Nowy numer 43/2020 Archiwum

Oczekują od nas więcej

Profesor Andrzej Nowak opowiada o wnioskach płynących z historii oraz wyzwaniach, przed którymi stoimy.

Andrzej Grajewski: Zacznę od gratulacji w związku z odznaczeniem Orderem Orła Białego. Co Pan czuł, kiedy dowiedział się o decyzji Prezydenta RP?

Andrzej Nowak: Chyba pierwszym odczuciem było zażenowanie. Jako historyk i osoba interesująca się sferą życia publicznego wiem, kto przede mną był kawalerem tego orderu. Są w tym gronie najważniejsze postacie naszego życia politycznego, kulturalnego, duchowego. Mogę się tylko pocieszać, że w dawniejszej historii wśród odznaczonych było jednak wiele postaci różnego kalibru, ale także różnego autoramentu politycznego. Być może lokuję się gdzieś w średniej wyróżnionych. Oczywiście towarzyszyły mi także radość i duma. To przecież najwyższe odznaczenie, jakie Rzeczpospolita może przyznać swojemu obywatelowi. Traktuję to również jako zobowiązanie do dalszej pracy. Przy tej okazji chciałbym powiedzieć, jak wielkim dla mnie zaszczytem jest możliwość współpracy z „Gościem Niedzielnym”. Bardzo sobie cenię ten regularny kontakt z tysiącami Czytelników jednego z najstarszych i najlepszych polskich tygodników, dającego m.in. możliwość upowszechniania opowieści o polskiej historii.

Ukazał się IV tom Pana „Dziejów Polski”, będący kontynuacją wielkiego zamierzenia, jakim jest próba opisania całej naszej historii. Jest Pan przekonany, że współcześni Polacy potrzebują takiej wielkiej narracji?

Każdy czas powinien mieć swoją wizję historii, i to niejedną. W każdym pokoleniu pojawiają się liczne prace, które starają się przedstawić spojrzenie na polskie dzieje z perspektywy współczesnej wyobraźni, stanu badań, pytań, jakie nam przychodzą do głowy, które były nieobecne w okresie wcześniejszym. Nie ma bowiem jednego, usankcjonowanego wyrokiem jakiegoś wysokiego trybunału historycznego spojrzenia na dzieje. Zawsze będziemy się różnić, spierać, akcentować odmienne kwestie. Takie zapotrzebowanie nie jest czymś niezwykłym. Jeśli pójdziemy do księgarni w Berlinie, Paryżu czy Londynie, zobaczymy tam pełno dzieł opisujących historię Niemiec, Francji czy Anglii od nowa przez wciąż nowych twórców syntez dziejowych. Miliony ludzi żyją nadal w tych wspólnotach historycznych i chcą przeżywać tę opowieść ciągle na nowo, aby się w niej odnaleźć. Z perspektywy swego życia i własnych doświadczeń.

IV tom dotyczy lat 1468–1572 i nosi tytuł „Trudny złoty wiek”. Kończy go Pan rozważaniami o potrzebie kompromisu w życiu politycznym jako czynniku decydującym o powstaniu Rzeczypospolitej Obojga Narodów. Jak z tym kompromisem jest w naszym życiu politycznym?

Rzeczywiście, jeśli jakieś nauki można wyciągać z tych odległych czasów, ta kwestia byłaby najważniejsza. Jak, różniąc się między sobą, i to różniąc się w sprawach najważniejszych, dotyczących zbawienia, a nie ma spraw od tego ważniejszych, umieć się porozumieć. Okres, który opisuję w IV tomie, to czas reformacji i kontrreformacji. Wtedy obywatele Rzeczypospolitej, poza podziałami narodowościowymi i kulturalnymi, podzielili się także pod względem wyznaniowym (byli do tego w pewnym stopniu przygotowani przez fakt, że od dawna już współżyli w tej politycznej wspólnocie prawosławni i katolicy). Moment, w którym kończy się narracja tego tomu, to czas, gdy większość senatu stanowili protestanci. Katolicy stali się na chwilę mniejszością. Opisuję, jak w takich warunkach ci ludzie potrafili ze sobą rozmawiać. Protestancka szlachta chciała kontynuować swe reformy, wydzierając Kościołowi katolickiemu kolejne pozycje w życiu społecznym, gospodarczym i duchowym. Napotykała w tym opór niektórych biskupów katolickich, część ortodoksji katolickiej wcale nie broniła (co też, jak widać, nie jest niczym nowym). Jak złośliwie napisał pewien historyk reformacji, było 15 biskupów w senacie, ale nie wszyscy byli katolikami. I to wszystko kończyło się jak w „Panu Tadeuszu” – wielką ucztą u hetmana Tarnowskiego, w której uczestniczyli wspólnie katolicy z protestantami. Była ostra wymiana zdań, argumentów, ale nie fizycznych razów. Był spór, nie było wojny domowej, inaczej niż w całej niemal ówczesnej Europie.

Dzisiaj problemem okazuje się pójście na wspólny opłatek, jak świadczą niedawne protesty niektórych radnych warszawskich.

Myślę, że jest to przejaw zupełnego oderwania od tradycji Rzeczypospolitej, od istoty kultury polskiej. Takie osoby ją zdradzają, być może nieświadomie, gdyż w istocie nic o niej nie wiedzą.

Może chcą się od niej uwolnić?

Wtedy nazwałbym ich fanatykami swoistej religii walki z katolicyzmem czy wojny z chrześcijaństwem. Fanatycy zaś zawsze są niebezpieczni. To zresztą także było doświadczeniem naszej historii w XVI wieku. Rzeczpospolita XVI wieku jest państwem, w którym fanatycy nie wygrali. Stąd obawy i dystans w stosunku do najbardziej radykalnej grupy – Braci Polskich. Skądinąd głosili oni wiele pięknych, choć utopijnych ideałów. Sami protestanci ich nie chcieli, gdyż czuli, że pojawia się siła, która może zagrozić Rzeczypospolitej. Jeśli wszyscy przypaszemy sobie drewniane miecze, to co zrobimy z Moskwą, która zabiera w tym momencie Wielkie Księstwo Litewskie, czy Tatarami pustoszącymi jedną czwartą terytorium ówczesnej Rzeczypospolitej? Możemy przyjąć piękną, szlachetną utopię, ale to zniszczy Rzeczpospolitą. Fanatyzm nigdy nie może być fundamentem współżycia większej wspólnoty politycznej. Rozumiano to w XVI wieku.

A my dzisiaj to rozumiemy?

Mamy fanatyzm ideologiczny – na lewicy, ale mimo wszystko jest to nadal zjawisko marginalne. Większym niebezpieczeństwem jest zacietrzewienie partyjne, które obserwuję po wszystkich stronach sporu politycznego. W następnych tomach „Dziejów Polski” będę opisywał fascynującą historię polskiego partyjniactwa, którego motywem głównym było, aby nasze zawsze było na wierzchu i żeby pognębić innych. Twórcą tego stylu uprawiania polityki był wybitny mąż stanu hetman Jan Zamojski.

Dla współczesnej klasy politycznej pojęcie dobra wspólnego jest aktualne?

U części przedstawicieli różnych partii to pojęcie nie jest całkowicie puste. Pewnie potrzeba większej mobilizacji, nawet nie polityków, ale ludzi mediów, aby wartość tego pojęcia ustawić w centrum debaty publicznej. Wydaje mi się, że właśnie medialna strona debaty publicznej odgrywa najgorszą rolę. Nie politycy, ale media szczują jednych na drugich i żyją z pokazywania ostrości konfliktu i zachęcania do tego, aby przeciwnicy „dali sobie po pysku”. To dotyczy wszystkich mediów, zarówno publicznych, jak i prywatnych. Brakuje mi bardzo tego, co kiedyś wyrażało słowo „agora” – czyli przestrzeni wspólnej debaty publicznej. Tam ostro nieraz dyskutowano, ale wymieniając argumenty, a nie tylko epitety. Dzisiaj nie ma miejsca na wymianę argumentów. Zamykamy się w swoich kokonach medialnych i tam mówimy o tych drugich, z reguły jak najgorzej, nie wsłuchując się w ich argumenty. Niestety, nie ma dzisiaj medium, w którym przedstawiciele różnych obozów politycznych mogliby się spotykać w przekonaniu, że są na życzliwym dla nich wszystkich gruncie. Dlatego trzeba cenić każdą próbę stworzenia takiej przestrzeni. W tym kontekście wymieniłbym inicjatywę dr. Jana Szomburga z Pomorza, związanego niegdyś z PO, który w ramach Kongresu Obywatelskiego proponuje uczestnikom z różnych obozów taką życzliwą platformę rozmowy. Celowo wskazuję na kogoś z odmiennego aniżeli mój obozu politycznego, aby pokazać, że nikt nie ma monopolu na takie inicjatywy.

Jesteśmy w dramatycznej sytuacji demograficznej, która powoduje, że musimy się otworzyć na migrację. Przestaniemy wówczas być krajem jednorodnym etnicznie. Nie obawia się Pan konsekwencji tego?

Sytuacja, w której prawie 98 proc. obywateli państwa polskiego jest pochodzenia polskiego, jest dość wyjątkowa we współczesnym świecie. Podobnie homogeniczna jest chyba tylko Japonia. Jest to sytuacja nietypowa także w naszej historii. To, że będzie rósł procent ludzi, którzy etnicznie nie są Polakami, jest zjawiskiem naturalnym. Ważne wydaje mi się coś innego – aby żywy i atrakcyjny nadal pozostawał przekaz polskości jako pewnej wartości duchowej, kulturalnej. Jeśli uznamy, że istnieje alternatywa: polskość etniczna kontra pluralizm, a polskość skojarzona z etnicznością będzie przedstawiana jako coś, co budzi niechęć, zagrożenie, co nas zamyka, to – moim zdaniem – doprowadzimy do niedobrej i niemądrej sytuacji. Polskość nie oznacza zamknięcia, wąskiej etniczności i wrogości wobec całego świata. Polskość to niesłychane, stworzone przez wieki, przez dziesiątki pokoleń bogactwo kulturowe. Naszym zadaniem jest utrzymać tę atrakcyjność polskości, która będzie oddziaływała także na przybyszy z zewnątrz. Trzeba pokazywać, jak Lesman stał się Leśmianem, jak Pohl stał się Wincentym Polem, jak Mikołaj Radziwiłł „Rudy”, niesłychanie krytycznie nastawiony do unii z Polską, zdecydował się pisać przepiękną polszczyzną. Tacy jak „Rudy” bronili tożsamości swojego państwa – Wielkiego Księstwa Litewskiego, ale jednocześnie doceniali siłę procesów integracyjnych. Siła polskiego wzoru kulturowego uczyniła polską kulturę prawdziwie imperialną. Umożliwiała odnajdowanie się w niej różnych narodów Rzeczypospolitej Obojga Narodów. Powinniśmy odkryć na nowo siłę polskiej kultury. W XVI wieku, który opisuję w IV tomie „Dziejów Polski”, nie sprawność militarna budowała wielkość Rzeczypospolitej, ale bogactwo polskiej kultury. Potrafiła wówczas inspirować się tym wszystkim, co było najlepsze w Europie, i przetwarzać to w niepowtarzalny sposób. To przyciągało do polskości innych. Wiedzieli, że tu jest dobrze, bezpiecznie, zasobnie, że zostać obywatelem Rzeczypospolitej to uzyskać największą, dostępną na tym świecie wolność. Stopniowo przekonywali się także, że w tym języku – polskim – można wypowiedzieć wszystko, bez żadnych ograniczeń. To stanowiło i stanowić powinno o atrakcyjności polskości.

Jakie szanse, a jakie zagrożenia stają przed nami?

Wszystko będzie inaczej, niż sobie wyobrażamy. To powiedziawszy, mogę ryzykować nie proroctwa, ale oceny. Dzielimy wspólne zagrożenie cywilizacyjne, niebezpieczne nie tylko dla Polski, ale całej cywilizacji łacińskiej opartej na chrześcijaństwie. Widzę, jak w naukach humanistycznych kurczy się przestrzeń wolności. Jak zwyciężają fanatyzm i bełkot chroniony przez ideologię politycznej poprawności. I to idzie od uniwersytetów najwyżej cenionych w rankingach światowych i zostało u nas wskazane jako miernik doskonałości wraz z reformą premiera Gowina. Aby awansować w punktacjach, najłatwiej przerzucić się na bełkot genderowy, gdyż promujące go pisma zachodnie są najwyżej punktowane. Fanatyczne ideologie, podważające nawet nie chrześcijaństwo, ale zasady zdrowego rozsądku, wypierają z przestrzeni uniwersyteckiej wolną myśl. Wprawdzie proletariackiej bądź genderowej matematyki jeszcze nie wymyślono, ale niech koledzy z nauk ścisłych nie czują się spokojni. Pozbawieni wolnej humanistyki też staną się w końcu ubożsi. To zjawisko dotyczy nie tylko środowisk akademickich, ale całej debaty publicznej, gdzie kurczy się przestrzeń wolności pod hasłem walki z językiem nienawiści, co w istocie ogranicza swobodę wyrażania; w końcu sam język próbuje się odgórnie zmieniać, reglamentować. Polska powinna odegrać w sprostaniu temu cywilizacyjnemu wyzwaniu istotną rolę. Musimy potraktować poważnie dziedzictwo, które przypomniał nam Jan Paweł II. Nie zostawił, tylko przypomniał, gdyż przez niego mówiła nie tylko tradycja chrześcijańska, nie tylko nauka jego Mistrza, czyli Chrystusa, ale także specyficzna nauka z polskich dziejów i kultury. Odkrycie skarbu polskiej kultury i historii być może pozwoli jakiejś części obywateli polskich odnaleźć swoje miejsce w zadaniu ratowania cywilizacji przed zagładą, którą niosą te prądy, których pojedyncze przejawy przedstawiłem. Oczywiście nie możemy tego zrobić w pojedynkę. W pojedynkę Polska niczego nie osiągnie. W Europie jest wielu ludzi, którzy widzą ten sam kryzys, o którym obecnie rozmawiamy, i oni z nadzieją patrzą na Polskę. Oczekują od nas więcej, aniżeli w tej chwili dajemy. Historia może nam przypomnieć o naszych zadaniach i możliwościach.•

Andrzej Nowak

historyk, publicysta, profesor Uniwersytetu Jagiellońskiego oraz Polskiej Akademii Nauk, autor m.in. monumentalnych „Dziejów Polski”, kawaler Orderu Orła Białego.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Andrzej Grajewski

Dziennikarz „Gościa Niedzielnego”, kierownik działu „Świat”

Doktor nauk politycznych, historyk. W redakcji „Gościa” pracuje od czerwca 1981. W latach 80. był działaczem podziemnych struktur „Solidarności” na Podbeskidziu. Jest autorem wielu publikacji książkowych, w tym: „Agca nie był sam”, „Trudne pojednanie. Stosunki czesko-niemieckie 1989–1999”, „Kompleks Judasza. Kościół zraniony. Chrześcijanie w Europie Środkowo-Wschodniej między oporem a kolaboracją”, „Wygnanie”. Odznaczony Krzyżem Pro Ecclesia et Pontifice, Krzyżem Wolności i Solidarności, Odznaką Honorową Bene Merito. Jego obszar specjalizacji to najnowsza historia Polski i Europy Środkowo-Wschodniej, historia Kościoła, Stolica Apostolska i jej aktywność w świecie współczesnym.

Kontakt:
andrzej.grajewski@gosc.pl
Więcej artykułów Andrzeja Grajewskiego

Zobacz także

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się