Nowy numer 43/2020 Archiwum

Dzikość serca

Ogień. Jak innym słowem opisać to, co wylewało się z głośników nad Popradem? W ostatnich dniach sierpnia słupy wyznaczające północną granicę Bałkanów postawiono na Sądecczyźnie.

Maria Todorova, urodzona w Sofii publicystka wykładająca historię regionu na amerykańskich uczelniach, w swych „Bałkanach wyobrażonych” cały obszerny rozdział poświęciła granicom tego regionu. Gdzie leżą? Pamiętam święte oburzenie Chorwatów, którym kilkukrotnie sugerowałem, że należą do kultury Bałkanów. Protestowali, wskazując ręką wschód. Todorova nie przewidziała jednego: w ostatnich dniach sierpnia słupy graniczne Bałkanów postawiono nad Popradem. Na Sądecczyźnie. Na historycznym europejskim szlaku wędrówek ludów z południa na północ.

Pojedynek na trąbki

Klimaty rodem z roztańczonej, obleganej przez tysiące ludzi serbskiej Guczy? Dzikość serca przemieszana z nostalgią? Feeria barw i dźwięków? Kąpiel w wartkim Popradzie (niemal jak nad rzeką w „Czasie Cyganów”) i nieśmiertelne „Ederlezi” obok tęsknoty skrzypiec i wulkanu orkiestr dętych? Takie klimaty tylko w Barcicach pod Starym Sączem. Na niezwykłej imprezie Pannonica Folk Festival – miejscu spotkań i celebrowania kontaktu z żywą kulturą nowej Europy w jej licznych odmianach: węgierskiej, bałkańskiej, cygańskiej i karpackiej.

Pod sceną zmieniają się nastroje. Łzawe, pastelowe klimaty przechodzą w utwory przypominające gejzer. Nogi same rwą się do tańca, a dźwięki wypływające z mocą kałasznikowa z głośników zdolne są ożywić umarłego. Naprawdę. „Gdyby mu zagrali, podskoczyłby jeszcze”.

Dwunastu koncertów wysłuchała rekordowa liczba uczestników – niemal 20 tysięcy! Nic dziwnego, że brytyjski „Songlines Magazine” uznał imprezę za jeden z najlepszych festiwali muzyki etno i world music na świecie.

Pannonica stała się obowiązkowym punktem wakacyjnych eskapad; miejscem, w którym słowa „Ale wiocha!” nabierają wreszcie pozytywnego znaczenia, muzyka jest żywa, a nie plastikowo-cepeliowska. Od siedmiu lat w ostatni sierpniowy weekend kolorowa ekipa zjeżdża tłumnie do miejsca określanego potocznie „krzakami nad Popradem”.

Dream team

W tym roku nad Popradem wystąpiła absolutna pierwsza liga wykonawców. Na scenę wychodzili m.in.: grający na wszelkiej maści fletach, flecikach i fujarkach Serb Bora Dugić, macedońska legendarna kapela Kočani Orkestar, Bum Bum Orkestar, Bisserov Sisters (Bułgaria) i Luiku (Ukraina). Gdy na scenie dwadzieścia śpiewaczek z The Bulgarian Voices Angelite zaśpiewało potężnym, przejmującym do szpiku kości głosem, publika miała ciarki…

Skąd nazwa festiwalu? Panonia (łac. Pannonia) to określenie dawnej rzymskiej prowincji, obejmującej tereny dzisiejszych Węgier, Serbii, Chorwacji, Słowenii, Bośni i Hercegowiny oraz Słowacji. Obszar bliski nam kulturowo. Ziemia, na której pachnie kadzidło przywiezione przez mnichów ze świętej góry Athos, a aromat mocnej, parzonej w tygielku zwanym dżezwą kawy miesza się z mdławą, oleistą wonią bezkresnych pól słoneczników i intensywnym zapachem wina, miodu i lip. Ziemia, o której Toni Dimitrova śpiewała: „Na krańcu Europy żyjemy sobie jak w raju, mówią o nas, że jesteśmy biedni, ale my wiemy, że i tak jesteśmy »naj«. Jeden pije, drugi płaci. Mamy wirusa, który nazywa się bałkański syndrom”. Dodajmy: to wirus nieuleczalny.

Moja prva ljubav

To była miłość od pierwszego wejrzenia. Zaczęło się od „Czasu Cyganów” i pozostałych galopujących w zwariowanym tempie filmów Kusturicy. Potem doszedł rozpędzony, wielobarwny obraz „Gucza” – historia młodej Serbki zakochanej w wirtuozie trąbki – Cyganie. W tle pełna ognia muzyka zespołu Bobana Markovicia – cygańskiej kapeli z Vladičin Han, kwintesencja szalonej, dzikiej muzyki bałkańskich orkiestr dętych. Wsiąkłem na dobre. Od lat słucham tej najbardziej energetycznej muzyki świata.

Piątek. Upał nie do zniesienia. Jak dobrze, że można zanurzyć się w Popradzie. Na polu namiotowym ruch od rana. Powstają małe orkiestry skupione wokół facetów z gitarami. Tegoroczny przebój? „Bella ciao, bella ciaooo” – drą się wniebogłosy ci, którzy z wypiekami na twarzach śledzili ekipę Profesora robiącą na Netflixie skok na hiszpańską mennicę. Publika rozgrzana do czerwoności. Z nieba leje się żar.

Temperatura była tak wysoka, że niebo musiało na godzinę ostudzić atmosferę. I dobrze! Nad polem namiotowym i sceną przeszła gigantyczna burza, która nie dość, że postraszyła organizatorów (zaczynać koncert? nie zaczynać?), to jeszcze wylała na Barcice wanny wody.

Piątkowe szaleństwo rozpoczęło się z godzinnym opóźnieniem. W błotku. Wśród dymiących, parujących gór. Coś pięknego! Gdy na scenę weszła grająca od 14 lat kapela EtnoRom, znów zapłonął ogień. Ekipa zebrana wokół małżeństwa Jozsefa Baloga (uważanego za króla cygańskich ballad) i Ágnes Künstler od lat odkurza leżące na strychach Węgier i Rumunii romskie nuty. Pod sceną można było przekonać się, że „płynie w nas gorąca krew”, a „Polak i Węgier to dwa bratanki”.

Na scenie Adam Strug. Pod burzowym niebem wirują pary. Pamiętam, jak aktor Krzysztof Majchrzak we właściwy dla siebie sposób zachwalał: „Jeżeli macie po dziurki w nosie leszczy i cieniasów, z których każdy jest klonem George’a Michaela, i dziewczynek, które śpiewają jak Madonna, Lady Gaga, Gugu, Gęgę, zwrócicie uwagę na piosenki Adama Struga”. Słucham go od lat. Gdy ucichnie gwar miasta, szum samochodów, ryk autoalarmów, a świat ma wreszcie chwilę, by odsapnąć w mroku. Jego utwory mają w sobie coś hipnotyzującego. Spotykałem go na koncertach Kapeli Brodów, Monodii Polskiej czy w czasie biesiad festiwalu Pieśni Naszych Korzeni, ale dopiero jako solista, wydając autorskie płyty, rozwinął skrzydła. Jego piosenki wpadają w ucho i za Chiny nie chcą go opuścić. Wszystkie pary tańczą!

Bardzo Dziki Wschód

Po 22.00 na scenę wtacza się największa gwiazda siódmej edycji festiwalu: słynna Orkiestra Weselno-Pogrzebowa dowodzona przez Gorana Bregovicia. Rozpoznawalne od żłobka do nagrobka utwory mieszają w koncertowym kotle z pieśniami z ostatniego krążka „Three Letters from Sarajevo”.

Syn Chorwata i Serbki, kompozytor muzyki filmowej (m.in. „Arizona Dream”, „Underground”) i dawna gwiazda rockowego Bijelo Dugme, przemierza świat wzdłuż i wszerz z Wedding and Funeral Orchestra. Śmiało łączy ludowe melodie bałkańskie z muzyką techno, a rockowe ballady z muzyką sakralną.

Przed laty związał się z Emirem Kusturicą – reżyserem takich filmów jak: „Ojciec w podróży służbowej” „Czas Cyganów”, „Arizona Dream” czy „Obiecaj mi”. Po filmie „Underground” nastąpił gwałtowny, burzliwy rozwód, a filmowiec w ostrych słowach nazwał Bregovicia „złodziejem” odkurzającym tradycyjne bałkańskie pieśni i dopisującym do nich numer swojego konta. Tak czy owak artysta jest niekwestionowaną klasyką gatunku, jego piosenki zna każdy – prawy do lewego, a krążki sprzedają się jak świeże bułeczki.

Koncertu Bregovicia słuchało kilkanaście tysięcy ludzi. Jest gwiazdą, z wszelkimi plusami i minusami tego określenia. To widać, słychać i czuć. Artysta pokazał, jaka siła drzemie w melodiach rodem z południowo-wschodnich rubieży Europy, na które racjonalny, poukładany do granic możliwości, pedantyczny Zachód spogląda z podejrzliwością, dystansem i strachem.

Północ, a nikt nie śpi. Patataj, patataj… Western połączony z „cyganizacją” (określenie z przeboju Shantela „Disko Partizani”)? Tabor rozmawiający po francusku? Nazwa kapeli wyjaśnia wszystko. Aälma Dili to dosłownie „dusza szaleńca”. Nie można lepiej podsumować muzyki tej ekipy: tygla melodii z paryskich przedmieść, amerykańskich westernów i romskich taborów. Publika doskonale czuje, o co chodzi. Oj, będzie miała jutro zakwasy…

Wracam do domu, słuchając muzyki Bobana Markovicia. Brakowało mi właściwie tylko pytania, które co wieczór słyszałem w pewnej hercegowińskiej wiosce od gospodyni, Ljubijcy. Codziennie zadawała mi jedno, jedyne: „Martine, rakija czy wino?”. •

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama