Nowy numer 03/2020 Archiwum

Gdy nikt nie chce psuć atmosfery

Część odpowiedzialności za odejście każdego z braci spoczywa na tych, którzy zostają. Jaka część?

Po moim przedostatnim komentarzu „Nie spalę książek byłego księdza” dostałem parę głosów, w których zarzucano mi m.in. słabą obronę o. Augustyna Pelanowskiego w sytuacji, gdy sprawa jest „gruba”. Chcę zatem powiedzieć jasno: punktem wyjścia komentarza nie była sprawa o. Pelanowskiego, tylko zupełnie inna i akurat nie dotycząca żadnego duchownego (życie jest naprawdę bogatsze niż najbardziej klikalne w internetach newsy…). I choć zarówno sam tytuł, jak i późniejsze nawiązanie do założyciela jednej z francuskich wspólnot życia odnosiły się już do osób duchownych, to przecież pisałem o zjawisku o wiele szerszym niż jednostkowe przypadki: o zbyt łatwym, moim zdaniem, wyrzucaniu na śmietnik niepamięci wszystkiego, co mówili czy napisali ci, którzy z różnych powodów znaleźli się albo na cenzurowanym, albo nawet poza swoją wspólnotą wiary przez własne decyzje. I owszem, przypadek o. Pelanowskiego, choć nie był dla mnie inspiracją, też wpisuje się w główną myśl tekstu: jego obecne wybory i słowa nie są w stanie zmusić mnie do wyrzucenia z biblioteki książek, które napisał w czasie, gdy tylu ludzi czerpało garściami z duchowego dobra, jakie „produkował” znany paulin.

Sam temat i reakcja na niego uświadomiła mi jednak na nowo, że problem tzw. byłych (w tym również byłych autorytetów) jest jeszcze szerszy i obejmuje również cały proces rozstawania się danej osoby ze swoją wspólnotą wiary, rodziną, środowiskiem zawodowym. Przypomniałem sobie rozmowę, jaką przed laty dla tygodnika „Do Rzeczy” przeprowadziłem z o. Pawłem Kozackim OP, prowincjałem polskich dominikanów. Rozmawialiśmy m.in. o głośnych odejściach z zakonu i o tym, że cały ciężar tego procesu spoczywa zazwyczaj na odchodzącym. I do pewnego stopnia jest to i logiczne, i sprawiedliwe – każdy przecież odpowiada za swoje wybory i musi liczyć się z konsekwencjami. Czy to jednak na pewno załatwia sprawę?

„Nie jest rzeczą łatwą zawalczyć o brata, po którym widać, że odchodzi. Jest on często agresywny, nie chce rozmawiać. Po ludzku rozumiem Apostołów w wieczerniku, którzy nie poszli za Judaszem odchodzącym, by zdradzić Jezusa. Jeśli zakonnik potrafi brutalnie powiedzieć, żeby się od niego odpieprzyć, to nie dziwię się, że po pewnym czasie nikt ma ochoty z nim rozmawiać” – mówił mi o. Kozacki. Jednak po chwili sam przyznał: „A mimo wszystko trzeba próbować walczyć o człowieka. Jak czytam relację Ewangelisty, że Judasz podkradał pieniądze ze wspólnej kiesy, to wątpię, czy Apostołowie dowiedzieli się o tym dopiero po Zmartwychwstaniu. Prawdopodobnie wiedzieli o tym wcześniej, tylko nikt nie chciał psuć atmosfery. Może ktoś próbował mu zwrócić uwagę, ale nie miał twardego dowodu, więc Judasz zrobił mu awanturę: jakim prawem ty się mnie czepiasz. Odpowiedzialność polega na tym, że się próbuje ratować kogoś, gdy się widzi jego słabość, jego odchodzenie. A czasem dla świętego spokoju nie podejmuje się takiej walki o drugiego człowieka. Czy to wina wspólnoty? Niech to Pan Bóg rozsądza. Czasem po odejściu ktoś mówi: od początku było wiadomo, że odejdzie, nie wolno go było dopuszczać do święceń. Rzeczywiście są księża, których odejścia można się było spodziewać. Ale odeszli z zakonu i tacy, że prędzej bym się spodziewał, że to ja odejdę niż oni. A są i tacy, których przełożeni chcieli wyrzucić w czasie studiów, ledwo zostali dopuszczeni do święceń, po czym ich życie kapłańskie jest bez zarzutu, a gdyby ich nie było, zakon poniósłby wielką stratę. Dlatego mówię o odpowiedzialności, a nie o winie. Wina jest wtedy, gdy jest świadome zaniedbanie. Nigdy nie jest tak, że jakiś wstrętny zakonnik odchodzi z idealnej wspólnoty. Znając swoją wspólnotę, wiem, że nie jesteśmy idealni. Dlatego cząstka odpowiedzialności za odejście każdego z braci tkwi w nas, którzy zostaliśmy”, mówił o. Kozacki.

Może zanim zresetujemy dyski i wyczyścimy portale i biblioteczki z artykułów, książek, muzyki i filmów różnych „byłych” (nie o duchownych tylko chodzi), spróbujmy odpowiedzieć sobie na pytanie, czy i na nas nie spoczywa jakaś część odpowiedzialności za te odejścia. Bo może sami należymy do tych, którzy – nie chcąc psuć atmosfery – odzywają się dopiero po fakcie lub gdy jest już za późno.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Jacek Dziedzina

Dziennikarz działu „Świat”

Studia z socjologii ukończył w Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. Pracował w Instytucie Kultury Polskiej przy Ambasadzie RP w Londynie jako events programmer, odpowiedzialny m.in. za organizację festiwalu filmowego „Across the borders" i współpracę z brytyjskimi instytucjami kulturalnymi. W „Gościu" od 2006 r. Autor wywiadu rzeki z ks. Henrykiem Bolczykiem „Mocowałem się z Bogiem", wywiadu rzeki z ks. Markiem Dziewieckim „Psycholog w konfesjonale" oraz współautor zbioru reportaży z Bliskiego Wschodu „W drogę ze św. Pawłem". Laureat nagrody Grand Press 2011 w kategorii Publicystyka. Autor reportaży zagranicznych, m.in. z Wietnamu, Syrii, Kosowa, USA, Cypru, Turcji, Irlandii, Mołdawii, Białorusi, Wielkiej Brytanii i innych. Publikował m.in. w „Do Rzeczy", „Rzeczpospolitej" („Plus Minus"), „Cywilizacji", Onet.pl. Jest również założycielem i właścicielem Wydawnictwa Niecałe (wydaje szeroko rozumianą literaturę faktu). Interesuje się historią najnowszą, stosunkami międzynarodowymi, życiem Kościoła i teologią, a także fotografią, filmem, turystyką i muzyką liturgiczną. Obszary specjalizacji: analizy dotyczące Bliskiego Wschodu, Unii Europejskiej, Stanów Zjednoczonych, Francji, Wielkiej Brytanii i Bałkanów, a także związane z życiem Kościoła na świecie i nową ewangelizacją.

Kontakt:
jacek.dziedzina@gosc.pl
Więcej artykułów Jacka Dziedziny

 

Zobacz także

  • Mol
    05.12.2019 10:36
    Mol
    A ja z książki "Walka duchowa" Wawrzyńca Scupoli wyrwałam i wyrzuciłam do śmieci wstęp autorstwa Tomasza Węcławskiego. Nie dlatego, że żywię do niego niechęć jako do Tomasza Polaka, tylko dlatego, że odstępcą człowiek nie staje się z dnia na dzień, tylko stopniowo dryfuje w stronę herezji lub ateizmu. A ja nie chcę mieć na półce nawet kropli trucizny.
    doceń 5
  • xyzmn
    05.12.2019 19:34
    no i dla niektórych w tych świetnych książkach, z których dobra "czerpiemy garściami" jest początek końca. Świetna książka, następna świetna książka, autorytet, człowiek podziwiany, wzór, a na koniec niemal sam PAN BÓG niemylny. Taka kolej chyba jest wpadania w pychę takich osób, które już zawsze muszą mieć rację. I byle proboszcz, prałat czy biskup im nie ma prawa podskoczyć. Modlić się za nich wypada. Jak zrozumieją, że pycha nimi kierowała to może wrócą. Trzeba w to wierzyć, bo to cenne, ale pogubione osoby. Myślę, że najlepiej przez wstawiennictwo Św. Ojca Pio, który był wzorem posłuszeństwa i skromności.
    doceń 12
  • Lucjan_Biel
    06.12.2019 13:21
    Lucjan_Biel
    NIECHCIANY ŚWIĘTY MĘCZENNIK
    W dniu wspomnienia św. Mikołaja biskupa
    przypada 76 rocznica męczeńskiej śmierci ojca Ludwika Wrodarczyka.

    "Od Pana Jezusa otrzymałem jako podarek i order - krzyż, który mam nosić idąc za nim." - te słowa ojca Ludwika wypełniły się w nocy 6/7 grudnia 1943r.

    Ojciec Ludwik, urodzony w Radzionkowie na Śląsku, proboszcz w Okopach na Wołyniu, został zamordowany w nocy z 6 na 7 XII 1943r. Dnia 6 grudnia 1943r wieczorem bandyci z Ukraińskiej Armii Powstańczej napadli na Okopy i okoliczne wioski. Zaczęła się rzeź mieszkańców, rabunki i palenie domów. Ojca Ludwika proszono, aby uciekł do lasu w obliczu niebezpieczeństwa. On jednak około godziny 22 udał się do swojego kościoła. Wtedy wtargnęli oprawcy. Ksiądz został wywleczony z kościoła. Mordercy z UPA sprofanowali kościół, w którym zabili dwie kobiety, które stanęły w obronie swojego proboszcza - 18-letnią Weronikę Kozińską i 90-letnia Łucję Skurzyńską.
    Kościół zdemolowali, a konsekrowane Hostie rozsypali po podłodze. Obrabowali kościół i zakrystię. Chcieli go podpalić, ale po usilnych błaganiach księdza, odstąpili od tego zamiaru. Następnego dnia na stopniach ołtarza ludzie znaleźli zakrwawioną koloratkę.
    Księdza wleczono na postronku za saniami do odległej 7 km wsi Karpiłówki, gdzie stacjonowało dowództwo bandytów z UPA. Na śniegu znaleziono podarte skrawki ubrania księdza i krople krwi - ślady po biciu i maltretowaniu. Następnie wywieziono go samochodem do uroczyska Pałki. Tam rozebrali go do naga. Poddali go nieludzkim torturom - bito, kłuto bagnetem, przypalano stopy gorącym żelazem.
    Gdy ojciec Ludwik czuł już swój koniec, poprosił swoich katów o możliwość pomodlenia się. Modlił się długo, po czy wstał i powiedział "Jestem gotów". Na koniec poddano go przecinaniu piłą. Oprawcy zmusili do tego ukraińskie kobiety, które stały się przymusowymi wspólniczkami ich bestialstwa. Na wpół przeciętego, ale dającego jeszcze oznaki życia, rzucili pod drzewem i oddali do niego serię z karabinu.
    Ponad 30 lat temu Oblaci Maryi Niepokalanej - współbracia ojca Ludwika - zaczęli starać się o jego beatyfikację. Potem proces przejęła diecezja katowicka. Wszystko chyba utknęło w biurokracji i kościelnej poprawności politycznej.
    Kościół katolicki dotąd nawet nie beatyfikował ani jednego męczennika kresowego. A jest ich setki - księży i sióstr zakonnych oraz świeckich. Zamordowanych tylko za to, że byli katolikami i Polakami.
    doceń 6
Komentowanie dostępne jest tylko dla .

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zamieszczone komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji