Nowy numer 28/2020 Archiwum

Przy sercu Chopina

– Dziś w Boliwii wciąż są wioski misyjne, w których nie ma prądu ani bieżącej wody. Mimo to w niektórych z nich co czwarty mieszkaniec potrafi czytać nuty i śpiewać msze po łacinie na cztery głosy z akompaniamen-tem orkiestry – mówi ks. prof. Piotr Nawrot SVD.

Krzysztof Błażyca: Od ponad 30 lat zajmuje się Ojciec badaniami nad muzyką z okresu pierwszej ewangelizacji w Ameryce Łacińskiej, nadzoruje też program nauki muzyki w prawie 30 wioskach i miastach Boliwii. Czuje się Ojciec spełniony jako misjonarz i muzykolog?

Ks. prof. Piotr Nawrot SVD: Dla mnie to niesamowite, jak Pan Bóg działa. To, co się wydarzyło przez te lata, przerasta wszystko, czego w życiu oczekiwałem. Ta muzyka zawsze potrzebowała odtwórców. Już nie jestem sam. Ostatnio coraz intensywniej pracuję ze świadomością, że muszę to przekazać dalej, włączać kolejne osoby. Nigdy też nie przypuszczałem, że dojdzie do Synodu o Amazonii, a ten z kolei uzna, że to, co my robimy, jest bardzo ważne dla Kościoła i historii misji.

Kim są artyści, z którymi niedawno zawitał Ojciec w Watykanie, a następnie w Polsce?

Pochodzą z dwóch wiosek misyjnych w Boliwii: Urubichá, zamieszkanej przez Indian Guarayos, oraz Palmarito/Santa Rosa, gdzie mieszkają Indianie Guaraní. Urubichá to jedna z najbardziej muzykalnych wiosek na świecie. Jeden na czterech mieszkańców czyta tam nuty, gra na instrumencie i śpiewa w chórze. Mimo że wioska liczy około 6 tys. mieszkańców, jest tam orkiestra wyposażona we wszystkie instrumenty wymagane do rangi dużej orkiestry symfonicznej. Wiele produkcji muzycznych w wiosce prezentuje chór i orkiestra złożone z ponad 150 artystów. Liczne instrumenty, na których grają, zostały wykonane przez miejscowych lutników. W Urubichá do dziś produkuje się barokowe instrumenty strunowe, a także autochtoniczne.

Ojciec jest też współzałożycielem międzynarodowego festiwalu muzyki dawnej, który co dwa lata odbywa się w boliwijskiej dżungli.

Dziś już jest inaczej, niż kiedy zaczynałem w 1991 r., gdy trzeba było się przebić, aby zakomunikować światu, że mamy wielki skarb, jedyny taki na świecie, który Kościół i ludy Ameryki powinny wykorzystać. Dziś wielu artystów, którzy przyjeżdżają na nasz festiwal, chce stanąć na jednej scenie z muzykami z misji. I to ogromne osiągnięcie. Miałem na ostatnim festiwalu muzyków z prestiżowej Juilliard Music School z Nowego Jorku. Każdy marzy o tym, aby jego dziecko dostało się do tej szkoły. A oni zamarzyli, aby stanąć na jednej scenie z naszymi muzykami. To była sensacja. „The New York Times”, największa gazeta świata, poświęciła temu fenomenowi trzy strony reportażu. Inną koprodukcję mieliśmy z włoskim zespołem z Bergamo. Dobra szkoła muzyczna znana na świecie. I znowu – oni chcą doświadczyć talentu Indian, zobaczyć, jak oni czują tę muzykę. Na próbach muzycy z Włoch przychodzą do mnie i mówią: „To coś niesamowitego, myśmy nigdy nie rozumieli tej muzyki w taki sposób, w jaki oni ją rozumieją”. Dla mnie nie było to aż takim zaskoczeniem, bo ja pracuję z Indianami od ponad 30 lat. Ale podobało mi się, że Włosi ich docenili.

Na koncercie pojawił się wtedy nuncjusz apostolski…

Został przysłany do Boliwii kilka miesięcy przez koncertem. Jeszcze dobrze nie znał całej tamtejszej sytuacji i tego fenomenu, jaki tam wypracowaliśmy. Koncert i to, co usłyszał, postawiły go w zupełnie nowej sytuacji. Nie znał tamtejszej kultury, nie znał historii, pewnie jak większość z nas nie wierzył w talent Indian. Ich znakomita interpretacja i technika muzyczna go zaskoczyły. Kiedy usłyszał ten koncert, dosłownie nie wiedział, co powiedzieć. Przyznał tylko, że wywarło to na niego taki wpływ, że wróci do mnie. Nie minął tydzień, dzwoni i mówi, że to trzeba pokazać na synodzie. Myślę, że to było opatrznościowe. Kościół potrzebuje odnowy, musi przestać się bać. Pamiętam, jak Jan Paweł II mówił nam te słowa, byłem wtedy młodzieńcem. I dzisiaj mamy nową sytuację. Dzisiaj Kościół w Ameryce Łacińskiej mówi: „Nie bójcie się, Duch Święty nas poprowadzi”. I nagle dostajemy zaproszenie, aby stać się częścią debaty na synodzie.

Trzeba było wziąć skrzypce i artystów z wioski, gdzie nie ma prądu, i wystąpić w bazylice św. Piotra…

I tu znowu: „Nie bój się”. No bo skąd wziąć pieniądze, by przerzucić 30 osób przez ocean? Jak tych ludzi przygotować, dostać wizy? Zacząłem to nagłaśniać. W pewnym momencie widzę, że sobie nie poradzę, że to mnie przerasta. Ale ponieważ broniąc kultury Indian, tworzymy pewną grupę wzajemnie się uzupełniającą, pojawiły się osoby, które wzięły całą logistykę w swoje ręce. Zaczęliśmy dzwonić do banków, firm ubezpieczeniowych: „Chcemy pokazać waszą kulturę”. Ale czy wystarczy dać dwa koncerty w Rzymie? Człowiek musi wierzyć, że coś osiągnie w życiu, wtedy Duch Święty działa. Ja nie czekam, aby Duch Święty mnie pchnął. Ja Go szukam i czynię Go towarzyszem mojej wędrówki…

Pomogli Ojca współbracia, werbiści…

Zorganizowaliśmy kilka koncertów w Polsce. Program pochodził z dwóch tradycji muzycznych: misyjnej, wywodzącej się jeszcze z okresu XVII- i XVIII-wiecznych jezuickich redukcji, oraz własnej. Obie przenikają się wzajemnie, bez napięć czy dominacji jednej nad drugą. I ludzie byli zaszokowani. Nagle „moi” Indianie ewangelizują nas. Kiedy 38 lat temu wyjeżdżałem z Pieniężna na misje, nie przyszłoby mi do głowy, że kiedyś przyjadę do Polski z grupą Indian. To jedno z najsilniejszych doświadczeń emocjonalnych, duchowych i intelektualnych, które przeżyłem. Przywieźli swoją sztukę i kulturę. I wszyscy byli zaskoczeni. Czuło się, że rozumiemy się nawet bez słów.

A jak zareagowano na Was w Watykanie?

Zaśpiewaliśmy podczas Mszy św. i był też koncert, trwający godzinę i 15 minut. Kardynałowie i biskupi obecni na synodzie nie mogli uwierzyć w to, co widzą i słyszą. Klaskali na stojąco, doceniając nie tyle tańce i stroje, ile wytworzoną atmosferę. To jest kontekst i wiary, i jedności, i kultury, która nas przekształca. Wytworzyło się coś, co nam zaczyna przypominać zesłanie Ducha Świętego. Mówimy w wielu językach, a czujemy się rodziną. Śpiewamy przy akompaniamencie instrumentów nam znanych, ale i obcych. Są indiańskie trąby i bębny, ale każdy jest już przekonany, że „to jest mój instrument”. Podczas Mszy z papieżem obok nas stał chór Kaplicy Sykstyńskiej. Oni śpiewali większą część liturgii po łacinie i włosku, my w języku Indian. Już przed liturgią, słysząc nasze próby, liturgista papieski przychodzi i pyta: „Co tu się dzieje?”. A potem gratuluje i chce sobie zrobić zdjęcie z Indianami. Po liturgii podeszło do nas kilku muzyków z chóru Kaplicy Sykstyńskiej. Mówili, że są zachwyceni. To buduje.

Wcześniej występowaliście już przed papieżem?

Podczas papieskiej pielgrzymki do Boliwii zrobiliśmy największą Mszę śpiewaną w historii Kościoła. Wzięło w niej udział 1334 muzyków. Wtedy było to pod gołym niebem, teraz wystąpiliśmy w bazylice św. Piotra. Trzeba było widzieć pobożność Indian, gdy przyklękali obok grobu św. Piotra. Może my mamy większą znajomość doktryny niż oni, ale taka pobożność, taki szacunek do sacrum, jakie oni mają, to ujmuje… Są w tym autentyczni. Gdy byli w Polsce, w Muzeum Opatrzności przewodnik odniósł się do Boliwii, że tam był Jan Paweł II. Nasi muzycy zaczęli wtedy śpiewać. Zaprowadziliśmy ich też do kościoła Świętego Krzyża. Pokazaliśmy im serce Chopina. Przy nim zaśpiewali „Ave Maria Guarani” z filmu „Misja”. Od nich to wyszło, spontanicznie. I ludzie, którzy byli wtedy na adoracji w kaplicy, wyszli zobaczyć, co tam się dzieje. Indianie przy sercu Chopina w Warszawie sami z siebie zaśpiewali… Czy to nie jest niesamowite? Dostaliśmy wszyscy skrzydeł. •

Ojciec prof. Piotr Nawrot SVD

jest jednym z najLEPSZYCH na świecie znawców muzyki baroku misyjnego Ameryki Łacińskiej. Od 1991 roku zajmuje się rekonstrukcją zachowanych utworów pochodzących z dawnych redukcji jezuickich i promocją muzyki barokowej południowo-amerykańskich Indian na świecie.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Krzysztof Błażyca

Fotoreporter, dziennikarz

Z redakcją „Gościa" związany od roku 2006 r. Religioznawca, członek Polskiego Towarzystwa Afrykanistycznego. Autor książek „Tego drzewa nie zetniesz. Historie z czarami w tle" (zbiór reportaży z Tanzanii, Kenii, Zambii, Nigerii i Ugandy) oraz reportażu „Krew Aczoli. Dziesięć lat po zapomnianej wojnie na północy Ugandy", za który otrzymał Grand Prix Mediatravel 2017, Nagrodę im. Stanisława Szwarc Bronikowskiego w kategorii książka podróżnicza roku oraz Nagrodę Polskiego Towarzystwa Afrykanistycznego za najlepszą książkę roku 2017 o tematyce afrykanistycznej w kategorii publikacji popularno-naukowej. Autor wystaw fotograficznych ukazujących życie codzienne w krajach Afryki. Laureat nagrody „Ekologia w obiektywie" za zdjęcie przedstawiające dzieci z nigeryjskiej wioski przy jednej ze studni wybudowanej dzięki akcji „Małego Gościa Niedzielnego". Publikował w „Misyjnych drogach", „Poznaj Świat", „Catholic Mirror" (Kenia), „Magazynie Familia", „Warto", „W drodze", „Almanachu Prowincjonalnym", „Tygodniku Powszechnym". Prowadzi fundację pomagającą w Ugandzie i Kenii (budowa studni głębinowych, wsparcie edukacji). Jego mottem są słowa kard. Charles'a Lavigerie, założyciela Ojców Białych „Pokochajcie Afrykę!".

Kontakt:
krzysztof.blazyca@gosc.pl
Więcej artykułów Krzysztofa Błażycy

 

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zobacz także