Nowy numer 44/2020 Archiwum

Nieuczczone zwycięstwo

Nasi pradziadkowie i dziadkowie ocalili świat.

Premier, niemal w przededniu 100. rocznicy Bitwy Warszawskiej, zapowiedział budowę łuku triumfalnego w Warszawie. Trudno o bardziej oczywistą ideę, zasługującą na powszechny aplauz. Nasi dziadkowie sto lat temu ocalili świat. Polska była etapem na drodze rewolucji światowej, do której dążył bolszewizm, a która już ogarniała Niemcy, Węgry, Włochy i tyle innych państw. Gdy po upadku rosyjskiej monarchii Ukraińcy, Litwini, Gruzini podnieśli aspiracje państwowe – właśnie uczucia narodowe okazały się najmocniejszą zaporą przed bolszewizmem. Ale wiele spośród tych narodów nie zdołało obronić swoich rodzących się państw. Polska nie tylko osłoniła na 20 lat wolność narodów bałtyckich, choć Litwinom trudno to było przyjąć do wiadomości, ale zapobiegła rozlaniu rewolucji na całą Europę. Lord D’Abernon uznał Bitwę Warszawską za osiemnastą, która rozstrzygnęła o losach świata. Jej znaczenie było jednak większe, bo tylko niektóre spośród tych bitew ocaliły świat. Cud nad Wisłą plasuje się wśród tych kilku – Maratonu, Poitiers, Pól Katalaunijskich, Lepanto, Wiednia.

Łuki triumfalne stoją w wielu stolicach europejskich. W Paryżu, Moskwie, Londynie są pamiątkami wojen napoleońskich. Tamte wojny były w pewnym sensie jedną wojną domową oświeceniowej Europy. Jak wojna trzydziestoletnia była pokłosiem rewolucji reformacyjnej, tak te – rewolucji francuskiej. Ale stronami w nich były narody Europy. Wojna z bolszewizmem ocaliła świat przed plagą, która była czystym zniszczeniem: życia, kultury, ducha ludzkiego. Jeśli Trafalgar, Borodino czy niepodległość Belgii zasłużyły na łuki triumfalne – Bitwa Warszawska zasługuje nań wielokroć bardziej. A jej 100. rocznica to – w planie żywej pamięci – ostatni moment. Powinno to zrobić nasze pokolenie, które znało z domów żołnierzy tamtego zwycięstwa.

Szkoda tylko, że zabieramy się do tego tak późno. Nie mam na myśli czasu historycznego, choć on wiele tłumaczy. Przez półwiecze 1939–1989 Polska nie miała niepodległości, potem przyszedł czas jej trudnej organizacji. To wyjaśnia, dlaczego idea ta musiała długo czekać. Nie chodzi mi więc o czas dawno miniony, ale o ostatnie ćwierćwiecze. Łuk paryski, najsłynniejszy, budowano 30 lat (w tym czasie była Restauracja, nieszczególnie sympatyzująca z ideą), moskiewski Łuk Kutuzowa – 13, londyński Łuk Wellingtona – 4. Tego nie robi się w parę miesięcy. Lepiej więc, żebyśmy teraz tylko zaczęli, niż zrobili to byle jak. Założyć przecież można, że budowa rozpoczęta w tym roku zostanie zakończona na przykład na 110. rocznicę odzyskania niepodległości, w ciągu 8 lat. Chodzi bowiem o to, by Łuk miał formę jak najbardziej klasyczną, jak w Paryżu. Na reliefach powinien przypominać główne wydarzenia całej wojny z Rosją Sowiecką. Na tablicach powinny widnieć nazwy bitew i nazwiska wodzów. To nie może być jakaś nieokreślona abstrakcja, jakiś „styropian z kamienia”. To musi być pomnik całego narodu i tych, którym Bóg dał łaskę złożenia ofiary największej albo którzy unieśli brzemię decydowania o wysiłku wszystkich.

Niestety, idea ta nie dla wszystkich jest oczywista. W zasadzie to nic dziwnego, skoro oczyszczanie przestrzeni publicznej ze śladów komunistycznej kolaboracji też ma przeciwników. Łatwiej jednak zrozumieć pogardę dla historii w ogóle niż twierdzenie, że upamiętnienie Bitwy Warszawskiej w sposób, w jaki inne narody upamiętniły swoje zwycięstwa, to przejaw „megalomanii”. Jak wielkiej pogardy (oczywiście wspartej jeszcze większą ignorancją) trzeba, by stawiać tak absurdalne twierdzenia? Ojkofobia nie jest zjawiskiem anegdotycznym, ale bardzo realnym problemem, deficytem tego, co socjolodzy nazywają kapitałem społecznym, lekceważeniem kultury i społeczeństwa, w którym się żyje, zaniżeniem zbiorowych aspiracji. To bardzo poważny problem i nie wystarczy go wytykać albo nań pomstować, potrzebne jest realne i planowe przeciwdziałanie.

Czy jesteśmy jednak przygotowani do takiego metodycznego przeciwstawienia się fali ojkofobii, do wzmocnienia naszej świadomości narodowej i poprawy debaty publicznej? Reakcje na inicjatywę premiera po raz kolejny pokazują, że istnieje duża część społeczeństwa, która z zasady będzie przeciwna nie tylko wszystkiemu, z czym wychodzi władza, ale w ogóle wszystkiemu, co się z nią kojarzy. W coraz większym stopniu zaczyna to uderzać w samą pamięć narodową. Wahadło naciągnięto do granic wytrzymałości. A przecież 15 lat temu wokół budowy Muzeum Powstania Warszawskiego mieliśmy narodowy konsensus. Czas się zastanowić nad ceną rozniecania partyjnych emocji, nawet jeśli po stronie aktywów wpisuje się chwilowe (jak wszystko w demokracji) triumfy wyborcze.•

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama