Nowy numer 27/2020 Archiwum

Rekordowe pożary

W całej Australii szaleje kilkaset pożarów. Nie da się ich gasić z powodu silnego wiatru i wysokich, dochodzących do 50 st. C temperatur. W niektórych stanach ogłoszono stan wyjątkowy.

Tragiczna sytuacja trwa od kilkunastu dni i z każdym dniem się pogarsza. Tradycyjne o tej porze roku (latem) pożary rozwinęły się do niespotykanej wcześniej skali. Ogień objął dotychczas obszar 6 mln hektarów. To jak 20 proc. Polski.

Ryk ognia

Z miejscowości turystycznych musiały uciekać dziesiątki tysięcy turystów. Ogień i dym zagrażają mieszkańcom, którzy w popłochu opuszczają domy nawet w regionach, w których nigdy nie dochodziło do pożarów. Zdarza się, że uciekinierzy i ewakuowani czekają na ratunek na plażach, bo to jedyne miejsce, do którego nie docierają płomienie. Wśród czekających są osoby poparzone i ranne. Dodatkowo z powodu pożarów do wielu osad i miasteczek nie dociera ani woda pitna, ani energia elektryczna. Na razie trudno mówić o ofiarach śmiertelnych, bo wielu ludzi jest zaginionych. Trzeba się jednak liczyć z tym, że w wyniku pożaru życie straciło kilkadziesiąt osób. Nie sposób też policzyć, ile domostw strawił ogień. Świadkowie mówią o przerażających doświadczeniach. O ryku ognia, o spadającym jak w czasie śnieżycy popiele, o czerwony niebie i czarnych chmurach duszącego dymu. I o tym, że czasami zmiana kierunku wiatru z minuty na minutę diametralnie zmienia sytuację. Zmiana kierunku wiatru w ostatniej chwili uratowała miasteczko Mallacooty, którego kilka tysięcy mieszkańców czekało na plaży na przypłynięcie okrętów marynarki wojennej.

Naukowcy z Uniwersytetu w Sydney oszacowali, że w pożarach zginęło około pół miliarda dzikich zwierząt. Z tych szacunków wynika, że populacja koali w regionie ich największego zagęszczenia (Mid North Coast) spadła o 30 proc., a ich naturalne siedliska zostały zniszczone. Nieodwracalne straty zanotowano także w rezerwatach Wielkich Gór Błękitnych oraz części Lasów Deszczowych Gondwany. Obydwa były wpisane na listę światowego dziedzictwa przyrody.

Skąd te pożary?

Dość naturalne wydaje się pytanie, co spowodowało tę tragiczną w skutkach katastrofę. Pożary buszu w okresach suszy są na stałe wpisane w krajobraz Australii, ale ich tegoroczna intensywność jest niespodziewana. Meteorolodzy mówią o dwóch czynnikach, które mają wpływ na to, co dzieje się na antypodach. Pierwszy to tak zwany dipol Oceanu Indyjskiego (DOI), czyli zjawisko, którego „silnikiem” jest różnica temperatur atmosfery i wód oceanicznych pomiędzy wschodnią i zachodnią częścią Oceanu Indyjskiego. Meteorolodzy są zdania, że wpływ DOI na pogodę w Australii jest ogromny. I nie chodzi tylko o temperatury, ale także o wiatry, opady i ciśnienie. Faza, w jakiej dipol jest teraz, wzmacnia okresy suszy i wysokich temperatur. Wiążą się one także z silnymi wiatrami. Te roznoszą nie tylko iskry i płomienie, ale także dym. Jego chmura jest wyraźnie widoczna z orbity i zajmuje powierzchnię porównywalną z obszarem całej Europy.

Obserwując długoletni trend, można zauważyć, że zasięgi pożarów oraz średnia temperatura rosną. Zdaniem meteo- rologów i fizyków atmosfery to wynik zmian klimatycznych. Na różnych obszarach globu rośnie zasięg i częstotliwość ekstremalnych zjawisk pogodowych. W tym samym czasie, kiedy Australię trawią ogromne pożary, dwa tysiące kilometrów na północ, w Indonezji, występują ogromne powodzie. Ze stolicy kraju Dżakarty z najniżej położonych dzielnic ewakuowano kilkadziesiąt tysięcy osób, a poziom wody sięga 2,5 m ponad place i ulice. W całym mieście mieszka 10 mln osób, a do niektórych jego części również nie dociera ani czysta woda, ani energia elektryczna.

Naczynia połączone

Z kolei kilka tysięcy kilometrów na południe od Australii, w Nowej Zelandii, pokrywa lodu i śniegu na Południowej Wyspie zmieniła kolor z białego na pomarańczowy, a miejscami karmelowy. Wiatry nawiewają nad Nową Zelandię duże ilości dymu z palących się australijskich lasów, a to powoduje całkowity niemal spadek widoczności. Nad ogromnymi obszarami pojawiła się gęsta pomarańczowa mgła, a mieszkańcy Nowej Zelandii mówią, że w powietrzu czuć woń spalenizny. Osadzający się na lodowcach (szczególnie w Alpach Nowozelandzkich) pył powoduje, że ich powierzchnia staje się ciemniejsza i absorbuje więcej energii słonecznej. To z pewnością sprawi, że będą one topiły się szybciej. Jeden z glacjologów z Uniwersytetu Monash w Melbourne oszacował, że tempo topnienia lodowców może być w tym roku od 20 do 30 proc. szybsze niż w latach poprzednich. Na tym przykładzie doskonale widać, że pogoda i klimat to system naczyń połączonych. Pożary w Australii mogą powodować szybsze topnienie lodowców w Nowej Zelandii.•

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Zobacz także

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się