Nowy numer 2/2021 Archiwum

Ostatnia deska ratunku

Perła baroku i wotum dziękczynne za uratowanie Wenecji od zarazy. Bazylika La Salute przyciąga tłumy turystów i przypomina o opatrznościowym działaniu Matki Bożej.

W I niedzielę Wielkiego Postu patriarcha, czyli biskup Wenecji, był w naszym kościele – opowiada Bogumił Wasiewicz, kleryk weneckiego seminarium. – Na koniec Mszy św. odmówił modlitwę zawierzenia z XVII wieku.

Modlitwa jest znów aktualna, a powstała podczas epidemii dżumy, która nawiedziła miasto w 1630 r. To wtedy zbudowano bazylikę La Salute, która dziś stanowi świadectwo dramatu sprzed 400 lat.

Epidemia była faktem

Opis tragedii zawdzięczamy m.in. zapiskom Alvise Zena, lekarza pracującego na pierwszej linii walki z zarazą. Tragiczne wspomnienie uwiecznił także Alessandro Manzoni w powieści „Narzeczeni”, będącej jednym z największych arcydzieł włoskiego romantyzmu. Z tego powodu XVII-wieczna epidemia bywa nazywana manzoniańską.

Pierwsze wieści o zarazie szerzącej się we Francji, Szwajcarii, ale i w Lombardii dotarły do Republiki Weneckiej już w 1624 r. Dla mieszkańców miasta nie była to nowość. W XIV w. czarna śmierć doprowadziła do tego, że populacja spadła ze 160 tys. do 100 tys. osób. W 1575 r. dżuma pojawiła się ponownie. Zabiła jedną trzecią mieszkańców Wenecji. Wiele ofiar stanowili ludzie zamieszkujący wyspę zwaną Giudecca, dlatego po ustąpieniu zarazy zbudowano tam kościół pw. Najświętszego Zbawiciela. W XVII w. chorobę na Półwysep Apeniński przynieśli ze sobą zagraniczni żołnierze, landsknechci. W Wenecji zaraza pojawiła się dokładnie 8 czerwca 1630 r. Pacjentem zero okazał się ambasador księcia Mantui. Dyplomata zaczął zarażać dżumą kolejne osoby. Zwierzchnik świetnie rozwiniętych jak na swoje czasy weneckich służb medycznych chciał wprowadzić stan zagrożenia, ale oznaczałoby to zamknięcie handlu, ucieczkę ludności i pozostawienie mieszkań szabrownikom. Dlatego większość medyków wezwanych do zaopiniowania wniosku stwierdziła, że ryzyka pojawienia się choroby nie ma. Na ich przeciwników pisano złośliwe satyry. Tymczasem w czerwcu zmarło 48 osób, w sierpniu – 1,1 tys., a w październiku – 2,1 tysiąca. Epidemia była faktem.

Drastyczne kroki

Władze podjęły drastyczne kroki. Chorych wywożono do lazaretów na wyspach. Każdego, kto miał kontakt z zarażonym, izolowano na 20 dni. Łamiących normy sanitarne wieszano. Opustoszałymi ulicami przemykali lekarze noszący upiorne maski z długimi nosami wypełnionymi mieszanką ziół. Miało to dawać ochronę przed zarażeniem, a także pomagać znieść fetor, z którym medycy bez przerwy mieli do czynienia. Mieszkańcy na sznurach spuszczali z okien kosze, błagając o coś do jedzenia. Nie było komu grzebać zmarłych, więc ciała leżały w domach albo były wyrzucane przez okna prosto do kanałów. Miasto zatrudniło 300 monatti zajmujących się transportowaniem zwłok i zarażonych. Do tej roli zgłaszali się więźniowie liczący w zamian na ułaskawienie, a także osoby, które przeżyły chorobę, dzięki czemu zyskały odporność. Monatti nie mieli dobrej opinii. Oskarżano ich o okradanie zwłok i opustoszałych domów, a nawet o celowe rozsiewanie choroby. W mieście co chwilę rozlegał się ich krzyk: „Martwych wrzucać na łódki!”.

Bezradni wobec epidemii senatorowie przypomnieli sobie o wotum złożonym podczas poprzedniej zarazy. Doża Nicolò Contarini przy pełnej zgodzie senatu zdecydował o zbudowaniu „wspaniałego, mającego rozmach” kościoła pod wezwaniem Matki Bożej. 21 listopada każdego roku, czyli w święto Ofiarowania Najświętszej Maryi Panny, miały się odbywać pielgrzymki do nowej świątyni.

Piękna i bestia

Decyzja o budowie zapadła pod koniec października 1630 r. Listopad był kulminacją zarazy. Zmarło wówczas ponad 14 tys. osób. Zaraz potem epidemia zaczęła tracić na sile. W grudniu ofiar było już o połowę mniej. Na początku roku dżuma znowu się nasiliła, by ostatecznie wygasać do jesieni. 28 października 1631 r. zorganizowano pierwszą pielgrzymkę dziękczynną.

Budowę kościoła powierzono Baldassare Longhenie, architektowi mającemu w dorobku kilka sławnych weneckich kościołów i pałaców. Dziełem Longheny są m.in. Prokuratorie, czyli podłużne budynki z krużgankami otaczające plac Świętego Marka, widoczne dziś na niemal każdej pocztówce z Wenecji. Kościół stanął na wyspie znajdującej się między Canal Grande (Wielkim Kanałem) a Canale della Giudecca, obok Dogana da Mar, czyli punktu poboru opłat celnych. To miejsce doskonale widoczne z placu Świętego Marka, z wyspy Giudecca, a także ze statków wpływających do miasta. Budowa zakończyła się w 1687 r., pięć lat po śmierci głównego architekta. Świątyni nadano imię Santa Maria della Salute (Matki Bożej Uzdrowienia), a w skrócie nazywa się ją La Salute. W 1921 r. papież Benedykt XV podniósł ją do rangi bazyliki mniejszej. Dziś jest to także kościół seminaryjny.

Dzieło Longheny zbudowano na planie ośmiokąta. Bogate zdobienia fasady kontrastują z surową bielą marmuru wewnątrz. Kościół ma dwie kopuły. Na szczycie tej większej znajduje się figura Maryi w stroju kapitana okrętu. W środku jest więcej wizerunków Matki Bożej. Jeden z nich to rzeźba autorstwa flamandzkiego artysty Josse de Corte. Madonna z Dzieciątkiem wyciąga rękę do młodej pięknej kobiety symbolizującej Wenecję. Przed Maryją ucieka brzydka starucha będąca alegorią zarazy. De Corte był tak drobiazgowy, że wyrzeźbił nawet haft na sukni, którą ma na sobie Wenecja.

Krzewicielka pokoju

Drugi z wizerunków na co dzień jest zasłonięty. To ikona zwana Mesopanditissa. Według legendy jej autorem jest św. Łukasz, który podarował swoje dzieło Tytusowi. Stąd inne określenie – Madonna św. Tytusa. Obraz pochodzi z Bizancjum. W czasie ikonoklazmu, czyli mającego miejsce w VIII i IX w. ruchu niszczenia świętych wizerunków, uratowano ją, przewożąc na Kretę. W 1264 r. pod wizerunkiem Maryi zawarto ugodę po kilku dekadach walk między Wenecjanami a Kandyjczykami (Kretę nazywano wówczas Kandią od nazwy stolicy, obecnego Iraklionu). To wtedy ikona zyskała przydomek, który po grecku oznacza pośredniczkę pokoju. W 1669 r. należąca do Wenecji Kandia została zdobyta przez Turków. Doża Francesco Morosini zabrał wtedy ze sobą Mesopanditissę do rodzinnego miasta, gdzie umieszczono ją w kościele La Salute.

Kolejny wizerunek Maryi jest dziełem Tycjana. Wiszące w jednej z wnęk płótno przedstawia zesłanie Ducha Świętego. Matka Boska stoi na środku, otoczona przez apostołów. Na Nią i na pozostałych zebranych spływają promienie światła wychodzące z postaci białej gołębicy. Nie jest to jedyny obraz renesansowego mistrza, który można zobaczyć w La Salute. W zakrystii wisi ich jeszcze 12, w tym cztery duże płótna. Na jednym z nich widnieje św. Marek na tronie razem ze świętymi Kosmą, Damianem, Sebastianem i Rochem. Dzieło Tycjana z 1510 r. początkowo znajdowało się w jednym z weneckich klasztorów. Tematyką nawiązywało do zarazy – święci Roch i Sebastian byli wzywani na pomoc w czasach epidemii. W zakrystii La Salute można też zobaczyć „Złożenie Izaaka w ofierze”, „Kaina i Abla”, „Dawida i Goliata” oraz portrety kilku świętych.

Początek i zbawienie

Maryja wysłuchała modlitw Wenecjan. Po tym, jak powstał kościół, dżuma nie wróciła już do miasta. Według jednej z hipotez roznoszący zarazę gatunek szczura został wyparty przez inny. Epidemia z lat 1630–1631 kosztowała życie 46 tys. osób, a licząc z należącymi do Wenecji osiedlami na lądzie – ponad 93 tysiące. Populacja miasta spadła poniżej 100 tysięcy. Tak jak pół wieku wcześniej, władze rozpoczęły akcję sprowadzania nowych mieszkańców. W ten sposób dżuma (obok wojen z Turkami) przyczyniła się do spadku politycznego znaczenia republiki. Potęgę państwa dożów przez wieki budowali bowiem marynarze, a teraz zaczęło ich brakować, gdyż nowi Wenecjanie byli wychowani na lądzie.

Współcześni mieszkańcy Wenecji pamiętają o pladze dżumy. 21 listopada jest dniem wolnym od pracy, choć nie dla kleryków, którzy najpierw przygotowują bazylikę na obchody, wieszając na ścianach i kolumnach haftowane tkaniny, a potem pilnują porządku. Pielgrzymi z całej okolicy przechodzą mostem budowanym specjalnie na tę okazję nad Canal Grande i docierają do La Salute. – Modlą się przeważnie o zdrowie – mówi Bogumił Wasiewicz. – Czasem widać, że przychodzą do kościoła tylko tego dnia, ale to okazja, żeby do nich dotrzeć i przypomnieć, że nazwa bazyliki może oznaczać uzdrowienie, ale też zbawienie. Kiedy widzą na środku kościoła napis: „Unde origo inde salus”, czyli „gdzie początek, tam zbawienie”, można mówić, że to nie tylko odniesienie do historii świątyni, ale i wskazanie, że Bóg, który nas stworzył, również nas zbawia.

Pielgrzymi obchodzą dookoła ołtarz i zapalają świeczki. Ważnym elementem obchodów jest spowiedź. Konfesjonały są przez cały czas otwarte. Jeszcze zanim podobną zasadę wprowadził na całym świecie papież Franciszek, dekret patriarchy zezwalał spowiednikom z La Salute na rozgrzeszanie z popełnienia aborcji.

Czy w tym roku masowe obchody będą możliwe? Na razie publiczne Msze św. nie odbywają się nigdzie w Wenecji. Mimo to kościół Santa Maria della Salute, podobnie jak inne świątynie, jest otwarty. Codziennie modli się w nim po kilka osób szukających pomocy u Mesopanditissy. – To ikona, na której Matka Boska wskazuje Jezusa – przypomina Bogumił Wasiewicz. – Przychodzisz do Maryi, a Ona wskazuje ci Jego.•

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Jakub Jałowiczor

Dziennikarz działu „Polska”

Absolwent nauk politycznych na Uniwersytecie Warszawskim. Zaczynał w radiu „Kampus”. Współpracował m.in. z dziennikiem „Polska”, „Tygodnikiem Solidarność”, „Gazetą Polską”, „Gazetą Polską Codziennie”, „Niedzielą”, portalem Fronda.pl. Publikował też w „Rzeczpospolitej” i „Magazynie Fantastycznym” oraz przeprowadzał wywiady dla portalu wideo „Gazety Polskiej”. Autor książki „Rzecznicy”. Jego obszar specjalizacji to sprawy społeczno-polityczne, bezpieczeństwo, nie stroni od tematyki zagranicznej.
Kontakt:
jakub.jalowiczor@gosc.pl
Więcej artykułów Jakuba Jałowiczora

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zobacz także