Nowy numer 47/2020 Archiwum

We własnym tempie

„Mój nowojorski maraton” to niby lekki komiks, ale w istocie – uniwersalna opowieść o nas, którym siedzenie za biurkiem przesłania urodę życia i niesłabnącą miłość.

Podczas kolacji z przyjaciółmi Sebastien wypija o kieliszek wina za dużo i zakłada się, że pobiegnie w przyszłorocznym nowojorskim maratonie. Punkt startu nie wygląda obiecująco: bohater ma nadwagę, nie prowadzi aktywnego trybu życia, a ostatni raz biegał bodaj na studiach, czyli jakieś 20 lat temu. Przez ten czas zdążył się ożenić, pojawiły się dzieci, rzucił się w kierat utrzymania rodziny, słowem: zasiedział się. O dziwo, jego żona pozostała aktywna, biega w maratonach. Zatem „kierat codziennych obowiązków” był dla niego wymówką, aby odsuwać od siebie walkę z największym przeciwnikiem – samym sobą. Gdy wszyscy przyjaciele Sebastiena traktują jego zapowiedź wzięcia udziału w nowojorskim maratonie jako żart, on sam zaczyna powoli przygotowywać się do startu. Zrazu niepewnie, w samotności, z dala od wścibskich oczu. Nie za wiele sobie robi z planów treningowych, nie biega interwałami, nie przestrzega diety. Poddaje się i wstaje dalej. I w tych zmaganiach jest niezwykle autentyczny.

Napisana i narysowana historia skrzy się od ciepłego humoru i autoironii. Sebastien jest jednym z nas, czyli tych, którzy wyjdą z domu „trochę pobiegać”, gdy ich najdzie ochota. Wraz z poddaniem treningowi ciała zmienia się psychika bohatera. Sebastien staje się nie tylko bardziej pokorny, ale również krytyczny wobec siebie i własnego stylu życia. „Biegam, żeby zrzucić z siebie ucywilizowanie” – powie, ściągając z siebie parujący podkoszulek. „Nie ścigam już gazeli – dodaje, wyżymając spodenki – tylko nadmiar. Siedzącego trybu życia, tłuszczu, próżności… Robię wyraźne miejsce dla spraw pierwotnych”. Wspaniałe są te zdania, a towarzyszący im lekki uśmiech bohatera udziela się również czytelnikowi.

Autobiograficzny komiks jest także wyrazem fascynacji Nowym Jorkiem, jego architekturą, a przede wszystkim sztuką. Choć tytuł wskazuje na miasto, to równie uprawomocnione jest odczytanie dzieła Samsona jako wyrazu miłości do żony, która była jego cichym trenerem nawet wtedy, gdy bohater dumnie odtrącał wyciągniętą do niego rękę.

Marcin Cielecki

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama