GN 31/2020 Archiwum

Z dziećmi o polityce

Jakie będzie młodzieży chowanie, taki będzie przyszły polityk.

Niby całkowita prawda i większość się z nią zgodzi. A jednak gdy przychodzi co do czego, czyli do rozmów, wyborów, dyskusji, również przy rodzinnym stole, bywa różnie. Niezbyt różowo też bywa. A wszystko to widzą nasze dzieci. Widzą, słyszą, czują. I naśladują.

Rodzinna kolacja u cioci Basi. No niby miło. Niby wszyscy się lubimy i kochamy nawet. Ale niechby ktoś skręcił na temat polityczny... I się zaczyna. Jazgot, wrzask, agresja. Nawet jeśli nie głośno, to gdzieś tam ukryta złośliwość i nieukrywane wcale próby przekonania do swoich racji. A jeśli się nie uda (bo się nie uda), to najlepiej zgiń, przepadnij, zatruj się śledziem albo i udław kostką od kurczaka. A dzieci widzą.

A gdy przychodzi do wyborów, czy do wyników wyborów, to znów się zaczyna. Tym razem komentowanie. Kto i jaki bałwan się dostał i kto za tym stoi. Względnie co zrobić, żeby się bałwana pozbyć. Nic to, że ów „bałwan” został wybrany przez obywateli, którzy zagłosować mieli prawo, a tenże mógł startować. Tylko mój kandydat ma prawo tak naprawdę być wybranym. Tylko mój... A dzieci patrzą.

I tak dalej, i tak dalej, i tak dalej. Nie trzeba tu wspominać, że nasze polityczne rozmówki w internecie to w ogóle przybierają jeszcze koszmarniejsze formy i treści. I strach się czasem bać, czytając wyzwiska, epitety, pomyje wylewane na czyjąś głowę. A dzieci czytają, czytają...

Więc chwilę potem wygląda to tak, że jeśli koleżanka wygra w wyborach do samorządu szkolnego, to pół szkoły się obraża. A jeśli kolega powie, na kogo głosował jego tatuś, to pół klasy się na niego rzuca z wrzaskiem. I w końcu, gdy dziecko powoli dorasta, przestrzeń polityki kojarzy mu się zwykle z jakąś formą agresji, braku akceptacji, a zawsze z walką.

Dzieci to istoty społeczne. To ludzie, nieco mniejsi, którzy również żyją tu i teraz, i dobrze, by interesowali się przestrzenią wokół. W tym polityką, bo od tego w dużym stopniu zależy ich przyszłość. Ale zainteresowanie to nie histeryczne zachowania i nie postępująca walka: najpierw w przestrzeni domu, potem szkoły, potem parlamentu.

Zaczyna się nowa kadencja Sejmu i Senatu. Ze względu na kilka „barwnych” postaci można obawiać się awanturek i wrzasków z mównicy sejmowej. Niestety. Ale na to wpływu już nie mamy. Mamy natomiast wpływ na własne dzieci. One kiedyś zajmą miejsca dzisiejszych (potencjalnych oczywiście) krzykaczy.•

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Agata Puścikowska

Dziennikarz działu „Polska”

Absolwentka dziennikarstwa i komunikacji społecznej na Uniwersytecie Warszawskim. Od 2006 r. redaktor warszawskiej edycji „Gościa”, a od 2011 dziennikarz działu „Polska”. Autorka felietonowej rubryki „Z mojego okna”. A także kilku wydawnictw książkowych, m.in. „Wojenne siostry”, „Wielokuchnia”, „Siostra na krawędzi”, „I co my z tego mamy?”, „Życia-rysy. Reportaże o ludziach (nie)zwykłych”. Społecznie zajmuje się działalnością pro-life i działalnością na rzecz osób niepełnosprawnych. Interesuje się muzyką Chopina, książkami i podróżami. Jej obszar specjalizacji to zagadnienia społeczne, problemy kobiet, problematyka rodzinna.

Kontakt:
agata.puscikowska@gosc.pl
Więcej artykułów Agaty Puścikowskiej

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zobacz także