Nowy numer 04/2020 Archiwum

Kultowy Kult

"Kult nie ma fanów, tylko fanatyków" - przyznają jego członkowie w filmie Olgi Bieniek.

Chyba żaden inny zespół rockowy z Polski nie doczekał się dotąd dokumentu o sobie, który byłby wyświetlany w multipleksach. Kult jest wyjątkiem, bo jest fenomenem. Co roku w okolicach października, podczas „pomarańczowej” trasy, wypełnia wielkie hale koncertowe w kraju i na Wyspach. „Kult. Film” Olgi Bieniek wyjaśnia po części przyczyny tego zjawiska.

Dziewięciu świrów

Jeśli ktoś jednak oczekuje, że zobaczy na ekranie biografię popularnego zespołu, wyjdzie z kina rozczarowany. „Kult. Film” jest raczej reporterskim portretem w biegu. Wprawdzie Olga Bieniek towarzyszyła grupie z kamerą (czasem w tej roli występuje telefon komórkowy) przez blisko sześć lat, ale i tak stanowi to przecież niewielki wycinek 37-letniej historii Kultu.

Z obrazu dowiadujemy się za to wiele o atmosferze – zarówno tej panującej wewnątrz zespołu, jak i tej, która towarzyszy kapeli podczas koncertów. Sporo tu obrazków z tego, co dzieje się poza sceną – w busie, studiu, prywatnych domach. Członków Kultu poznajemy jako zwyczajnych ludzi – trzeba jednak przyznać, że ten dziewięcioosobowy skład okazuje się prawdziwą galerią osobowości, z bardzo różnymi charakterami, odmiennymi pasjami, czasem dziwactwami. Po tej galerii oprowadza nas już na wstępie perkusista Tomasz Goehs, opowiadając, kto koło kogo zwykle siedzi w busie, kto w drodze na koncert wypala jednego papierosa za drugim, a kto odmawia brewiarz. „Jesteśmy grupą dziewięciu świrów, każdy na swój sposób” – przyznaje z ekranu klawiszowiec Janusz Grudziński, który nawet podczas grania nie przestaje czytać gazety.

Udał się Oldze Bieniek ten portret. Po obejrzeniu jej filmu nawet ktoś, kto niespecjalnie gustuje w muzyce Kultu, może nabrać do tego kolektywu sporo sympatii. Bardziej wrażliwych warto oczywiście ostrzec, że bywa też wulgarnie, tak jak to się czasem zdarza, gdy zejdzie się dziewięciu facetów. Przede wszystkim jednak da się zauważyć, że ci rockmani, najczęściej w wieku „wyżej średnim”, po prostu wzajemnie się lubią. Choć – to też przyznają już na wstępie – w okresie, gdy nie ma koncertów, starają się raczej o Kulcie nie myśleć, tylko żyją swoim życiem. Zachowanie takiej higieny umysłu okazuje się możliwe także dzięki temu, że lider zespołu Kazik Staszewski regularnie w okresie zimowym wyjeżdża na Teneryfę, gdzie ma swoje drugie mieszkanie. Zresztą ujęcia z Teneryfy też się w filmie pojawiają. Ich bohaterem nie jest jednak Kazik, ale Didi – przyjaciel muzyka, kibic warszawskiej Legii i jeden z najwierniejszych fanów Kultu. Z filmu dowiadujemy się, że Kazik „wyciągnął go z bagna”, choć szczegółów tego ocalenia nie poznajemy. Zyskujemy natomiast pewność, że relacja między muzykiem a fanem nie jest powierzchowna.

Prawda Kazika

Na czym jednak, poza tymi przyjaźniami, polega fenomen Kultu? Po pierwsze: na ciągłości. Podczas kiedy wiele zespołów z lat 80. rozwiązywało działalność, a potem ją wznawiało pod wpływem mody, Kult sukcesywnie wypuszczał płyty, a przerwa między kolejnymi albumami nigdy nie trwała dłużej niż cztery lata. I choć krążki wydane w XXI wieku wydają się dużo słabsze od tych z lat 80. i 90., to jednak zespołowi udało się zachować rozpoznawalny styl. To oryginalne połączenie nowofalowego rocka z graniem charakterystycznym dla bardów, tyle że rozbudowanym o sekcję dętą. Jest więc trochę alternatywnie, trochę poetycko, a trochę… biesiadnie. Sami muzycy podchodzą zresztą z dystansem do swoich umiejętności, bo też nie one są tu najważniejsze. Liczy się prawda, która płynie ze sceny. A za tę odpowiada przede wszystkim Kazik Staszewski, autor tekstów.

Te od zawsze budziły kontrowersje. Wokalista Kultu atakuje w nich polityków („Lewy czerwcowy”), bywa antyklerykalny czy może nawet antykatolicki („Patrz!”), ale potrafi też zaskoczyć żarliwą modlitwą („Psalm 151”) czy wzruszającym wyznaniem miłosnym („Do Ani”). Czasami można odnieść wrażenie, że Kazik jest postacią pozszywaną z nieprzystających do siebie kawałków. Ale trzeba też pamiętać, że jego teksty powstawały na przestrzeni wielu lat i zmieniały się tak, jak zmieniał się on sam. Syn barda Stanisława Staszewskiego, wychowany w katolickim domu, w młodości trafił do Świadków Jehowy. Choć zrezygnował z uczestnictwa w spotkaniach, to jednak długo pozostawał pod wpływem tego, co słyszał. Dziś trudno o nim powiedzieć z całą pewnością, czy jest wierzący, czy nie, bo jego wypowiedzi z ostatnich lat dotyczące tego tematu zdają się sobie wzajemnie przeczyć. W tych najświeższych deklarował, że stracił wiarę, ale chciałby ją odzyskać. Nie trzeba upatrywać w tym pozy – nazwanie Kazika poszukującym nie będzie chyba nadużyciem.

Śpiewa, bo nie umiał grać

Przy tym wszystkim muzyk twierdzi, że w sferze obyczajowej pozostaje konserwatystą. „Bardzo istotna jest dla mnie rodzina, celebrowanie życia codziennego, szacunek do drugiego człowieka i pewnych słów oraz związków, które nie są zawierane po to, by miały być za chwilę rozwiązywane. Wynika to z tego, że wychowałem się w niepełnej rodzinie. Ten konserwatyzm był we mnie nawet wówczas, gdy sobie tego nie uświadamiałem. Kiedy Ania [żona wokalisty – przyp. Sz.B.] zaszła w ciążę, nie mieliśmy żadnego rodzaju dylematów, żeby szukać innych wyjść z zaistniałej sytuacji. Mieliśmy gołe d…, nic nie mieliśmy, byliśmy dziećmi przecież, ale nawet nie było żadnej rozmowy, żeby to rozwiązać inaczej” – mówił w rozmowie z Anną Sobańdą.

W zespole Kult śpiewa, bo – jak mówią koledzy – „nie umiał na niczym grać”. Choć z tym śpiewaniem też bywa różnie. Fani wybaczają jednak wszystkie wokalne nieczystości, bo ważniejsze jest dla nich to, co śpiewa. A trzeba przyznać, że kilka piosenek Kultu ma siłę manifestu pokoleniowego. „Polska” jest jednym z najbardziej przemawiających do wyobraźni zapisów ponurej rzeczywistości lat 80. ubiegłego wieku. „Arahja”, czyli piosenka zaczynająca się od słów: „Mój dom murem podzielony…”, teoretycznie traktująca o dawnym Berlinie, dziś okazuje się zaskakująco aktualna w naszym kraju. Utwór „Po co wolność”, mówiący o sprawowaniu władzy za pomocą starej rzymskiej metody „chleba i igrzysk”, też się nie zestarzał. Na drugim biegunie twórczości Kultu znajdują się z kolei utwory bardziej rozrywkowe, żartobliwe, takie jak „Gdy nie ma dzieci” czy „Baranek” zapożyczony od Stanisława Staszewskiego. Ta część repertuaru grupy też cieszy się do dziś dużą popularnością.

Niestety, z nowszych utworów niewiele można wskazać takich, które miałyby podobną moc oddziaływania. Wydaje się, że Kazik stracił też nieco ze swego publicystycznego zacięcia, a umiarkowanie popularne piosenki, jak „Prosto” czy „Maria ma syna”, wyróżniają się tylko na tle dość przeciętnej reszty. To wszystko jednak zdaje się mało obchodzić fanów, przepraszam, „fanatyków” Kultu, którzy każdego roku na jesienne koncerty przybywają tłumnie. Jest jeszcze jedna przyczyna tego faktu: szacunek zespołu dla słuchaczy. Każdy koncert trwa około trzech godzin. Na koniec zaś Kazik klęka przed publicznością i bije pokłony. Ktoś mógłby powiedzieć, że to pusty gest, ale konsekwencja, z jaką go powtarza, wskazuje na coś innego. W każdym razie publiczność Kazikowi wierzy, a to w zupełności wystarczy. •

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..
Komentowanie dostępne jest tylko dla .

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zamieszczone przez internautów komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama