Reklama

    Nowy Numer 37/2019 Archiwum

Klejnot w błocie

Kiedyś zagadnął mnie pewien pan: „Ksiądz na kazaniach jest zbyt dramatyczny i wstrząsający. Nie należy ludziom mówić takich ponurych treści i zasmucać ich. Wszyscy jesteśmy zagonieni i zmęczeni, i samo życie nas przygnębia. Przychodzimy w niedzielę do kościoła po coś radosnego. Niech nam ksiądz opowiada miłe zdarzenia, anegdotki, coś do śmiechu. A nie te pełne powagi przestrogi”.

Mój dawny przyjaciel z seminarium misyjnego, posłany do Niemiec, musiał się szybko ewakuować z parafii, do której trafił, po wygłoszeniu kazania o grzechu i nawróceniu. Ludzie nie chcieli takiego „proroka nieszczęścia”. Grzechów już nie ma, nawrócenie ma być co najwyżej „ekologiczne” bądź „pastoralne”. Ale wstrząsać człowiekiem wizją grzechu i potępienia? Podtykać mu pod nos Chrystusowy krucyfiks? To gwałt na ludzkiej wrażliwości, kwestionowanie wolności wyboru i opinii.

Niełatwo być Jeremiaszem. Dzisiejsi Jeremiaszowie lądują w dole z błotem, podobnie jak ich pierwowzór z czasów oblężenia Jerozolimy przez Babilończyków 700 lat przed Chrystusem. Nie wolno im w amerykańskich klinikach aborcyjnych przestrzegać kobiet przed zabiciem dziecka, nie wolno im propagować życia we francuskiej przestrzeni internetowej, nie wolno im też mówić, że małżeństwo to przepis na trwałą miłość między mężczyzną i kobietą, bo to „obraża” i „wyklucza”. I pewnie nie zostaną zaproszeni na konferencję, jeśli spróbują przekonywać, że Żyd i gej, podobnie jak każdy mieszkaniec naszej planety, potrzebują zbawienia w Chrystusie. Do dołu z nim, w błoto, niech zamilknie. Nie lubią proroków ani korporacje, ani liberalne gospodarki rynkowe. Zamierzają bowiem oni rzucić ludzi na kolana przed Bogiem i nakłaniają do ufnej modlitwy. A świat nie lubi „słabeuszy”, ale ludzi twardo stojących na własnych nogach i potrafiących liczyć na siebie. Nie obezwładniajcie ludzi, nie wkładajcie im do rąk różańca. Liczy się tylko wiara w siebie, psychiczna odporność i polityczna poprawność, a co nadto jest, z zakrystii pochodzi.

Na szczęście Bóg wzbudza Ebedmeleków, czyli„królewskie sługi”, którzy doceniają misję proroków i wstawiają się za nimi. Jak wiele znaczy wsparcie szlachetnych dusz! Płynie ono z klasztorów kontemplacyjnych, z cierpienia składanego Bogu w ofierze w salach szpitalnych i domach opieki oraz z ust dzieci, które najlepiej umieją wyrazić szloch człowieka pozbawionego wiekuistej miłości. •

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..