Nowy numer 44/2020 Archiwum

Głos przed Słowem

Dlaczego gdy jedni przyjmują Jezusa, inni Nim gardzą? Bo jedni słuchają głosu na swojej pustyni, a inni nie.

Trudno nam dziś sobie wyobrazić, jakim gigantem w Izraelu był ostatni prorok Starego Testamentu. Sam Jezus dał przecież o nim świadectwo, że „między narodzonymi z niewiast nie powstał większy od Jana Chrzciciela” (Mt 11,11). „Głos wołającego na pustyni” był tak potężny, że „ciągnęła do niego cała judzka kraina oraz wszyscy mieszkańcy Jerozolimy i przyjmowali od niego chrzest w rzece Jordan, wyznając przy tym swe grzechy” (Mk 1,5).

Ewangelista Łukasz mówi o tłumach schodzących się nad Jordan, aby przyjąć chrzest nawrócenia. Jan musiał wstrząsnąć sumieniami tak bardzo, że potrzeba nawrócenia i pokutowania wezbrała w niemal całym narodzie. „Cały lud, który Go słuchał, nawet celnicy przyznawali słuszność Bogu, przyjmując chrzest Janowy” – czytamy.

Widok w kolejce do chrztu tych ludzi, uważanych za kolaborantów i cynicznych wyzyskiwaczy, musiał robić wrażenie. Czy był wśród nich celnik Mateusz? Czy był tam też jego kolega po fachu – Zacheusz z pobliskiego Jerycha? Można odpowiedzieć pytaniem: A jak to się stało, że Mateusz w jednej chwili zostawił komorę celną i poszedł za Jezusem? Jak to możliwe, że Zacheusz po spotkaniu z Jezusem zadeklarował odstąpienie połowy majątku ubogim, a skrzywdzonym czterokrotne wynagrodzenie? Czy byłoby to realne ot tak, z marszu? Ci ludzie zostali PRZYGOTOWANI. Wszyscy ci, którzy wrócili odmienieni znad Jordanu, stali się jak biegacze w blokach startowych. Czuli, że zaraz coś się wydarzy i że będzie to coś, co przerośnie ich samych. Skorupy, którymi opancerzone były ich serca, już popękały. To Jan doprowadził ich do takiego stanu ducha, że stali się zdolni przyjąć Syna Człowieczego.

Dostojni zamknięci

Był jednak znamienny wyjątek. Jedna grupa społeczna okazała się oporna i nie uznała misji Jana. „Faryzeusze i uczeni w Prawie udaremnili zamiar Boży względem siebie, nie przyjmując chrztu od niego” – czytamy u Łukasza (7,30).

Faryzeusze i uczeni w Prawie byli w Izraelu jedyną grupą ludzi, która zamknęła się na przyjęcie Dobrej Nowiny, i to tak bardzo, że nawet cuda, które innych rzucały na kolana, w nich wzbudzały jedynie złość i chęć usunięcia Jezusa.

Skąd to się brało? Czy nie stąd właśnie, że wzgardzili „głosem wołającego” i zamiast się nawrócić, zasklepili się w swojej dumie? Ich zatwardziałość doszła w końcu do takiego poziomu, że cuda uwolnienia od złych duchów przypisywali działaniu złego ducha. Ba! Nawet wskrzeszenie Łazarza, zamiast wywołać podziw dla mocy Bożej, wzbudziło w nich chęć zabicia wskrzeszonego. I to wreszcie środowisko faryzeuszy oraz uczonych w Prawie doprowadziło do pojmania i skazania Jezusa na śmierć.

Ten schemat powtarza się w każdej epoce: cuda Bożej łaski wzmacniają nawróconych, a irytują i gniewają tych, którzy nie chcą słuchać głosu wołającego na pustyni. Nie zadziała na tych drugich żaden nadzwyczajny znak, a największe nawet dzieła Boże zbędą pogardliwym wzruszeniem ramion. Do każdego jednak ten głos dochodzi, bo każdy ma w sobie jakiś obszar pustyni – przestrzeni, do której nie wpuszcza Boga. Do każdego dociera wezwanie: „Przygotujcie drogę Panu, prostujcie ścieżki dla Niego!”, ale nie każdy chce tak zrobić. Gdy zrobi – wejdzie w stan czuwania i będzie gotów, gdy Pan stanie u drzwi. Gdy nie zrobi – nie rozpozna „czasu nawiedzenia”. O kimś takim mówi Jeremiasz, że „nie dostrzega, gdy przychodzi szczęście: wybiera miejsca spalone na pustyni, ziemię słoną i bezludną” (Jr 17,6).

Dziwny wybór: ziemia słona i bezludna. Ale czy nie tak właśnie wybierają ludzie, gdy całymi latami odkładają nawrócenie? Wolą angażować się w promocję grzechów niż przyznać, że to, co robią i zachwalają, jest grzechem. Żeby zagłuszyć rozbrzmiewające nad ich pustynią wyrzuty sumienia, wymyślają przedziwne teorie, mające z nieprawości zrobić cnotę. To tu mają źródło zabiegi o błogosławienie wynaturzonych związków, tu rodzi się religia „pro choice”, wedle której wartością jest sam wybór, niezależnie od tego, czy będzie oznaczał życie, czy śmierć. To ta mentalność popycha zastępy oślepionych ludzi do marszów i manifestacji, w których gorąco domagają się ogłoszenia pustyni kwitnącym ogrodem.

Zmiana od razu

„To nie takie trudne” – usłyszał w duszy mężczyzna, toczący wewnętrzną walkę, gdy po wielu latach niezgody poczuł, że powinien pojednać się ze swoim ojcem. Zrobił to – i gdy zalała go fala radości, pojął, że to naprawdę nie jest trudne. A po czasie zrozumiał, że właśnie w uporze przy swojej „racji” tkwiła odczuwana przezeń duchowa niemoc.

Tak jest z każdym nawróceniem. To diabeł wmawia nam, że „to się nie da”, że to w ogóle nie jest możliwe. Pokazuje tysięczne przeszkody, straszy upokorzeniem, grozi konsekwencjami, a dla odmiany roztacza miraże sielanki, jaka rzekomo wreszcie nastąpi, gdy człowiek pozostanie przy dotychczasowym życiu. To wszystko kłamstwa. Szczęście jest o krok i wystarczy zawołać o ratunek. Wystarczy zaufać i rzucić się do stóp Jezusowi. Potrzebne jest tylko jedno: skrucha. „Pan jest blisko skruszonych w sercu” – zapewnia psalmista. Blisko – dlatego skruszony nie musi czekać. Jezus natychmiast działa, bo nie ma takiego grzechu, którego by nie mógł i nie chciał przebaczyć. A potem to już sam człowieka prowadzi. Życie zmienia się wtedy w jednej chwili. Nagle człowiek widzi, jak bardzo był ślepy, skoro nie dostrzegał, w jak fatalnym miejscu żyje.

„Ja takiego Kościoła nie znałem! Nie wiedziałem, że Jezus jest taki!” – zdumiewał się czterdziestoletni mężczyzna na rekolekcjach, podczas których przeżył głębokie nawrócenie. „Gdzie ja byłem, co ja tyle lat robiłem?” – powtarzał oszołomiony.

To jest doświadczenie każdego, kto zechce zaryzykować i podejść do „Jordanu”, którym spłyną jego grzechy. Gdy to się stanie, ujrzy, jak jego ścieżki same się rozplątują, prostują i równają. Człowiek jest gotowy otworzyć Jezusowi, gdy „przyjdzie i zakołacze”.

Proste rzeczy

Tym, którzy przyszli po chrzest nawrócenia, Jan wskazywał dalszą drogę: nie może skończyć się na samej deklaracji skruchy – mają wydać „owoce godne nawrócenia”. Nikomu nie pomoże sama przynależność do narodu wybranego. „Nie próbujcie sobie mówić: »Abrahama mamy za ojca«, bo powiadam wam, że z tych kamieni może Bóg wzbudzić dzieci Abrahamowi!” – wołał.

Skruszeni ludzie chcieli wiedzieć konkretnie, co mają robić. „Kto ma dwie suknie, niech jedną da temu, który nie ma; a kto ma żywność, niech tak samo czyni” – odpowiadał Jan (Łk 3,11). Celnicy słyszeli: „Nie pobierajcie nic więcej ponad to, ile wam wyznaczono”, a żołnierze: „Nad nikim się nie znęcajcie i nikogo nie uciskajcie, lecz poprzestawajcie na swoim żołdzie”. Proste wskazania, prosta realizacja. Bo wszystko, co Boże, jest proste. „Ścieżka sprawiedliwego jest prosta, Ty równasz prawą drogę sprawiedliwego” – mówi Izajasz (26,7). Stąd wezwanie do prostowania ścieżek – niech się staną bardziej Boże. To nieufność wszystko komplikuje i czyni zawiłym jak zwoje mózgowe. Zaraz włącza się kalkulacja: ja mam dzielić się połową rzeczy? Ja mam zrezygnować z możliwości przygarnięcia dodatkowej kasy? Ja mam płacić podatki? To wszystko wydaje się za trudne i nawet niewłaściwe – gdy człowiek nie jest nawrócony. A nawrócenie to zmiana myślenia. Dopóki ona nie nastąpi, nie nastąpi też zmiana życia. Bez decyzji: „Ufam Ci, Boże”, odzywający się w sumieniu głos na pustyni wciąż będzie niepokoił. Będzie drążył, ale nie po to, żeby zatruć życie, lecz aby skłonić do oczyszczenia i doprowadzić do pełni życia.

Herod Antypas słyszał ten głos. „Nie wolno ci mieć żony twego brata” – mówił mu prorok, a on „czuł lęk przed Janem, znając go jako męża prawego i świętego, i brał go w obronę. Ilekroć go posłyszał, odczuwał duży niepokój, a przecież chętnie go słuchał” (Mk 6,20). Rozwiązanie problemu było proste jak zawsze: zerwać z grzechem. Im prędzej, tym lepiej. Herod jednak słuchał Jana, ale go nie posłuchał. Wybrał zwłokę – trwanie z wyrzutami sumienia jak delikwent z bolącym zębem, który bierze znieczulenie, zamiast iść do dentysty. Pewnie mówił sobie: może jutro coś z tym zrobię. Bo wszyscy tak mówią, gdy nie chcą zrobić tego, co zrobić należy.

Nawrócenie ma nastąpić dziś. „Już siekiera do korzenia drzew jest przyłożona!” – woła Głos na Pustyni. Nie po to woła, żeby kogokolwiek pognębić, ale żeby ocalić. Żeby wydobyć z dołu zagłady i przygotować serca na przyjęcie prawdziwego szczęścia. Pan jest blisko.•

Adwentowy drogowskaz kard. Stefana Wyszyńskiego

Gdy patrzymy na głęboką noc Bożego Narodzenia, gdy przyglądamy się Niemowlęciu leżącemu na garstce trawy, w żłobie, nad którym czuwa ubogie Dziewczę, w szatach ubożuchnych, zmęczone uciążliwą drogą z Nazaretu i tułaczką po Betlejemie, gdy patrzymy na to przedziwne ubóstwo środków, o Najmilsi, jaką nas to wszystko napełnia otuchą! Syn najbogatszego Władcy świata, Dziedzic nieba i ziemi, Współtwórca światów – tak ubożuchny i wszystkiego pozbawiony, tak bardzo sam – przychodzi podbić świat i zdobyć serca! Jednak wiemy, że Chrystus obrał dobrą drogę. „Herody” zostały w Jerozolimie, „Herody” i dzisiaj niekiedy straszą, ale nie są zdolne zabić Boga, bo nie mają na to siły. 24 grudnia 1961

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama