Nowy numer 49/2020 Archiwum

Ufają Bożemu miłosierdziu

Ich historie, jakże różne, wskazują, że warto zawołać: „Jezu, ufam Tobie!”, bo On zawsze jest blisko…

Łukasz „Wieczny” Wieczorek

RAPER

Moja historia życia to droga od upadku – na własne życzenie – do odrodzenia dzięki Bożemu miłosierdziu. W młodości piłem, żyłem na granicy i pod nią. I gdy byłem na dnie, Jezus wyciągnął do mnie rękę. Pierwszy raz okazał mi miłosierdzie, gdy dał siebie poznać, kiedy się nawróciłem. Biorąc pod uwagę to, jak żyłem – daleko od Niego i w grzechu, był to cud miłosierdzia. Drugi raz okazał swoje miłosierdzie, wręcz namacalnie, gdy uzdrowił mnie z alkoholizmu. Próbowałem wielokrotnie zerwać z nałogiem. Próbowałem leczenia, chodziłem na mityngi. Na nic się to zdawało. Kiedy wydawało się, że to koniec, że stoczyłem się już totalnie, zacząłem modlić się żarliwie, żeby On mnie uratował. Błagałem o miłosierdzie. To było w nocy, a rano następnego dnia obudziłem się inny. Nie czułem głodu alkoholowego. Tak po prostu. Oczywiście uważałem na siebie, ale po prostu nie byłem uzależniony: świadomie nie poszedłem na zakrapianą imprezę. A nawet później, na rodzinnych weselach, gdy próbowałem alkoholu, po prostu mi nie smakował. Trzeci raz doświadczyłem miłosierdzia Bożego kilka lat po nawróceniu. Byłem wtedy już wiele lat po rozwodzie, nie wychowywałem własnej córki. Wtedy Bóg uleczył moją (byłą) żonę ze zranień, które jej zadawałem w czasie nałogu. I to moja żona zaproponowała, żebyśmy się zeszli. To było osiem lat od rozwodu! Zeszliśmy się, wróciliśmy do siebie. Jesteśmy sakramentalnym małżeństwem i wychowujemy wspólnie czworo dzieci. Julka ma piętnaście lat, Marysia cztery, Jaś dwa, a miesiąc temu powitaliśmy na świecie Franciszka. Koronką do Bożego Miłosierdzia modlę się regularnie. Za każdym razem błagam o łaskę dla mnie i rodziny, i mówię po prostu: „Jezu, ufam Tobie”. 

Ufają Bożemu miłosierdziu

Maciej Małysa

aktor, zagrał bł. ks. Michała Sopoćkę w filmie „Miłość i miłosierdzie”

Zagrałem bł. Michała Sopoćkę – wielkiego orędownika Bożego miłosierdzia, a jak mówią – przypadków nie ma. Jeśli wierzymy i poruszamy się w przestrzeni wiary, nic nie dzieje się bez przyczyny i również nad moim udziałem w filmie Ktoś czuwał. Dla mnie było to doświadczenie wyjątkowe. Do czasu zdjęć niemal nie znałem ks. Sopoćki. Wiedziałem jedynie, że był spowiednikiem s. Faustyny. W czasie pracy nad filmem poznałem błogosławionego i zaprzyjaźniłem się z nim. Pamiętam, że tuż po premierze, gdy obchodziłem urodziny, otrzymałem życzenia: „I niech cię tam ksiądz Michał pilnuje”. A błogosławiony przecież „pilnuje” przez wskazywanie roli Bożego miłosierdzia w ludzkim życiu. Wierzę, że tak się dzieje, przy czym to „pilnowanie” nie oznacza obdarzenia aureolką czy umiejętnością lewitowania. Cały czas człowiek ma wolną wolę i jej używa.

Od powstania filmu towarzyszy mi też książeczka „Myśli księdza Michała” – codziennie sobie do niej zerknę i coś przeczytam. Tak po ludzku więc ksiądz Sopoćko stał się dla mnie przewodnikiem w zwyczajnych, nawet przyziemnych sprawach. Czasem, gdy muszę podjąć decyzję albo coś trudnego dzieje się wokół, zadaję sobie pytanie: „A co Sopoćko na to?”. I znajduję odpowiedź.

Mieszkam w Krakowie, niemal obok Łagiewnik. Więc miłosierdzie Boże i modlitwa koronką zawsze były mi jakoś bliskie. Jednocześnie zaskakujące było i jest dla mnie to, co kryje się za tą modlitwą, jeśli się do niej podejdzie poważnie: jak wiele łask Jezus obiecuje za odmawianie koronki. Swój udział w filmie postrzegam trochę w kontekście upomnienia się Jezusa Miłosiernego o mnie, bo przecież bł. ks. Michał był Jego wyznawcą i do Niego prowadzi. Co oczywiście nie znaczy, że teraz jest łatwiej, że jest zawsze z górki. Wręcz przeciwnie, bo większa łaska to i większa odpowiedzialność. 

Ufają Bożemu miłosierdziu

Dariusz Matecki

prawnik, przeszedł zakażenie koronawirusem

Byłem jednym z pierwszych pacjentów zdiagnozowanych w kierunku koronawirusa w Szczecinie. Czułem niedowierzanie, że coś, o czym dotychczas słyszałem w telewizji, co działo się w Chinach, jako jednego z pierwszych w kraju dotknęło mnie. Później przyszła refleksja, że na całe szczęście dotarłem do szpitala na czas i praktycznie od razu podano mi leki. Gdybym znalazł się tam dzień albo dwa dni później, moje życie mogłoby się skończyć. Leczenie w szpitalu polegało na przyjmowaniu antybiotyków w kroplówce, leków przeciw malarii oraz leków osłonowych. Przyjmowałem je przez dwa tygodnie, aż do wyjścia ze szpitala. Na samym początku miałem wykonaną tomografię klatki piersiowej – wyszło rozległe zapalenie płuc spowodowane koronawirusem. Średnio raz na dwa dni miałem wykonywane badanie krwi. Opieka była na medal. Trudne momenty pojawiały się, kiedy czytałem doniesienia z Włoch i Hiszpanii. We Włoszech umiera prawie tysiąc osób dziennie, w tym księża, lekarze, pielęgniarki. Bardzo poruszyła mnie historia ks. Giuseppe Berardellego – ten kapłan tuż przed śmiercią zrezygnował z respiratora, przekazując go młodszemu pacjentowi. Przypomniało mi to męstwo i poświęcenie św. Maksymiliana Marii Kolbego. Należę do Męskiego Różańca w Szczecinie i od tej wspólnoty, ale nie tylko, bo z całej Polski, płynęła modlitwa w mojej intencji. Miałem ze sobą różaniec. W wielu modlitwach uczestniczyłem online za pośrednictwem YouTube’a i Facebooka. W czasach, kiedy uczestnictwo we Mszy Świętej jest ograniczone, ważne jest, aby nie utracić kontaktu z Kościołem. Dzięki nowoczesnym technologiom możemy mieć stały kontakt z naszym księdzem, z naszą parafią. Możemy też wspólnie modlić się Koronką do Bożego Miłosierdzia w intencji wygrania z pandemią koronawirusa. Towarzyszyły mi słowa z „Dzienniczka” św. siostry Faustyny: „Kapłani będą podawać grzesznikom jako ostatnią deskę ratunku; chociażby grzesznik był najzatwardzialszy, jeżeli tylko raz zmówi tę koronkę, dostąpi łaski z nieskończonego Miłosierdzia mojego”. Dziękuję lekarzom, pielęgniarkom, oddziałowym, ale przede wszystkim miłosiernemu Bogu, że udało mi się wyjść z tej choroby. Wiara dużo daje, daje nadzieję. •

Ufają Bożemu miłosierdziu

Justyna Bednarek

autorka bestsellerowych książek dla dzieci i powieści obyczajowych

Kiedy myślę o Bożym miłosierdziu, to przychodzi mi na myśl wizerunek Chrystusa namalowany według wskazówek św. Faustyny. Ten obraz czciła jedna z najbliższych mi osób – moja Nianiusia, pomoc domowa mojej babci, której nikt nigdy nie ośmielił się nazwać służącą, bo była najukochańszym członkiem rodziny. Miałam szczęście, bo dzięki niej myśl o Bożym miłosierdziu towarzyszyła mi od wczesnego dzieciństwa, a wtedy przecież jeszcze nie było czczone tak jak dzisiaj. Obraz (jeden i drugi) też nie był tak popularny jak obecnie. Różne modlitwy towarzyszą nam na różnych życiowych etapach – śmiało mogę powiedzieć, że moim kołem ratunkowym przez wiele lat była właśnie Koronka do Bożego Miłosierdzia. Najlepszy dowód, jak mocno we mnie tkwi: kiedyś, gdy przyśniło mi się coś naprawdę złego, żeby nie dać dostępu złemu do mnie, przez sen odmawiałam właśnie tę modlitwę. Wiele było momentów, kiedy czułam Boże wsparcie i łaskę płynącą z koronki. Najważniejszym był chyba pierwszy zawał mojego świetej pamięci męża. Skończył ledwie 40 lat, więc nikomu nie przyszło do głowy, że potworny ból pleców ma związek z sercem. Ja jednak czułam ogromny strach i zaczęłam się modlić właśnie koronką. Wtedy, z tamtej sytuacji wyszedł obronną ręką, a czas, który został nam później podarowany – całe siedem lat, które zmieniły wszystko – był najlepszy w naszym wspólnym życiu. Od początku uważałam, że uratowała go wtedy łaska Boża, bo zawał był potężny. Koronką wspierałyśmy też w gronie zaprzyjaźnionych kobiet różnych odchodzących nam bliskich. Mojego tatę, teścia koleżanki. Doświadczyłam wtedy ogromnej mocy płynącej z tej modlitwy. Czasem Pan Bóg pozwala człowiekowi coś bardzo mocno poczuć. I ja wiem, że dzięki modlitewnemu wsparciu sporo zostało naszym ukochanym oszczędzone.

W ostatnich latach sporo wyjeżdżam, czasem nie czuję się w trakcie tych podróży pewnie. Dlatego poprosiłam wrocławską malarkę, Joannę Burdę, żeby namalowała mi maleńką kopię obrazu Adolfa Hyły (choć czuję łaskę płynącą przez oba wizerunki, to jednak obraz Hyły bardziej we mnie wrósł). Dzięki temu czuję się pewniej i słowa: „Chociażbym chodził ciemną doliną…” nabrały dla mnie bardzo konkretnego wyrazu. •

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama