Gość Gliwicki 04/2020 Archiwum

Szable (nie)policzone

Trudno powiedzieć, w jaki sposób kraje NATO na zakończenie każdego szczytu dochodzą do wspólnych konkluzji, skoro na chwilę przed i chwilę po reprezentują zupełnie sprzeczne interesy i stanowiska.

To nie było sielankowe spotkanie – szczyt w Londynie z okazji 70. rocznicy powstania NATO przebiegał w cieniu nieprzyjaznych pomruków i wzajemnych docinków formalnie ciągle jeszcze sojuszników.

Pozory jedności

Najpierw prezydent Francji Emmanuel Macron mówił o „śmierci mózgu NATO”, co wywołało reakcję Donalda Trumpa, który uznał, że Francja zrywa z Sojuszem. I choć nie była to tylko niewinna wymiana złośliwości między dwoma samcami alfa, to dużo bardziej niepokojący był szantaż, jaki zastosował przed szczytem Recep Tayyip Erdoğan: prezydent Turcji zagroził, że nie poprze aktualizacji natowskiego planu obrony krajów bałtyckich i Polski, jeśli cały Sojusz nie poprze politycznie Turcji w jej walce z kurdyjskimi bojownikami w północno-wschodniej Syrii, których Ankara uważa za terrorystów.

Przywódcy NATO, którzy na co dzień reprezentują przecież nieraz sprzeczne interesy, lub nawet pozostają ze sobą w silnym politycznym konflikcie, przyjechali zatem do Londynu w nastrojach – nomen omen – bojowych. Dlatego dość dziwacznie brzmi komunikat końcowy szczytu, z którego wynika, że kraje natowskie kolejny raz osiągnęły porozumienie: „Przywódcy państw NATO porozumieli się w środę na szczycie w Londynie w sprawie aktualizacji planów obronnych Polski i państw bałtyckich” – poinformował lakonicznie na konferencji prasowej sekretarz generalny Sojuszu Jens Stoltenberg. Nieco wcześniej o porozumieniu „wygadał się” prezydent Litwy Gitanas Nausėda, dodając, że prezydent Turcji poparł plany natowskie, „nie żądając niczego w zamian”. Nie trzeba zbyt wielkiej orientacji w stosunkach międzynarodowych, by intuicyjnie wyczuć, że coś tutaj nie gra: Turcja nie jest krajem, który ot tak sobie wycofywałby się z jakichkolwiek żądań, nie uzyskawszy przynajmniej części tego, czego się domaga. Szczególnie w sytuacji, gdy splot zależności i interesów poszczególnych państw Sojuszu, zwłaszcza w tym przypadku, pozwalał na skuteczne szantażowanie partnerów. Mamy zatem do czynienia albo z klasyczną demonstracją jedności na potrzeby mediów, ale bez żadnych ustaleń, albo za kulisami szczytu doszło do porozumień z Turcją, których wyniki będą widoczne w jakichś najbliższych posunięciach pozostałych głównych natowskich graczy.

Tureckie kazanie

Nie trzeba było jednak długo czekać, by rzekoma jednomyślność sojuszników okazała się deklaracją bez pokrycia. Dosłownie dwa dni po zakończeniu szczytu Turcja, ustami swojego ministra spraw zagranicznych Mevlϋta Çavuşoğlu, oświadczyła, że „nie zmienia swojego stanowiska i zamierza blokować ostateczne decyzje związane z planem obrony wschodniej flanki NATO, jeśli państwa sprzymierzone nie uznają YPG za organizację terrorystyczną”. To nie była spontaniczna wypowiedź szefa dyplomacji, tylko przygotowany starannie komunikat rozesłany przez jego służby prasowe mediom. Stało to w jawnej sprzeczności z oświadczeniem sekretarza generalnego NATO, który po zakończeniu spotkania liderów i przywódców NATO w Londynie stwierdził, że Ankara wycofała swoje zastrzeżenia, co pozwoliło na uzgodnienie planów obrony wschodniej flanki Sojuszu. Turecki minister z kolei podkreślał, że Turcja zgodziła się tylko na przejście do „kolejnego etapu uzgodnień”, ale absolutnie nie wyraziła ostatecznej zgody na jakiekolwiek ustalenia związane z zatwierdzeniem planu obrony państw bałtyckich i Polski. „Byłoby nie w porządku, gdyby niektóre państwa poparły plan obrony flanki wschodniej, a jednocześnie nie chciały zgodzić się na podobny plan względem nas” – dodał szef tureckiej dyplomacji. „Oba plany znajdują się na tym samym etapie procedowania. Jeśli zostaną zatwierdzone, to wyłącznie razem. Jeśli będzie jakiś problem – oba zostaną zablokowane. W tej sprawie nie pójdziemy na żadne kompromisy” – oznajmił Çavuşoğlu.

Szara codzienność

To tylko kolejna odsłona napięć, jakie są częścią funkcjonowania NATO na co dzień. Z samą Turcją trwa spór przede wszystkim Stanów Zjednoczonych, które krytykowały ją za zakup systemu przeciwrakietowego od Rosji. Sam prezydent Erdoğan nie kryje się ze swoimi coraz lepszymi relacjami z prezydentem Putinem, co nie jest bez znaczenia w dyskusji nad wsparciem lub sabotowaniem planów obronnych dla Polski i krajów bałtyckich. Trzeba naprawdę ogromnej wyobraźni, by założyć, że Turcja byłaby gotowa na jakąkolwiek, choćby polityczną, pomoc naszemu regionowi, gdyby doszło do inwazji ze strony rosyjskiej. Teraz oczywiście Ankara zyskała dodatkowy argument „moralny”: skoro sojusznicy nie popierają nas w walce z Kurdami, to dlaczego my mielibyśmy bronić np. Polski przed Rosją.

Po drugie, nie bez znaczenia dla decyzyjności NATO są relacje francusko-amerykańskie. Można się śmiać z Emmanuela Macrona, że próbuje prowadzić politykę imperialną, choć brakuje mu imperium, ale w praktyce też trudno wyobrazić sobie wsparcie Francji dla Polski czy krajów bałtyckich w sytuacji, gdy Pałac Elizejski podejmuje Władimira Putina bez żadnych warunków wstępnych. Nie bez znaczenia są wreszcie interesy, jakie z Rosją prowadzą Niemcy, choćby w zakresie polityki energetycznej, podobnie jak wiele innych krajów zachodnich. To właśnie ta „szara” codzienność relacji międzynarodowych każe z ostrożnością patrzeć na wszelkie deklaracje jedności NATO.

Kwiatek do lufy

Ale jest jeszcze bardziej wymierny powód do ograniczonego zaufania: wieloletnie zaniedbania w polityce obronnej krajów NATO, widoczne przede wszystkim w finansowaniu armii, jej modernizacji i tym samym zdolności bojowych. Oczywiście nie mówimy tutaj o USA, które na kwestie wojskowe wydają przeszło 30-krotnie więcej niż Francja. Nie mówimy też o kilku krajach, jak Polska, które od pewnego czasu wypełniają natowskie zobowiązanie do przeznaczania przynajmniej 2 proc. PKB na obronność. Chodzi w tym miejscu o skutki uśpionej pozorami pokoju polityki obronnej większości krajów zachodnich, przebudzonych nieco aktywnością Rosji na Ukrainie, ale nie na tyle, by zasadniczo zmienić strategię. Gdyby starą rzymską maksymę „chcesz pokoju, szykuj się do wojny” potraktować jako punkt odniesienia w ocenie wiarygodności i siły NATO, to byłyby one bliskie zeru. Od lat 90. XX w. Sojusz Północnoatlantycki działa raczej w myśl odwrotnej zasady: „Chcesz wojny, szykuj się do pokoju”. O ile pierwsza reguła polega na budowaniu i utrzymywaniu własnego potencjału militarnego w celu odstraszania wroga, o tyle druga jest systematycznym osłabianiem swoich zdolności obronnych. Wyznawcy tej opcji twierdzą, że lepiej „nie drażnić” przeciwnika i nie prowokować go do agresywnych zachowań. W praktyce jednak to „pokojowe” wycofanie tylko ośmiela potencjalnego agresora. Dokładnie tak wyglądało mocowanie się Rosji i NATO w ostatnich latach. Przy czym słowo „mocowanie” nie jest tu do końca trafne: to raczej pozbawiona kompleksów demonstracja siły ze strony Rosji oraz co najwyżej „oburzenie” ze strony Sojuszu. Z jednym zastrzeżeniem: osłabianie zdolności obronnych NATO nie jest bynajmniej rozłożone równo na wszystkich członków. Te najmniej zagrożone atakiem są jednocześnie dobrze zabezpieczone. W przeciwieństwie do krajów najbardziej narażonych na agresję. Te nie tylko nie są w stanie obronić się same, ale na dodatek nie mają co liczyć na pomoc ze strony najsilniejszych „partnerów”.

Zdążyć przed NATO

Potwierdził to również opublikowany dwa lata temu raport poważanego w USA think tanku Rand Corporation. Wnioski z analiz, przeprowadzonych symulacji i ze zwykłego „liczenia szabel” nie pozostawiają złudzeń: Łotwa i Estonia (tam żyje najliczniejsza mniejszość rosyjska) nie mogą liczyć na skuteczną obronę ze strony sojuszników.

Autorzy raportu Rand Corp. stawiają jednoznaczną tezę: w razie rosyjskiej agresji NATO nie ma zdolności pomocy zaatakowanym krajom bałtyckim. Owszem, od czasu powstania raportu doszło do pewnego wzmocnienia obecności sił natowskich w tych krajach, ale nie na tyle, by zasadniczo zmienić układ sił. Na podstawie różnych symulacji analitycy stwierdzili, że najszybszy możliwy scenariusz pomocy zakładałby dotarcie odpowiedniej liczby wojsk w ciągu 10 dni, podczas gdy Rosjanie są w stanie zająć Tallinn i Rygę w ciągu zaledwie 60 godzin.

To wszystko sprawia, że nasze zaufanie w gwarancje natowskie nie może być naiwne i pozbawione ostrożności. Z jednej strony nie mamy za bardzo alternatywy wobec, mimo wszystko, obecności w sojuszu najpotężniejszych państw świata. Z drugiej zaś strony – byłoby wyjątkową naiwnością zakładać, że w razie realnej agresji ze strony Rosji moglibyśmy liczyć na taką samą pomoc ze strony USA, Francji czy Turcji.

Szczyt NATO w Londynie, mimo deklarowanej jedności w komunikacie końcowym, powinien być kolejnym zimnym prysznicem dla Polski, która – nie rezygnując z aktywnego członkostwa w NATO – powinna jeszcze bardziej inwestować we własne zdolności obronne.•

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Jacek Dziedzina

Dziennikarz działu „Świat”

Studia z socjologii ukończył w Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. Pracował w Instytucie Kultury Polskiej przy Ambasadzie RP w Londynie jako events programmer, odpowiedzialny m.in. za organizację festiwalu filmowego „Across the borders" i współpracę z brytyjskimi instytucjami kulturalnymi. W „Gościu" od 2006 r. Autor wywiadu rzeki z ks. Henrykiem Bolczykiem „Mocowałem się z Bogiem", wywiadu rzeki z ks. Markiem Dziewieckim „Psycholog w konfesjonale" oraz współautor zbioru reportaży z Bliskiego Wschodu „W drogę ze św. Pawłem". Laureat nagrody Grand Press 2011 w kategorii Publicystyka. Autor reportaży zagranicznych, m.in. z Wietnamu, Syrii, Kosowa, USA, Cypru, Turcji, Irlandii, Mołdawii, Białorusi, Wielkiej Brytanii i innych. Publikował m.in. w „Do Rzeczy", „Rzeczpospolitej" („Plus Minus"), „Cywilizacji", Onet.pl. Jest również założycielem i właścicielem Wydawnictwa Niecałe (wydaje szeroko rozumianą literaturę faktu). Interesuje się historią najnowszą, stosunkami międzynarodowymi, życiem Kościoła i teologią, a także fotografią, filmem, turystyką i muzyką liturgiczną. Obszary specjalizacji: analizy dotyczące Bliskiego Wschodu, Unii Europejskiej, Stanów Zjednoczonych, Francji, Wielkiej Brytanii i Bałkanów, a także związane z życiem Kościoła na świecie i nową ewangelizacją.

Kontakt:
jacek.dziedzina@gosc.pl
Więcej artykułów Jacka Dziedziny

 

Zobacz także

Komentowanie dostępne jest tylko dla .

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zamieszczone komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji