalu Onet.pl. Autor książek, m.in. „Mocowałem się z Bogiem” (wywiad rzeka z ks. Henrykiem Bolczykiem) i „Psycholog w konfesjonale” (wywiad rzeka z ks. Markiem Dziewieckim). Prowadzi również własną działalność wydawniczą. Interesuje się historią najnowszą, stosunkami międzynarodowymi, teologią, literaturą faktu, filmem i muzyką liturgiczną. Obszary specjalizacji: analizy dotyczące Bliskiego Wschodu, Bałkanów, Unii Europejskiej i Stanów Zjednoczonych, a także wywiady i publicystyka poświęcone życiu Kościoła na świecie i nowej ewangelizacji.

Kontakt:
jacek.dziedzina@gosc.pl
Więcej artykułów Jacka Dziedziny

 

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zobacz także