Nowy Numer 38/2019 Archiwum

Nie należy obwiniać ofiary

Roger Moorhouse, autor książki „Polska 1939. Pierwsi przeciwko Hitlerowi”, poświęconej kampanii wrześniowej, nie ma wątpliwości, że alianci spisali nasz kraj na straty.

Edward Kabiesz: Czy prócz Pana książki są jakieś inne zachodnie publikacje dotyczące kampanii wrześniowej?

Roger Moorhouse: Niewiele. W języku angielskim ukazały się m.in. wspomnienia Rudnickiego, Andersa i Sosabowskiego. Są także nieliczne, czysto militarne opracowania, jak na przykład „Kampania w Polsce” Madeja i Zalogi czy książka Richarda Hargreavesa. Ostatnią pozycją, w której znalazła się szczegółowa analiza kampanii w języku angielskim, była „Zwycięska wojna Hitlera” Nicholasa Bethella z 1972 roku.

Dlaczego ta kampania traktowana jest na Zachodzie marginalnie?

Myślę, że tak naprawdę nikomu poza Polską nie zależało na pisaniu o niej. Z wyjątkiem Niemców, którzy w latach 1939–1940 wydawali przeznaczone dla masowego czytelnika albumy, książki i zakłamane wspomnienia na jej temat. Nikt inny nie miał powodu, by szerzej przedstawiać historię kampanii. Sowieci utrzymywali fikcję swojej „neutralności” w tym okresie wojny, a Brytyjczycy i Francuzi nie widzieli powodu, by opowiadać o historii sojusznika, którego porzucili. Natomiast po wojnie kampania pozostaje w cieniu innych wydarzeń. Wielkich bitew, które przyniosły o wiele więcej ofiar, i potwornych okrucieństw. Oczywiście komuniści również nie mieli interesu w tym, by przedstawiać jej prawdziwą historię. Swoją rolę odgrywają też bariera językowa i trudności, z jakimi do 1989 roku mieli do czynienia zachodni badacze w docieraniu do polskich archiwów. To wszystko złożyło się na to, że kampania wrześniowa, przynajmniej w angielskojęzycznej literaturze, pozostaje na marginesie. To chyba najmniej rozumiana i najmniej zbadana z głównych kampanii II wojny światowej.

Dlaczego zainteresował się Pan tym właśnie tematem?

Myślę, że jednym z głównych zadań historyka jest poszukiwanie tematów ważnych i interesujących, ale mało znanych. Moim zdaniem polska historia jest fascynująca i od wielu lat się nią zajmuję. Dla mnie historia kampanii wrześniowej jest pełna heroizmu, kontrowersji i mitologii, dlatego też bardzo chciałem ją przekazać światowej publiczności.

Wydaje mi się, że dla polskiego czytelnika najciekawsze w książce są fragmenty dotyczące działań dyplomatycznych Wielkiej Brytanii i Francji, mających na celu uniknięcie wojny. Oba kraje podejmowały je także w czasie pierwszych dni inwazji. Napisał Pan jednak, że były to działania kompletnie nieskuteczne i nieprzemyślane.

Rzeczywiście są one ciekawym aspektem historii. Z pewnością miały negatywny wpływ na polski wysiłek wojenny. Tym bardziej w chwili, gdy Polacy gromadzili swoje siły blisko granicy niemieckiej, aby wymusić natychmiastową reakcję aliantów, a także dlatego, że Brytyjczycy i Francuzi przekonali Polskę do wstrzymania mobilizacji tuż przed wybuchem wojny, aby nie „sprowokować” Hitlera. Oczywiście potem zrobili niewiele, aby realnie wesprzeć Polskę. Francuzi na krótko najechali Saarę, a RAF „zbombardował” Niemcy ulotkami. Tak więc brytyjskie i francuskie działania oraz bezczynność tych państw w 1939 r. z pewnością Polsce szkodziły. Powinny być powodem wielkiej skruchy, a nawet wstydu w Londynie i Paryżu. W książce staram się jednak podkreślić, że nie wynikały one, jak często się zakłada, z jakichś makiawelicznych motywów. Jest w nich oczywiście element imperialnej arogancji, ale poza tym rządy Wielkiej Brytanii i Francji bardziej motywowały naiwność i niekompetencja niż cynizm.

Czy jednak Francja i Wielka Brytania nie chciały po prostu, a pojawiają się takie opinie, skierować uderzenia Niemców na Polskę? Przecież rządy obu krajów zdawały sobie sprawę, że nie są w stanie udzielić Polsce jakiejkolwiek realnej pomocy.

Oba rządy cechowały raczej poczucie niemożności i braku woli. Wielka Brytania i Francja wiedziały, że nie są w stanie bezpośrednio wpłynąć na niemiecką ofensywę w Polsce. Ale mogły wpłynąć pośrednio, bombardując Niemcy lub atakując Zagłębie Saary z większą energią i siłą. Niestety, w Londynie i Paryżu nie było ani politycznej, ani wojskowej chęci do takich działań. Spisano Polskę na straty, nie udzielając, pomimo wszystkich deklaracji dotyczących polskiego honoru i męstwa, realnej pomocy. Zamiast tego obiecywali przywrócić niepodległą Polskę po pokonaniu nazistowskich Niemiec, co pozostało kolejną niespełnioną obietnicą.

W książce kwestionuje Pan opinię, że Niemcy zawdzięczają swój sukces w kampanii wrześniowej doktrynie blitzkriegu.

To bardziej złożony problem niż przekonanie, że Polska została podbita przez niemieckie czołgi. Oczywiście Niemcy zawdzięczają czołgom sporo, ale przypisanie klęski wyłącznie blitzkriegowi to papuga niemieckiej propagandy wojennej. Tu zagrało wiele czynników – przewaga uzbrojenia armii niemieckiej, zasada ścisłego trzymania się tajemnicy wojskowej, która poważnie utrudniała wysiłki obronne... Swoją rolę odegrała również natura. Lato tego roku było wyjątkowo suche, co sprawiło, że planowana obrona wzdłuż głównych rzek, czyli Wisły, Bugu i Narwi, została zagrożona. Zresztą sam blitzkrieg jako doktryna wojskowa w 1939 r. nie był jeszcze w pełni dopracowany.

Skąd wziął się mit rozpaczliwej „szarży kawalerii na czołgi”?

To także zasługa niemieckiej propagandy. Niemcy, przystępując do wojny w 1939 r., dysponowały większą liczbą kawalerzystów niż Polacy. Polska armia miała oczywiście własne czołgi, ale niemiecka propaganda przedstawiała własne siły jako najbardziej zaawansowane technologicznie, a wroga – jako prymitywne i zacofane pod tym względem. W rzeczywistości w czasie kampanii wrześniowej polscy kawalerzyści okazali się wyjątkowo skuteczni w walkach przeciwko piechocie. Natomiast kontratak prowadzony przez niemieckie jednostki pancerne miał przewidywalne konsekwencje. Świadkiem jednego z takich kontrataków podczas bitwy nad Bzurą był włoski reporter Indro Montanelli, korespondent „Corriere della Sera”, który napisał, że to Polacy zaatakowali niemieckie czołgi. Niemiecka propaganda od razu podjęła i wykorzystała tę historię. Tak narodził się mit.

W książce wspomina Pan również o błędach popełnionych przez Polaków. O jakie błędy chodzi?

Och, jest ich kilka. Brak inwestycji w zbrojenia w latach 30. XX wieku, chociaż tak naprawdę polska gospodarka nie była w stanie dorównać nawet ułamkowi niemieckich wydatków wojskowych. Następnie decyzja Naczelnego Dowództwa o zbyt wczesnym opuszczeniu Warszawy, co sprawiło, że mogło ono odgrywać jedynie peryferyjną rolę w koordynowaniu wysiłków obronnych. Jednak nie należy obwiniać ofiary, bo prawdziwymi winnymi są oczywiście Niemcy i Sowieci, którzy rozpoczęli inwazję, próbując doprowadzić do zniszczenia Polski.

Do kogo skierowana jest Pana książka? Co, Pana zdaniem, może zainteresować w niej polskiego czytelnika?

Polscy odbiorcy są oczywiście lepiej zaznajomieni z historią kampanii wrześniowej niż ci z zagranicy, więc nie potrzebują podstawowych informacji. Jednak w książce znalazło się wiele nowych materiałów archiwalnych, w tym spisanych opowieści czy pamiętników świadków wydarzeń. Myślę, że to może zainteresować polskiego czytelnika. Starałem się przedstawić tę historię w sposób jak najbardziej zbalansowany i obiektywny, umieszczając kampanię wrześniową w jak najszerszym kontekście. Ponadto, biorąc pod uwagę, że Polacy są zasadniczo nieobecni w narracji w anglojęzycznej historiografii, chciałem, by polskie głosy znalazły się w książce o ich własnej historii. Poza tym kampania wrześniowa to przede wszystkim niezwykle poruszająca, ludzka historia, pełna tragedii, heroizmu i zdrady. Takie historie zawsze mnie interesują i mam nadzieję, że zainteresują też moich odbiorców. •

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Zobacz także

Zamieszczone przez internautów komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama

Sponsorowane

Https://Www.AUTOdoc.PL