GN 14/2020 Archiwum

To wchodzi w krew

Desperacko ruszył w drogę, bo uwierzył, że słowa „módlcie się nieustannie” nie są jedynie pobożnym życzeniem. Maszerujący przez 14 lat wędrowiec ma dla pokolenia epoki smartfonów mnóstwo bezcennych porad.

Nazywał siebie „tułającym się z miejsca na miejsce bezdomnym pielgrzymem” (strannikiem), a cały jego majątek stanowiły „na plecach torba sucharów, za pazuchą święta Biblia”. Wyruszył z rodzinnej wsi, położonej w centralnej części Rosji około 350 km na południe od Moskwy, bo na serio przejął się słowami Jezusa: „dziś, jutro i pojutrze muszę być w drodze” (Łk 13,33). I uczynił to celem swojego życia.

Na półki sklepowe trafiło pierwsze pełne wydanie tłumaczonych na wiele języków „Opowieści pielgrzyma”. Książka Wydawnictwa M przedstawia w bardzo przystępny sposób praktykę modlitwy nieustannej, zwanej też wewnętrzną, Jezusową czy modlitwą serca.

Nieustannie się modlić? Czy to naprawdę możliwe? „Gdyby to było niemożliwe i nieprzeparcie trudne, to Bóg nie nakazałby tego wszystkim” – bez zbędnego owijania w bawełnę odpowiada opisany w książce pielgrzym. I dodaje: „Stoisz czy siedzisz, chodzisz czy leżysz, nieustannie mów: »Panie Jezu Chryste, zmiłuj się nade mną!«. Wzywania imienia Bożego należy nauczyć się lepiej niż oddychania. Ta metoda nieustannej modlitwy jest dogodna, łatwa i dostępna dla każdego, jeśli ma choć odrobinę ludzkich uczuć”.

Twarz jak głaz

Ewangelia wspomina o tym, że Jezus „uczynił swoją twarz jak głaz”. Proroczo widział to, co spotka Go w Mieście Pokoju, wyznaczył sobie cel i „nie oglądał się wstecz”. Podobnie można określić rosyjskiego wędrowca, który wyznaczył sobie jasny cel i nie zmienił tematu.

Jego „Opowieści” nie zestarzały się. Co więcej, wydają się coraz bardziej aktualne i mogą konkretnie pomóc Kowalskiemu, który zmęczony zjeżdża windą po wielu godzinach pracy w korporacji i między jedenastym piętrem a parterem może szeptać: „Panie Jezu Chryste…”. To bezcenny poradnik dla pokolenia, które żyje szybko i umiera szybko, i nie chce przyjąć do wiadomości, że życie duchowe to długi dystans, a nie efektowny sprint. Wschodni mnisi zalecali, by Modlitwę Jezusową odmawiać na początek… kilka tysięcy razy dziennie. Tytułowy pielgrzym przeszedł szmat drogi. Jego wędrówka trwała aż 14 lat i – jak wynika z badań literaturoznawców – przypadła na lata 1845–1859. Wędrowiec przemierzył niemal całą Rosję, od Morza Czarnego do Morza Białego, od Ławry Poczajowskiej przy granicy z Austro-Węgrami aż po Irkuck.

Ta opowieść twardo stąpa po ziemi i nie przypomina gęstych od metafor mistycznych rozpraw. To konkretne do bólu „tu i teraz”. Przykład? Gdy pielgrzym trafił do zamożnego gospodarza, z przejęciem opowiadał: „Kazali mi usiąść na krześle, pan owijał mi nogi onucami, a pani zakładała buty. Najpierw nie chciałem na to pozwolić, ale kazali mi siedzieć, mówiąc: »Siedź i milcz, Chrystus mył nogi uczniom«. Nie mogłem nic na to poradzić i zacząłem płakać; a oni też się rozpłakali”.

Obecny!

Opisywana w książce Modlitwa Jezusowa to konkretne narzędzie trwania w Bożej obecności uświadamiające nam, że słowa: „W Nim żyjemy, poruszamy się i jesteśmy” nie są pobożną metaforą. To wzywanie „imienia ponad wszelkie imię” i jednocześnie małe wyznanie wiary. Samo zestawienie słów „Jezus” i „Chrystus” nie jest, jak przyjęło się nad Wisłą, imieniem i nazwiskiem, ale rodzajem Credo: Jezus jest Chrystusem, czyli Mesjaszem.

Katechizm podpowiada: „Wezwanie świętego imienia Jezus jest najprostszą drogą nieustannej modlitwy i jest możliwe w każdym czasie”. Zachwyca mnie stwierdzenie: „Tylko Jego imię zawiera Obecność, którą oznacza” (KKK 2666). Gdy wypowiadasz imię Jezusa, to znaczy, że „Słowo staje się ciałem”.

To lekcja szacunku dla pokolenia, które na jednym oddechu wykrzykuje bezmyślnie: „Jezusmaria!”, i telewizyjnych lektorów, którzy krzyk: „Jesus Christ!” tłumaczą jako formę wulgaryzmu (słyszałem na własne uszy!).

Genezy modlitwy szukać należy w desperackim krzyku ślepca Bartymeusza: „Jezusie, Synu Dawida, ulituj się nade mną!” (to greckie Kyrie eleyson i starorosyjskie Gospodi pomiłuj). „To wystawianie czegoś na słońce, ponieważ oznacza trwanie przed obliczem Pana, który jest słońcem świata duchowego” – nauczał mnich Teofan Pustelnik, a Jan Klimak, opat klasztoru na Synaju, nie miał wątpliwości, że powtarzanie tej dewizy w rytm oddechu otworzy w końcu nasze serce na obecność samego Boga. „Uderz twego przeciwnika imieniem Jezusa; na ziemi w niebie nie uświadczysz bowiem równie potężnej broni” – pisał. „W tej modlitwie zawiera się cała Biblia. Wspomnienia przepaści grzechu przyzywa nieskończone miłosierdzie Boże” – dopowiadał Paul Evdokimov.

Często przywołuję opowieść znajomego paulina, górala z krwi i kości spod samiutkiej Gubałówki. Jadąc samochodem przez długi czas, kilometr za kilometrem szeptał: „Panie Jezu Chryste, synu Boga żywego…”. Gdy podjeżdżał na stację benzynową, jakiś facet bezczelnie wepchnął się swym autem pod dystrybutor. Krewki paulin otworzył okno samochodu i chcąc dosadnie wyrazić swe najgłębsze oburzenie, ryknął na cały regulator: „Panie Jezu Chryste, Synu Boga żywego…”. – Zrobiło mi się głupio i szybko odjechałem – opowiadał. – Jak widać, ta modlitwa naprawdę wchodzi w krew.

Bezimienny

Gdy przed laty dominikanie z Wydawnictwa „W drodze” wydawali „Opowieści pielgrzyma”, ukazały się one jako dzieło anonimowe. Dlaczego? Słoweński artysta o. Marko Rupnik, zapytany o jedną z najważniejszych cech artysty, bez zmrużenia oka odpowiada: „Pokora. Od XV wieku artysta zaczynał podpisywać swe dzieła. Postępujemy tak samo, bo nasza mentalność choruje. Pragniemy zajmować pierwsze miejsce”. Na Wschodzie twórcy ikon czy autorzy duchowych poradników nie podpisywali swych dzieł. Do dziś znajdziemy na półkach księgarń (np. monasteru w Supraślu) „bezimienne” książki. Przez lata „Opowieści pielgrzyma” uważano za anonimowe. Przełom nastąpił dopiero przed dekadą, gdy w moskiewskiej Bibliotece Narodowej znaleziono złożony z 15 części manuskrypt. Nie można było zaprzeczyć, że jego autorem był o. Arsenij Trojepelski, autor wielu duchowych dzieł, mający głębokie doświadczenie wzywania imienia Jezusa. „Opowieści” stanowiły integralną część kolekcji.

Ojciec Arsenij napisał je w klasztorze w Borowsku nieopodal Moskwy – wyjaśnia ks. prof. Józef Naumowicz, kierownik Katedry Historii Starożytnej na UKSW. – Nie przygotował jej do wydania, nie podpisał swoim nazwiskiem. Krążyła początkowo w odpisach, szczególnie pierwsza część, czyli pierwsze cztery opowieści, napisane w 1859 roku. We wprowadzeniu do książki o. Trojepelski zapewniał, że opisany pielgrzym rzeczywiście istniał, przedstawił nawet jego opis fizyczny („średniego wzrostu, temperament sangwinika”).

Gdy w 1821 roku północna Grecja wyswobodziła się spod tureckiej okupacji, kopia rękopisu dotarła aż na górę Athos (w tamtejszym klasztorze modliło się kilkuset rosyjskich mnichów). Po raz pierwszy książka ukazała się drukiem w Kazaniu w 1881 roku. Komuniści uznali dzieło za zakazane, ale po 1917 roku propagowała je rosyjska emigracja. Książka została wydana w 1930 roku w Paryżu i doczekała się przekładów na niemiecki, angielski oraz francuski.

Po prostu

Pielgrzym niesie Biblię. Drugą jego lekturą była Filokalia, czyli wybór najważniejszych pism ascetycznych od IV do XV wieku stworzony na świętej górze Athos. Wędrowiec znał ją w tłumaczeniu słowiańskim.

„Teraz tak chodzę i nieustannie odmawiam Modlitwę Jezusową, która jest mi droższa i słodsza od wszystkich rzeczy na świecie – opowiadał. – Nie czuję, że idę; czuję tylko, że się modlę. Kiedy łapie mnie silny chłód, zaczynam z większym natężeniem odmawiać modlitwę i cały się szybko zagrzewam. Jeśli zaczyna mnie ogarniać głód, częściej przyzywam imienia Jezusa Chrystusa i zapominam, że chciało mi się jeść. Kiedy choruję, przychodzi łamanie w plecach i nogach, zaczynam wczuwać się w modlitwę i już nie czuję bólu. Gdy ktoś mnie obrazi, od razu przypominam sobie, jak słodka jest Modlitwa Jezusowa; a wówczas zniewaga i gniew przechodzą i o wszystkim zapominam. Niczym się już nie martwię”.

To właśnie dzięki prostocie i przystępności książka rychło zyskała ogromną popularność i została zacytowana przez Dostojewskiego w „Braciach Karamazow”.

„Rzeczy Boskie są bardzo proste i bardzo łatwe. Ale zarazem trudne. Ze względu na prostotę” – przypominał o. Joachim Badeni OP, który doskonale znał tę metodę modlitwy. „Jedno zdanie powtarza się tysiące razy, aż wreszcie znika strona werbalna, słowa topnieją, zostaje tylko imię Jezus – opowiadał. – Tylko ono pozostaje i jest tak pełne światła, że prawie nie widzi się słowa, a samo światło, którym jest Chrystus. Wschód bardzo jasno widział piękno Boga, o czym się na Zachodzie nie mówiło albo mówiło bardzo rzadko, zbyt rzadko…”.

Od rozumu do serca

Podobno najdłuższą drogą, jaką trzeba przebyć, jest ta od rozumu do serca. Ustnie powtarzane wezwanie „Panie Jezu Chryste…” stawało się w życiu pielgrzyma coraz bardziej wewnętrzne. W końcu nie wymawiał już słów, ale kontemplował je w sercu. „Odczuwałem wtedy taką miłość ku Jezusowi Chrystusowi, iż wydawało mi się, że gdybym Go zobaczył, rzuciłbym się Mu do nóg i nie wypuściłbym ich z rąk, słodko całując je do łez” – opowiadał.

Czytałem jego opowieść po raz kolejny, a wskazówkami, które dotknęły mnie najmocniej, były fragmenty o trudnościach i przeszkodach, jakie napotykamy w modlitwie.

„Lekkość, ciepło i słodycz pokazują, że Bóg nagradza i pociesza za ten wysiłek ascetyczny, a ciężkość, ciemność czy oschłość oznaczają, że oczyszcza i umacnia duszę, i przez to pożyteczne cierpienie ją zbawia, przygotowując z pokorą do kosztowania przyszłych i pełnych łask rozkoszy” – podpowiada wędrowiec. Jak bezcenną wskazówką jest lapidarny zapis: „Wszystko jest miłe Bogu i wszystko zbawienne, cokolwiek by się działo w czasie modlitwy”.•

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Marcin Jakimowicz

Dziennikarz działu „Kościół”

Absolwent wydziału prawa na Uniwersytecie Śląskim. Po studiach pracował jako korespondent Katolickiej Agencji Informacyjnej i redaktor Wydawnictwa Księgarnia św. Jacka. Od roku 2004 dziennikarz działu „Kościół” w tygodniku „Gość Niedzielny”. W 1998 roku opublikował książkę „Radykalni” – wywiady z Tomaszem Budzyńskim, Darkiem Malejonkiem, Piotrem Żyżelewiczem i Grzegorzem Wacławem. Wywiady z tymi znanymi muzykami rockowymi, którzy przeżyli nawrócenie i publicznie przyznają się do wiary katolickiej, stały się rychło bestsellerem. Wydał też m.in.: „Dziennik pisany mocą”, „Pełne zanurzenie”, „Antywirus”, „Wyjście awaryjne”, „Pan Bóg? Uwielbiam!”, „Jak poruszyć niebo? 44 konkretne wskazówki”. Jego obszar specjalizacji to religia oraz muzyka. Jest ekspertem w dziedzinie muzycznej sceny chrześcijan.

Czytaj artykuły Marcina Jakimowicza


Zobacz także

Komentowanie dostępne jest tylko dla .

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zamieszczone komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji