Nowy numer 22/2020 Archiwum

Rzymski siepacz w naszej głowie

Gdzie dziś jesteśmy? Dokąd doprowadził nas czas pandemii? W jakim miejscu znalazł się Kościół w Polsce? Patrząc z perspektywy społecznej, wyraźnie wyczuwalne staje się napięcie, narastająca frustracja i zmęczenie. Ludzie mają dość, a przecież to wcale nie koniec i najbliższa perspektywa wcale nie rysuje się świetlanie. A jednak wciąż uparcie twierdzę, że obecny czas to nie przekleństwo, lecz błogosławieństwo, a raczej, że stanie się dla nas tym, czym sami go uczynimy.

Oprócz wszystkich innych zawirowań kryzys spowodowany przez koronawirusa z pewnością przełoży się na turbulencje ekonomiczne, które z kolei w mniejszym lub większym stopniu dotkną każdego z nas. Już zresztą dotykają. Przyszłość dla wielu rysuje się więc ponuro i generuje lęk, szczególnie u tych, którzy obawiają się o funkcjonowanie swoich firm lub o utratę pracy. Jeśli dodać do tego przymus ciągłego przebywania w domu, często z małymi dziećmi, które roznosi energia, ograniczenia w poruszaniu się, utrudnienia w zakupach, zamknięte place zabaw, parki, zakaz wstępu do lasu i ryzyko mandatu nawet za głupie samotne bieganie, nie dziwi już fakt, że w sercach i umysłach ludzi coraz bardziej wrze.

Szczególny czas przeżywa również Kościół w Polsce. Tegoroczny Wielki Post dzień po dniu, jak nigdy dotąd, odzierał nas ze wszystkiego, wrzucając wielu w odmęty smutku, opuszczenia i bezradności. Wraz z informacjami o kolejnych zarażeniach, zgonach i ograniczeniach traciliśmy to, co do tej pory, dla niemałej części z nas, było fundamentem stabilności. Runęły bezpieczne punkty oparcia. Pandemia obnażyła nie tylko faktyczny poziom naszego ubranego w czarnowidztwo i pseudoapokaliptyczne wizje lęku, nieumiejętność spokojnego zaufania Bożej Opatrzności, braki w teologicznym wykształceniu i doktrynalną samowolę - zwłaszcza tę, która subiektywne duchowe intuicje i religijne "widzi mi się" przedkłada ponad wartość pokornego posłuszeństwa.

Pandemia pokazała również, jak bardzo nie radzimy sobie, gdy okoliczności wyrywają nas z naszej strefy komfortu, jakakolwiek by ona nie była – ekonomiczna, zdrowotna, duchowa. Na szybko zaczęliśmy więc poszukiwać winnych wokół siebie, a ponieważ wirus to zbyt enigmatyczny przeciwnik, lepiej było nadać mu bardziej zrozumiałe oblicze: diabła, masonów, prymasa, prezesa czy kichającego sąsiada spod piątki. W konsekwencji siła przeżywania religijnego żalu wyniosła nas w obszary nieomal mistyczne, ale sposób jego uzewnętrzniania zatarł różnicę między chrześcijaninem a poganinem.

Na efekty nie trzeba było długo czekać. Staliśmy się specjalistami od teologii, polityki, medycyny, gospodarki i ogólnoświatowych spisków, a łatwość formułowania opinii zastąpiła nam zdrowy rozsądek. Rozpoczęliśmy więc chocholi taniec w rytm upiornych taktów koronawirusa, zupełnie bez kontaktu z faktem, że z ofiar weszliśmy w rolę jego wspólników w szerzeniu zamętu, bezładu i ludzkiej krzywdy. Co więcej, te wszystkie nasze katolickie i ogólnoludzkie frustracje, choć gdy zostają uzewnętrznione, przynoszą chwilową ulgę, w rzeczywistości robią nas w konia; odbierają nam bowiem to, co najistotniejsze - okradają nas z czasu łaski.

Rodzą się we mnie pytania: „Ile żalu już wykrzyczałeś? Ile złości, agresji wywaliłeś już z siebie w internet, w społecznościowe media, w komunikatory wszelkiego typu i maści? Ilu ludzi obraziłeś? Zdiagnozowałeś już patologię władzy, policji, rządzących i aspirujących do władzy? A może skupiłeś się na domniemanym tchórzostwie biskupów i gorszącej uległości księży, co ci Boga odbierają? Jeśli tak, to może już najwyższy czas wyhamować i zastanowić się, czy aby nie przeszarżowałeś? Czy na pewno ten wirus to samo przekleństwo? A może błogosławieństwo?". Może właśnie posługuje się nim Bóg, niczym dramatem sprzedanego do Egiptu Józefa, żeby skontaktować nas z czymś zupełnie podstawowym.

Co mówią nam, katolikom i Kościołowi w Polsce, znaki czasu, który obecnie przeżywamy? Przede wszystkim, że nie ma już komfortu religijnej oczywistości i bezpiecznych praktyk, którymi moglibyśmy kupić spokój sumienia. Nie ma tradycyjnych środków, które przez lata nas prowadziły i, być może, usypiały. Pozostaje wiara nieoczywista, odarta ze wszystkiego, skazana na pokorne trwanie w doświadczeniu innym niż tradycyjny rytuał i poczucie dobrze wypełnionego religijnego obowiązku. To wiara, która odwołuje się do więzi zbudowanej w ludzkim sercu między człowiekiem a Bogiem. Jak jednak zaufać tej więzi? Jak uwierzyć w to, że gdy biorę Pismo Święte do ręki i wytrwale siadam z nim do medytacji, otwierają się nade mną zdroje łaski? Jak zaufać temu, że gdy czynię znak krzyża, klękając w mojej izdebce do modlitwy, przenoszę się w serce Trójjedynego Boga? Jak temu zaufać, skoro nie mam żadnego obiektywnego potwierdzenia - nigdzie nie byłem, w niczym nie uczestniczyłem, nie zaliczyłem żadnej ustanowionej prawem religijnej aktywności, niczego nie nawiedziłem i nawet jajek nie poświęciłem? Tak oto biczuje nas trud zaufania własnemu sercu - temu, że może być ono miejscem uprzywilejowanego spotkania z Bogiem mimo braku wszelkiej pomocy z zewnątrz. Krzyżuje nas wysiłek zamiany sformalizowanej pobożności na dialog z Bogiem we własnym wnętrzu. Tracimy religijne zachowania na rzecz postawy wiary - tej, która nie znosi religijności, ale nadaje jej kształt autentycznej chrześcijańskiej dojrzałości. To jest nasze przejście - Pascha, którą podarował nam Pan. Czy wykorzystamy ten czas łaski?

Oczywiście możesz dalej pławić się w żalu. A gdy tak się rozsmucisz, że serce nieomal ci pęknie, wtedy już łatwo swój żal w gniew obrócisz przeciw całej niesprawiedliwości świata tego, która użyła wirusa, żeby ci duchową krzywdę zrobić. Dopiero gdy ją do krwi wysmagasz słowem i czynem jak flagrum, odetchniesz w poczuciu dobrze przeżytej drogi krzyżowej. Jak rzymski siepacz. Możesz jednak zatrzymać się na chwilę w sobie i zobaczyć, że pośród całego dramatu zainfekowanej ludzkości, pośród umierających ludzi wybrzmiewa dziś szczególnie mocno wezwanie, które kieruje do nas Pan: "Nabierzcie ducha i podnieście głowy, ponieważ zbliża się wasze odkupienie" (Łk 21,28). I nie chodzi o to, że za chwilę czeka nas eschaton poprzedzony klęską Antychrysta. Chodzi raczej o to, że może po raz pierwszy mamy okazję tak bardzo osobiście przeżywać samotność, ogołocenie i mękę Chrystusa. Może wreszcie tak bardzo prawdziwie On może umrzeć w nas, a my zmartwychwstać w Nim. W gruncie rzeczy wybór znów należy do nas. Możemy z odwagą wejść z Chrystusem w nowe życie albo uparcie pozostawać w grobie.         

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Aleksaner Bańka

dr hab. prof. UŚ, filozof, politolog, lider Centrum Duchowości Ruchu Światło-Życie Archidiecezji Katowickiej, przewodniczący Rodziny św. Szarbela w Polsce.

Od lat posługuje modlitwą i na wiele sposobów głosi Ewangelię. Autor książek, artykułów oraz audiobooków poświęconych filozofii i duchowości chrześcijańskiej. Współpracownik Radia eM, Gościa Niedzielnego. Członek Rady Duszpasterskiej Archidiecezji Katowickiej i przewodniczący Komisji ds. świeckich II Synodu Archidiecezji Katowickiej. Znawca życia i duchowości św. Szarbela. Prywatnie mąż i ojciec.

Zobacz także

  • Henryk
    12.04.2020 19:00
    Dla niektórych może okazać się błogosławieństwem, ale za jaką cenę zdobytym? Czy trzeba schodzić aż do bram piekieł by zrozumieć że się błądzi? Poza tym do kogo pretensje? Przecież sami do tego doprowadziliśmy, choćby tylko przez zapomnienie czego uczy nas Chrystus i przez niegłoszenie Jego nauki.
    doceń 1
  • Abdiel
    12.04.2020 20:16
    Dla chrześcijan nie wychowanych bezstresowo polecam https://tygodnik.tvp.pl/47482537/dlaczego-wirus-rzuca-ludzi-na-kolana-wraz-z-ich-snami-o-potedze-chrystus-i-pandemia-zla
  • Anonim (konto usunięte)
    13.04.2020 11:12
    Zawsze mnie fascynowały wszelakie teorie jakoby choroby były karą za grzechy. Bowiem takie myślenie ma się nijak do wiary chrześcijańskiej. Bo już samo wytłumaczenie dlaczego zupełnie niewinne dziecko cierpi, choruje i czasami umiera zaprzecza tym teoriom.
    Ale nawet u dorosłych - czy np. paraliż po wylewie, nowotwór i w jego następstwie niewyobrażalne cierpienie są karą za grzechy czy też po to, aby przez zło poznać dobro? Poważnie?
    Jak wg tych teorii Bóg musiałby by być okrutnym, aby tak wychowywać czy dawać przez cierpienie jakieś lekarstwo (jak to powyżej napisał Abdiel).
    Notabene dzisiejsza pandemia pokazuje wielka histerię świata bez Boga, świata który nagle odkrył że tak naprawdę nie ma szans żyć w jakimś bezpiecznym kokonie. Bo wbrew pozorom cały ten wirus to jest mały pikuś i wobec wielu innych chorób, ale też wobec niewyobrażalnej niesprawiedliwości i wyzysku wobec słabszych nacji, gdzie codziennie o wiele więcej ludzi ginie z głodu. Ale wirus nie jest żadną karą na nas nakładana, ani też nie jest złem, które ma nam pokazywać jakieś dobro.
    doceń 2
  • Henryk
    13.04.2020 14:19
    Ciekawe z jakich powodów @ANNAEWA jawnie uprawiająca ordynarny heretycki trolling, jest przez moderację Gościa tak tolerowana?
Komentowanie dostępne jest tylko dla .

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zamieszczone komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji