Nowy Numer 38/2020 Archiwum

Ślepy zaułek

W ciągu najbliższych tygodni Europa może stanąć przed takim kryzysem migracyjnym, przy którym ostatnia fala uchodźców wyda się niewinną próbą.

Angielskie „dead end” (dosłownie: martwy koniec), występujące na znakach drogowych oznaczających ślepą uliczkę, dużo lepiej niż polski odpowiednik oddaje sytuację, w której znaleźli się Syryjczycy. Przy granicy tureckiej na mrozie i bez dachu nad głową koczuje ponad 2,5 mln ludzi. Czy te liczby i obrazy robią jeszcze na nas wrażenie?

Nasza sprawa

Gdyby wiedzę na temat tego, co dzieje się w Syrii, opierać na newsach w największych światowych mediach, można by odnieść wrażenie, że kraj ten zmaga się ze skutkami wieloletnich działań wojennych, ale wojna już dawno się skończyła. „Przecież ISIS zostało pokonane” – wybrzmiewa w niektórych komentarzach, a przekaz ten wzmacniany jest przez triumfalne deklaracje prezydenta USA, który podkreśla, że amerykańska armia pogromiła Państwo Islamskie i świat jest przez to bezpieczniejszy. Zostawmy na boku wszystkie te obrazy i zobaczmy Syrię taką, jaką ciągle jest. Bo oprócz tego, że ok. 40 proc. budynków uległo całkowitemu zniszczeniu i nie nadaje się do zamieszkania, mamy 6 mln uchodźców wewnętrznych i kolejne 6 mln tych, którzy uciekli za granicę, a z dnia na dzień pogłębia się dramat ponad 2,5 mln (niektórzy mówią o 3 mln) osób, które utknęły na obszarze zbliżonym do powiatu kieleckiego w Polsce, zakleszczone między linią frontu a murem na granicy tureckiej.

Organizacje humanitarne próbują zebrać środki na budowę obozów i zapewnienie przynajmniej skromnego dachu nad głową uciekinierom. Decydenci w Europie, w tym w Polsce, nie sprawiają jednak wrażenia, by zaangażowanie w taką pomoc znajdowało się na liście spraw ważnych choćby na odległych miejscach. To o tyle zdumiewające, że kryzys migracyjny, jaki rozpoczął się w 2015 r., może okazać się niedługo tylko „skromnym” wstępem do tego, czego świadkami możemy być za parę tygodni. – Jest duże prawdopodobieństwo, że ci ludzie, przyparci, dosłownie, do muru, zaczną w końcu szturmować granicę turecką i będzie to powtórka z 2015 r., tyle że na dużo większą skalę, i będzie to miało bezpośredni wpływ na nasze życie – mówi dr Wojciech Wilk, szef Polskiego Centrum Pomocy Międzynarodowej, który parę dni temu wrócił z pogranicza syryjsko-tureckiego i w minionym tygodniu starał się w Sejmie przedstawić problem polskim posłom. – Wśród tych 2,5 mln ludzi w prowincji Idlib, w większości cywilów, którzy zwyczajnie szukają schronienia przed wojną, znajduje się również kilkadziesiąt tysięcy bojowników radykalnych organizacji.

Mapa beznadziei

Wojna w Syrii trwa już blisko 9 lat. O ile jeszcze 4–5 lat temu ktoś, kto śledził na bieżąco jej losy, był w stanie określić, kto z kim i przeciwko komu walczy, o tyle dzisiaj sytuacja wydaje się bardziej złożona, i to pomimo tego, że większość terytorium została odbita przez siły rządu syryjskiego (głównie przy pomocy Iranu i Rosji). Dla orientacji warto śledzić aktualizowaną ciągle mapę (np. syria.liveuamap.com). Z grubsza można powiedzieć, że na większości terytorium nie toczą się już działania wojenne (dla przeglądających mapę: na czerwono zaznaczono obszary kontrolowane przez siły prezydenta Asada). Natomiast w północno-zachodniej Syrii, w prowincji Idlib, trwa regularna wojna – siły rządowe chcą odbić również ten teren z rąk głównej siły militarnej w tym regionie, salafickiej, radykalnej organizacji terrorystycznej HTS (Hayat Tahrir al-Sham – Organizacja Wyzwolenia Lewantu), która wcześniej była oficjalnie powiązana z Al-Kaidą i stosuje te same metody. Problem polega na tym, że siły rządowe (przy wsparciu lotnictwa rosyjskiego) nie atakują tylko bazy terrorystów, ale, mówiąc kolokwialnie, walą na oślep, bombardując wszystkie możliwe obiekty, w tym szpitale i szkoły. Od 1 grudnia w prowincji Idlib w stronę granicy z Turcją uciekło ok. 680 tys. ludzi. To nie są tylko terroryści (których jest kilkadziesiąt tysięcy), ale zwyczajne rodziny, które stały się de facto zakładnikami i jednej, i drugiej strony konfliktu.

Opcja zerowa

W sumie można już mówić o przynajmniej 2,5 mln osób dosłownie ściśniętych przy tureckiej granicy, bo choć początkowo ludność prowincji Idlib wynosiła 1,5 mln, to w czasie wojny napłynęło do niej kolejnych 1,5 mln ludzi, który byli albo uciekinierami z innych terytoriów odbitych przez rząd, albo przesiedlonymi bojownikami. Czasem po upadku bastionów tzw. opozycji bojówki zawierały umowy z rządem, który przewoził bojowników i ich rodziny właśnie do Idlibu. W ten sposób prowincja zmieniła się w potencjalną beczkę prochu, a jej mieszkańcy stali się de facto zakładnikami swoich nowych sąsiadów, którzy teraz są celem ofensywy rządowej i z którymi de facto musi uciekać cała ludność cywilna. Ci ludzie wiedzą, co stało się z innymi miastami, które zdobyły wojska rządowe. – Miejscowości, w których toczą się walki lub które już zostały zdobyte przez wojska rządowe, są całkowicie zniszczone atakiem artyleryjskim i bombardowaniem lotniczym – mówi Wojciech Wilk. – Jeśli więc widzisz siły rządowe, które podchodzą pod twoją miejscowość, bombardują ją, jest ostrzał artyleryjski, to naturalne, że uciekasz. Poza tym mężczyźni wiedzą, że nawet ci, którzy nie uczestniczyli w walkach przeciwko rządowi, mogą być posądzeni o zdradę tylko dlatego, że mieszkali w miejscowości kontrolowanej przez opozycyjnych bojowników, i czeka ich w najlepszym wypadku śledztwo, jeśli nie więzienie czy śmierć, dlatego oni też uciekają, zabierając ze sobą rodziny – dodaje szef PCPM.

Wojna światowa

Oprócz HTS w Idlibie działają mniejsze grupy, które są bardziej radykalne niż główna siła antyrządowa. Składają się w dużym stopniu z bojowników z innych krajów. Jedna jest złożona z Czeczenów, a druga z Ujgurów, czyli muzułmanów z zachodnich Chin. Drugą główną siłą opozycyjną w Syrii jest obecnie tzw. Syryjska Armia Narodowa (nie mylić z rządową) – zajmuje terytorium na północ od Idlibu w rejonie kontrolowanym przez siły tureckie. Protureckie bojówki zasadniczo nie walczą bezpośrednio z siłami rządowymi, więc dopóki rząd nie atakuje tej enklawy, większych walk tam nie ma. Strona rządowa też nie jest jednolitą siłą. Regularna armia syryjska walczy non stop od 2011 r. i jest bardzo wykrwawiona, dlatego rząd stworzył prorządowe bojówki, po stronie rządowej walczy też wielu ochotników z Afganistanu, Iraku, Jemenu. Są również jednostki irańskie, bojówki rosyjskie, rosyjskie siły powietrzne i Kurdowie, którzy zmuszeni są uciekać się do coraz to nowych sojuszy. Choć to oni przyczynili się w dużej mierze do pokonania Państwa Islamskiego i stali u boku Amerykanów, po wycofaniu się tych ostatnich zawarli układ z siłami rządowymi. Ale i ten taktyczny sojusz się sypie, bo Asad dał do zrozumienia, że Kurdowie raczej nie mogą liczyć na dalszą autonomię w ramach państwa. Jednocześnie nadal współpracują z siłami rządowymi, które osłaniają ich przed Turkami…

Pod ścianą

To tylko pobieżnie zarysowana mapa układu sił w Syrii. Dla zdecydowanej większości uciekinierów nie ma już większego znaczenia, kto i przeciwko komu walczy – szukają schronienia, a tego nie jest w stanie zapewnić im nikt ani w Syrii, ani w sąsiednich krajach. – Na obszarze przy granicy tureckiej dla ok. 2,5 mln ludzi nie ma miejsca ani w obozach, ani we wsiach, w jakichkolwiek budynkach, a właśnie spadł tam śnieg i temperatura sięga 10 stopni poniżej zera. Nie dość, że stracili swoich bliskich w bombardowaniach, to jeszcze są skazani na śmierć z wyziębienia. Dla tych ludzi fizycznie nie ma miejsca. Dlatego w ramach PCPM próbujemy zbierać fundusze, żeby chociaż postawić tam kilka dodatkowych obozów dla uchodźców – wylicza Wojciech Wilk. – Uciekinierzy przed wojną nie są już w stanie przedostać się do Libanu (gdzie przebywa ciągle około miliona Syryjczyków), bo musieliby przejść najpierw przez bardzo duży obszar kontrolowany przez rząd i linię frontu. Dlatego dziś jest już niewielki napływ uchodźców do Libanu, ale jest też niewielki odpływ uchodźców z Libanu do Syrii. Wracają, bo w Libanie nie mają już za co żyć, ale w Syrii… jest jeszcze gorzej. Część powracających do ojczyzny mówi z rezygnacją, że jak już mają umrzeć, to wolą umrzeć u siebie – ciągnie opowieść dr Wilk, który Liban zna doskonale, gdyż PCPM pomaga tam uchodźcom z Syrii od 2012 roku.

Dramat kolejnych milionów uchodźców, ściśniętych pod turecką granicą, nie może nie być naszym problemem. A stanie się nim z pewnością wtedy, gdy wykończeni bezsensowną wojną ludzie kolejny raz, tym razem jeszcze głośniej, zapukają do drzwi Europy. Kolejny kryzys migracyjny z pewnością będzie miał wpływ na funkcjonowanie strefy Schengen, możliwość swobodnego poruszania się po Europie, na życie obywateli Unii, a w konsekwencji również na samo jej istnienie lub dalszy – po brexicie – rozpad.•

Można wesprzeć budowę obozów dla uchodźców w północnej Syrii – szczegóły na www.pcpm.org.pl/pomoc

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Jacek Dziedzina

Dziennikarz działu „Świat”

W „Gościu" od 2006 r. Studia z socjologii ukończył w Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. Pracował m.in. w Instytucie Kultury Polskiej przy Ambasadzie RP w Londynie. Laureat nagrody Grand Press 2011 w kategorii Publicystyka. Autor reportaży zagranicznych, m.in. z Wietnamu, Libanu, Syrii, Izraela, Kosowa, USA, Cypru, Turcji, Irlandii, Mołdawii, Białorusi i innych. Publikował w „Do Rzeczy", „Rzeczpospolitej" („Plus Minus") i portalu Onet.pl. Autor książek, m.in. „Mocowałem się z Bogiem” (wywiad rzeka z ks. Henrykiem Bolczykiem) i „Psycholog w konfesjonale” (wywiad rzeka z ks. Markiem Dziewieckim). Prowadzi również własną działalność wydawniczą. Interesuje się historią najnowszą, stosunkami międzynarodowymi, teologią, literaturą faktu, filmem i muzyką liturgiczną. Obszary specjalizacji: analizy dotyczące Bliskiego Wschodu, Bałkanów, Unii Europejskiej i Stanów Zjednoczonych, a także wywiady i publicystyka poświęcone życiu Kościoła na świecie i nowej ewangelizacji.

Kontakt:
jacek.dziedzina@gosc.pl
Więcej artykułów Jacka Dziedziny

 

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zobacz także