Nowy numer 14/2020 Archiwum

To już historia?

Dwunasta edycja konkursu Książka Historyczna Roku została unieważniona w atmosferze wielkiego skandalu. Odbudowanie prestiżu nagrody im. Oskara Haleckiego będzie bardzo trudne, a być może nawet niemożliwe.

Jeszcze do wtorku 22 października nic nie zwiastowało zbliżającego się trzęsienia ziemi. Książka Piotra Zychowicza „Wołyń zdradzony – czyli jak dowództwo AK porzuciło Polaków na pastwę UPA” prowadziła w internetowym plebiscycie czytelników (3108 głosów). Wiele wskazywało na to, że zdobędzie nagrodę w kategorii najlepsza książka popularnonaukowa poświęcona historii Polski w XX wieku. Na liście pozycji biorących udział w konkursie znalazła się także głośna publikacja Władysława Studnickiego „W obliczu nadchodzącej drugiej wojny światowej”. Według relacji członków jury podczas finałowych obrad reprezentujący TVP dr Piotr Gontarczyk niespodziewanie przedstawił krytyczne uwagi dotyczące obydwu tytułów i opowiedział się za ich usunięciem z konkursu. Gremium ze zrozumieniem przyjęło argument o braku krytycznego odniesienia się wydawcy do fragmentów o wszechwładzy Żydów w książce Studnickiego i zdecydowało o jej skreśleniu z listy. Za podjęciem takiej samej decyzji w sprawie książki Zychowicza miał przemawiać „zbyt słaby opis roli Niemców w zbrojeniu Ukraińców przed rzezią wołyńską”. Jury nie przyjęło tego argumentu i odrzuciło wniosek o usunięcie „Wołynia zdradzonego”.

Dwa dni później trzech spośród czterech fundatorów nagrody (Telewizja Polska, Polskie Radio i Narodowe Centrum Kultury) skorzystało jednak z zapisanego w regulaminie konkursu prawa do wycofania książki. Ta decyzja wywołała ogromne kontrowersje. Szybko zdystansował się wobec niej IPN (czwarty fundator), a prof. Antoni Dudek i prof. Sławomir Cenckiewicz postanowili odejść z jury. W wyniku protestów opinii publicznej konkurs został ostatecznie unieważniony.

Osamotniony Wołyń

– Myślę, że moja książka przeszkadzała zwolennikom brązowienia historii i jej wykorzystywania do celów propagandowych. Jako realista uważam, że zawsze trzeba pisać prawdę i analizować błędy, które popełnili nasi przodkowie. Tylko w ten sposób można wyciągnąć wnioski na przyszłość – mówi „Gościowi” Piotr Zychowicz. Jego książka jest poświęcona sytuacji Polaków na Wołyniu wiosną i latem 1943 r. Autor udowadnia, że Komenda Główna AK zlekceważyła liczne sygnały o zagrożeniu ze strony banderowców i odpowiednio wcześnie nie pospieszyła mordowanym rodakom na pomoc. Jego zdaniem przyczyną tej sytuacji były zdumiewająca wiara dowódców AK w możliwość zawarcia porozumienia z UPA oraz koncentracja wszystkich sił na akcji „Burza” i przygotowywaniu powstania przeciwko niemieckiemu okupantowi: „Wołyń konał w osamotnieniu. Z olbrzymim żalem wobec Warszawy. Nadzieje Wołyniaków, którzy do końca liczyli na odsiecz z centralnej Polski, zostały zawiedzione. Nie mam wątpliwości, że to straszliwe zaniedbanie stanowi jedną z największych plam na honorze Armii Krajowej” – pisze Piotr Zychowicz.

Zychowicz zapewnia, że jego książka jest dobrze udokumentowana. Twierdzi, że dokładnie przestudiował m.in. zawartość Archiwum Akt Nowych, w którym znajdują się zarówno dokumenty Delegatury Rządu na Kraj, jak i samej AK. Przebrnął także przez setki wspomnień i relacji Polaków ocalałych z rzezi wołyńskiej. – Jeśli chodzi o materiał źródłowy, nie mam sobie nic do zarzucenia. Jeden z najwybitniejszych specjalistów ds. polsko-ukraińskich prof. Grzegorz Motyka dobrze ocenia moją książkę. Zasiadający w jury konkursu historycy także wydali na jej temat pozytywną opinię – mówi Zychowicz.

Szkodliwe treści

Krytycy „Wołynia zdradzonego” twierdzą, że autor celowo przemilczał zbrodnie, które popełnili Niemcy na okupowanym terytorium. Zwracają także uwagę na przypisywanie im bohaterskich postaw wobec prześladowanych przez banderowców Polaków. – Po przeczytaniu tej książki można dojść do wniosku, że AK i Polskie Państwo Podziemne były złe i przeszkadzały Niemcom w ratowaniu naszych rodaków. To nieprawda – mówi „Gościowi” Piotr Gursztyn, historyk i dziennikarz związany z TVP.

W książce Zychowicza rzeczywiście można znaleźć wiele fragmentów na temat roli, jaką mieli odegrać Niemcy w ocaleniu Polaków przed rzezią. Autor przywołuje m.in. relację Tomasza Trusiuka, byłego mieszkańca Ostrówek: „Ukraińcy zrealizowaliby swój zamiar, ale przeszkodzili im w tym Niemcy, którzy kolumną jechali od strony Huszczy do Ostrówek. Widząc ich, bandyci zarządzili odwrót. Ucieczkę przyspieszył niemiecki ostrzał. Ukraińcy nie zdążyli wymordować kobiet i dzieci zgromadzonych w kościele”. Największe kontrowersje wśród krytyków publikacji budzą jednak kategoryczne sądy autora. Na przykład taki: „W 1943 roku niemieckie władze zrobiły dla mordowanych przez banderowców wołyńskich Polaków więcej niż Polskie Państwo Podziemne. Nasi rodacy mogli bardziej liczyć na wroga i okupanta niż na własny rząd i własną armię”.

W rozmowie z „Gościem” prof. Romuald Szeremietiew zaznacza, że we wszystkich swoich książkach Zychowicz manipuluje faktami i na siłę próbuje udowodnić, że Polacy podejmowali złe decyzje lub wręcz ponoszą odpowiedzialność za pewne wydarzenia. Podaje przykład publikacji „Skazy na pancerzach”, w której autor dekonstruuje mit żołnierzy wyklętych. – To skandaliczna książka. Przez nią w Białymstoku nie ma już ulicy mjr. „Łupaszki”. Pan Zychowicz propaguje szkodliwe treści, godzące w interes Polski. Niemcy i Rosja próbują zrzucać na nas swoje winy, takie książki ułatwiają im to zadanie – przekonuje Szeremietiew.

Neosanacyjna cenzura

Obrońcy autora „Wołynia zdradzonego” podkreślają, że z jego książkami można się nie zgadzać, ale nie wolno wykluczać ich z debaty publicznej. Łukasz Warzecha określił decyzję fundatorów nagrody mianem „neosanacyjnej cenzury”. Pod jego listem protestacyjnym przeciwko usunięciu książki z konkursu podpisali się nie tylko entuzjaści dorobku Zychowicza, ale także osoby, które polemizują ze stawianymi przez niego tezami. Jedną z nich jest Andrzej Arseniuk. – Napisałem kilka krytycznych słów na temat tej książki, ale byłem przeciwny jej usunięciu z konkursu w trakcie jego trwania. To wbrew jakimkolwiek regułom. Wcześniej był czas na to, aby dyskutować o zawartości merytorycznej tej publikacji. Przecież organizatorzy wiedzieli, jaka książka została dopuszczona do konkursu – mówi „Gościowi” historyk i były rzecznik IPN.

Pragnąca zachować anonimowość osoba z otoczenia fundatorów nagrody przekonuje jednak, że TVP, Polskiemu Radiu i Narodowemu Centrum Kultury nie przekazano na czas informacji na temat przyjęcia do konkursu książek Studnickiego i Zychowicza. Za formalną ocenę lektur odpowiadał bowiem IPN, pozostali organizatorzy nie wchodzili w kompetencje tej instytucji. Uczestniczący w pracach jury Piotr Semka zwrócił uwagę na to, że nikt z członków kolegium nie miał czasu na zapoznanie się ze wszystkimi pozycjami. „Obie książki zaproponował – jak mi mówiono – Sławomir Cenckiewicz i uznano, że tak doświadczony historyk wydaje im wystarczającą, pozytywną recenzję co do warsztatu wydania tego źródła historycznego” – napisał publicysta.

Dopiero w trakcie internetowego głosowania zorientowano się, że książka Zychowicza jest zbyt kontrowersyjna. Nasz rozmówca z otoczenia fundatorów wprost przyznaje, że gdyby zdobyła główną nagrodę, swój patronat nad konkursem wycofałby prezydent Andrzej Duda. – Instytucje publiczne nie mogą firmować książki szkalującej Polskie Państwo Podziemne i wychwalającej okupanta niemieckiego. Poza tym dotarły do nas informacje, że jej premiera miała miejsce po dacie zamknięcia przesyłania zgłoszeń do konkursu. Prawdopodobnie ta publikacja nie spełniała zatem wymogów formalnych – przekonuje. I dodaje, że zarzuty jakoby „Wołyń zdradzony” został poddany cenzurze, są niezgodne z prawdą. Książka jest bowiem cały czas dostępna w sprzedaży.

Smutny koniec?

Andrzej Arseniuk podkreśla, że jedną decyzją przekreślono wysiłek osób, które przez kilkanaście lat intensywnie działały na rzecz popularyzacji książki historycznej. – Do tej pory autorzy startujący w konkursie i śledzący go czytelnicy nie usłyszeli słowa „przepraszam”. Nie widzę szans na odbudowanie prestiżu tej nagrody – stwierdza.

Piotr Zychowicz zgadza się z tą opinią i dodaje, że organizacją podobnego konkursu mogłoby się zająć środowisko historyków. Jego zdaniem nowa nagroda powinna być niezależna od kapitału państwowych spółek. – Żaden szanujący się historyk nie zechce być członkiem jury, którego decyzje w każdej chwili mogą zostać zmienione przez fundatora. A właśnie z tym mieliśmy do czynienia w przypadku tegorocznej edycji nagrody im. Oskara Haleckiego – mówi autor „Wołynia zdradzonego”.

Pomimo złej atmosfery panującej wokół konkursu Piotr Gursztyn wierzy, że można go uratować. Taką wolę wyraziło nie tylko TVP, Polskie Radio i NCK, ale także członkowie jury. – Otrzymałem deklaracje od prof. Andrzeja Nowaka, dr. Piotra Gontarczyka i red. Piotra Semki. Wielu innych historyków także uważa, że trzeba zrobić wszystko, żeby ten konkurs dalej istniał – mówi P. Gursztyn. W przyszłym roku okaże się, czy ten cel uda się osiągnąć.•

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Polecamy

Komentowanie dostępne jest tylko dla .

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zamieszczone przez internautów komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama

Najczęściej komentowane