Nowy numer 14/2020 Archiwum

Filmowa prasówka

Jeżeli ktoś na poważnie brał szumne zapowiedzi reżysera, że film „Polityka” wywoła burzę, to srodze się rozczarował.

Wiele hałasu o nic. Tak po obejrzeniu filmu Patryka Vegi można skwitować agresywną kampanię reklamową, prowadzoną przez reżysera w mediach przed premierą filmu. Widzowie, którzy masowo zapełniali sale kinowe na kilku wcześniejszych filmach Vegi, poczują się rozczarowani. Przyzwyczaił ich bowiem do czegoś innego niż najnowszy obraz. Mimo czasem nie najwyższego poziomu i dramatycznych mielizn filmy Vegi wciągały widza w akcję, a sowicie kraszone wulgaryzmami kabaretowe często sceny wywoływały rozbawienie i rechot na sali. Za tym wszystkim trudno było odkryć intencje, jakimi kierował się reżyser, kręcąc kolejne filmy. Być może nie potrafił ich wyraziście wyartykułować, ale miałem wrażenie, że opowiadając swoje gangsterskie czy medyczne historie, na ich dnie, poza powodami komercyjnymi, ukrył coś więcej. Szkoda tylko, że to dno sięga aż tak głęboko. Nie można jednak nie zauważyć dwóch, przewijających się w jego filmach charakterystycznych wątków. Bohaterowie, albo raczej antybohaterowie, jego filmów po chwilowym sukcesie na różnych polach przestępczej działalności kończą najczęściej marnie. Taka swoista wariacja na temat zbrodni i kary. Drugą jest wątek religijny. Chyba znaczenie ma fakt, że np. w ostatniej scenie „Służb specjalnych”, kiedy bohater zostaje sam, całuje różaniec, a w „Botoxie” potworna scena aborcji ma jasno określone przesłanie pro-life, co szczególnie nie spodobało się krytykom filmu. Nie wpływa to oczywiście na ocenę walorów artystycznych dzieł tego reżysera, jednak warto podkreślić, że nie korzysta on z państwowych dotacji i sam zdobywa środki na swoje produkcje. W przeciwieństwie do wielu cieszących się minimalną oglądalnością filmów dotowanych, a także nagradzanych na mnożących się jak grzyby po deszczu krajowych festiwalach filmowych. Wysoka pozycja w box office nie świadczy oczywiście o wartości filmów, ale przecież twórcy nie robią filmów tylko dla siebie i przyjaciół, muszą także myśleć o widzu.

Teza mało odkrywcza

Tym razem Patryk Vega zawiódł swoich widzów. Nakręcił smutny film o polityce, a właściwie o politykach z pierwszych stron gazet, szczególnie tych z prawej strony sceny politycznej. Dostało się również Platformie, ale tylko śladowo, chociaż reżyser w wywiadach deklarował, że nie będzie oszczędzał żadnego z ugrupowań. Ostatecznie nic w tym dziwnego, bo zwykle w podobnych produkcjach najbardziej narażona na krytykę czy krytykanctwo jest strona znajdująca się u władzy.

Czy film Vegi rzeczywiście głęboko wchodzi w mechanizmy rządzące polityką, czy obnaża jakieś sekrety partyjnych działań, czy w tym temacie wnosi coś nowego? Wydaje się, że nie wnosi nic, czego nie wiedzą widzowie nawet pobieżnie interesujący się krajowymi wydarzeniami politycznymi. Polityka to błoto. Bardzo głębokie. Taka jest mało odkrywcza teza filmu. Do zilustrowania tego przesłania posłużyły perypetie kilku pokazanych w sposób karykaturalny postaci zainspirowanych niektórymi bohaterami naszej sceny politycznej i jednego duchownego. Łatwymi do rozszyfrowania, bo jeszcze przed premierą filmu wszyscy wiedzieli, o kogo chodzi. Jeden z nich, obecnie znajdujący się już poza polityką, złożył nawet w sądzie pozew o ochronę dóbr osobistych, grożąc zablokowaniem premiery filmu. Przypuszczam, że taka bezpłatna reklama ucieszyła reżysera, a nazwisko pozywającego, jako jedynego z grona służących za pierwowzory fikcyjnych postaci, znalazło się w napisach końcowych.

Kulawa dramaturgia

Film Vegi nie jest dokumentem, trudno mu więc robić zarzuty, że nie trzyma się faktów. W scenariuszu wykorzystano rzeczywiste, wzbogacone fantazją twórców wydarzenia, które niedawno rozgrywały się na naszej scenie politycznej. Jednak bez finezji i w sposób prostacki. Nie można zaprzeczyć, że niektórzy politycy, ich wystąpienia i działania, stanowią dla satyryków znakomite źródło inspiracji. Szczególnie wówczas, gdy ich słowa, obietnice i deklaracje tak bardzo rozmijają się z tym, co robią. Kiedy używając szczytnych haseł i powołując się na Pana Boga, dają słuchaczom wskazówki, jak powinni żyć, jednocześnie zaprzeczając im swoimi czynami i wznosząc się na szczyty hipokryzji.

Podobnie jak w innych filmach Patryka Vegi i w tym przypadku kuleje dramaturgia. „Polityka” składa się z kilku części, z których każda ma swojego bohatera. Chociaż reżyser usiłuje w dalszym etapie filmu łączyć niektóre wątki, wychodzi to słabo. Żaden z wątków nie odkrywa nic nowego, bo wszystko to znamy z mediów.

Filmowa układanka

Bohaterką pierwszej części filmu jest Pani Premier. Podobnie jak kiedyś Wincenty Witos, który wspominał, że o swojej nominacji dowiedział się, kiedy orał pole, przyszła premier w chwili otrzymania informacji karmi kurczęta. Oglądamy zwykłą gospodynię domową, niemającą nic wspólnego z polityką. Wraz z mężem, który lubi spędzać czas w miejscowej gospodzie, obiera ziemniaki, a po wyjeździe do Warszawy i objęciu stanowiska staje się papugą Prezesa, w końcu upokorzoną.

Druga opowieść ma dwóch bohaterów, czyli ministra i jego świeżo mianowanego asystenta. To najbardziej rozrywkowa, jeżeli można tak nazwać, część filmu. Przaśne, nasycone wulgaryzmami sceny erotyczne, łącznie z homoseksualnymi aluzjami w stronę ministra wykreowanego w filmie na paranoika, i koszarowe dowcipy nie śmieszą. Pozostawiają tylko niesmak. Kolejna część przypomina skandaliczną aferę obyczajową związaną z romansem posła i członka jednej z komisji sejmowych znanego z czynnego zaangażowania w promowanie chrześcijańskich i rodzinnych wartości. Wśród tych opowieści nie mogło oczywiście zabraknąć Ojca Dyrektora, który rozdaje karty po prawej stronie sceny politycznej, snując jednocześnie makiaweliczne intrygi.

Realizatorzy kreatywnie potraktowali głośną sprawę organizacji urodzin Hitlera z 2017 roku, o których reportaż nakręcili dziennikarze TVN. Tym razem urodziny innego zbrodniarza, Stalina, za sowitą opłatą inspirują wysłannicy z Torunia, by skompromitować organizatorów. Szyta grubą nicią, niezborna dramaturgia tego wątku jakoś widzów nie rozśmieszyła. Wszystkie te wątki sprawiają wrażenie, że twórcy dobrze przeprowadzili prasówkę, ale ich jedyną lekturę stanowiła „Gazeta Wyborcza”.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Dziennikarz działu „Kultura”

W latach 1991 – 2004 prezes Śląskiego Towarzystwa Filmowego, współorganizator wielu przeglądów i imprez filmowych, współautor bestsellerowej Światowej Encyklopedii Filmu Religijnego wydanej przez wydawnictwo Biały Kruk. Jego obszar specjalizacji to film, szeroko pojęta kultura, historia, tematyka społeczno-polityczna.

Kontakt:
edward.kabiesz@gosc.pl
Więcej artykułów Edwarda Kabiesza

Zobacz także

Komentowanie dostępne jest tylko dla .

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zamieszczone komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji