Nowy Numer 37/2019 Archiwum

Johnson Street 10

Nowemu premierowi Wielkiej Brytanii niemal nikt w Europie nie chce udzielić kredytu zaufania. A co, jeśli to właśnie „ekscentryczny i kontrowersyjny” Boris Johnson zdoła przeprowadzić Wyspy przez brexitową burzę?

Nie wypalił projekt drugiej Margaret Thatcher, a i Boris Johnson drugim Winstonem Churchillem nie będzie. Do tej prostej tezy chciałem w pierwszym odruchu sprowadzić analizę zmiany warty na Downing Street 10 w Londynie. Bo tak wydaje się najłatwiej: wiemy już, że ani Theresa May nie odchodzi w glorii żelaznej damy, ani po Borisie Johnsonie niewielu spodziewa się czegoś na miarę męża stanu. I można by ograniczyć się do prognozowania jego rządów wyłącznie na bazie tego, co utrwaliły w głowach Europejczyków medialne doniesienia. A co, jeśli okaże się, że to właśnie ten „nieprzewidywalny” i „krnąbrny” polityk dokona tego, co nie udało się jego „przewidywalnej” poprzedniczce?

Premier z pazurem

Już w pierwszych słowach po objęciu urzędu dał do zrozumienia, że jego priorytetem będzie brexit: z nową umową lub bez, ale też bez żadnego dalszego opóźniania. Przemawiając przed siedzibą rządu na Downing Street 10, Johnson mówił o swojej osobistej odpowiedzialności za zrealizowanie tego zadania. Dyplomatycznie wyraził uznanie dla Theresy May, ale od razu dodał: „Mimo jej wysiłków stało się jasne, że w kraju i za granicą są pesymiści, którzy uważają, że po trzech latach niezdolności do podjęcia decyzji ten kraj stał się zakładnikiem starych argumentów z 2016 r., a ta kolebka demokracji jest niezdolna do respektowania demokratycznego mandatu. Stoję dzisiaj przed wami, aby powiedzieć Brytyjczykom, że ci krytycy są w błędzie” – mówił premier Johnson. I zapewnił, że jego rząd „odbuduje zaufanie do naszej demokracji oraz spełni powtarzane obietnice (…) i wyprowadzi nas z Unii Europejskiej 31 października, bez żadnego ale”.

Johnson już wcześniej deklarował, że będzie chciał wypracować nowe porozumienie z Brukselą, ale równolegle zleci też przygotowania na wypadek twardego brexitu, bez umowy. Właściwie należałoby uznać, że Boris Johnson chyba wreszcie dorósł do zadania, które on sam przecież wypromował 3 lata temu, po czym, po wygranej w brexitowym referendum, nagle zniknął ze sceny.

Gdzie jest Boris?

W 2016 r. byliśmy świadkami rzeczy niesłychanej: liderzy kampanii za wyjściem Wielkiej Brytanii z UE schowali głowy w piasek, gdy okazało się, że przeważyli ich zwolennicy. Łatwo było szafować hasłami rozwodowymi, ale wziąć odpowiedzialność za cały proces – już niekoniecznie. Ironią losu było to, że za brexit musiała zabrać się zwolenniczka pozostania w UE, czyli Theresa May, podczas gdy główne twarze kampanii za wyjściem – Boris Johnson, Michael Gove i Nigel Farage – każdy w różnych okolicznościach – nagle zniknęli z codziennych debat publicznych.

– Johnson właśnie pokazał, jakim jest cwaniakiem. Prowadził zawsze grę obliczoną na objęcie przywództwa w Partii Konserwatywnej, miał nadzieję zrobić to, rozkręcając wielką kampanię za brexitem, ale nie wygrywając jej – mówił mi tuż po referendum prof. Tim Bale, politolog z Que- en Mary University w Londynie, autor m.in. książek poświęconych historii Partii Konserwatywnej. – Kiedy więc wygrał referendum, okazało się, że nie ma planu na przeprowadzenie brexitu i że nie jest gotowy do walki o przywództwo w partii. Zorientował się, że nie wygra tej rywalizacji, postanowił więc wycofać się, by uniknąć upokorzenia – prof. Bale był dla Johnsona bezlitosny.

Teraz, po nieudanej próbie przeprowadzenia cywilizowanego brexitu przez Theresę May, Boris Johnson wraca do gry. To jasne, że samo wprowadzenie się na Downing Street nie zrobi z niego męża stanu. A jednak, trochę wbrew dominującym w mediach europejskich lamentacjom, mam ochotę udzielić mu pewnego kredytu zaufania. Właśnie dlatego, że obserwując drogę wielu przywódców (mówimy o krajach demokratycznych), widzę, jak zmienia się ich perspektywa pod wpływem odpowiedzialności, którą na siebie biorą.

Burmistrz na rowerze

Akurat Johnson już raz miał okazję pokazać, że oprócz bujnej czupryny i ciętego języka ma do zaoferowania konkretny program. Tak było w czasie jego rządów w roli burmistrza Londynu (w latach 2008–2016). Londyńczycy polubili Johnsona za bezpośredni styl bycia, łamiący trochę stereotyp sztywnego arystokraty. Gdy w 2008 r. odchodził „czerwony” Ken Livingstone, krytycy mówili, że teraz dla odmiany nastaną rządy komika. Okazało się, że komik jest całkiem poważnym i skutecznym zarządcą wielomilionowej metropolii. Wybór na drugą kadencję był potwierdzeniem zaufania, jakim obdarzyli go mieszkańcy stolicy Zjednoczonego Królestwa. I to pomimo początkowego zgrzytu, gdy na samym początku swojego urzędowania Johnson wydał walkę alkoholowi w środkach transportu publicznego. To miał być początek krucjaty przeciwko przestępczości i element „czyszczenia” miasta przed igrzyskami olimpijskimi w 2012 r. W czasie drugiej kampanii wyborczej poszedł jeszcze dalej i zagroził, że zabierze prawo do darmowych przejazdów nastolatkom, którzy… nie będą ustępować miejsca w środkach komunikacji staruszkom i ciężarnym. „Młodzież może komunikacją miejską jeździć za darmo, za co płacą londyńczycy. Musi jednak zrozumieć, że w parze z przywilejem idzie odpowiedzialność” – mówił wtedy starający się – skutecznie – o reelekcję burmistrz Johnson.

Zasłynął też z oryginalnych pomysłów, które miały uchronić Londyn przed skutkami światowego kryzysu. Gdy centrum europejskich finansów, londyńskie City, pustoszało z powodu bankructwa kolejnych firm, Johnson ogłosił plan o nazwie „Teraz Londyn”, polegający na tym, że miasto ma oferować przez rok powierzchnię biurową za darmo. Miało to przyciągnąć zagranicznych inwestorów. Johnson uznał, że metropolia, której roczny budżet wynosi ok. 12 mld funtów, nie może sobie pozwolić na utratę pozycji jednego z najważniejszych centrów światowego biznesu.

Najbardziej przylgnął jednak do niego wizerunek urzędnika jeżdżącego do pracy rowerem. „W 1904 roku 20 proc. podróży w Londynie odbywało się na rowerach. Chcę, żeby tak było znowu. Jeśli nie można cofnąć zegara do 1904 r., to jaki sens ma bycie konserwatystą?” – pytał retorycznie. Szkoda, że o konserwatyzm nie martwił się w bardziej kluczowych sprawach. Johnson jako burmistrz Londynu osobiście interweniował w sprawie usunięcia reklamy, która z londyńskich autobusów miała oznajmiać, że z homoseksualizmu można wyjść. Kampanię reklamową opłaciły dwie grupy chrześcijańskich aktywistów.

Mąż stanu z przypadku?

Boris Johnson jest z jednej strony przedstawiany jako „antyestablishmentowy” polityk, który na przekłamaniach i naciąganiu faktów (choćby w czasie pracy jako korespondent prasowy z Brukseli czy później w czasie kampanii za brexitem), ekscentryczności i niewyparzonym języku doszedł na szczyty, ale z drugiej strony jest to polityk w pełni „establishmentowy” – tak jak Johnson myśli znaczna część klasy politycznej w Wielkiej Brytanii. Absolwent elitarnego college’u w Eton i uniwersytetu w Oksfordzie – to przecież droga edukacyjna znakomitej części późniejszych ministrów i premierów.

Johnson już dawno wymieniany był jako następca premiera Davida Camerona. Obaj politycy znali się świetnie z czasów, gdy tworzyli ekskluzywne i snobistyczne środowisko studenckie skupione w legendarnym Bullingdon Club. „Działalność” klubu polegała na spotkaniach w wyłącznie męskim gronie, na suto zakrapianych alkoholem kolacjach, które zawsze kończyły się niszczeniem wytwornej restauracji i płaceniem odszkodowań właścicielom. Ot, taki „wewnętrzny” zwyczaj. Charakterystyczny dla pokolenia Johnsona i Camerona, tworzących współczesną specyficzną mapę brytyjskiego konserwatyzmu.

Wszystkie jednak wady Borisa Johnsona mogą okazać się nieaktualne na stanowisku premiera. Tak jak okazują się nieaktualne w przypadku wielu innych przywódców, którzy po beztroskim rzucaniu najbardziej fantastycznymi pomysłami stają przed koniecznością podejmowania realnych decyzji. Nie tak dawno w Grecji władzę oddał Aleksis Tsipras, lider Syrizy, czyli Koalicji Radykalnej Lewicy. Po paru latach jego rządów nazwa partii jest trochę myląca: okazało się bowiem, że choć Tsipras doszedł do władzy pod hasłami, które musiały mrozić krew w żyłach każdego, kto potrafi liczyć, to jednak ta komunizująca partia i jej lider musieli wprowadzić restrykcyjne reformy, których nie powstydziłby się niejeden liberalny polityk. Oczywiście Boris Johnson i Wielka Brytania są w zupełnie innym miejscu niż Tsipras i Grecja. To Johnson ma ambicję stawiać warunki Europie, ogłaszając nawet gotowość przeprowadzenia brexitu bez żadnej umowy i wręcz za cenę – jeśli zajdzie taka potrzeba – utraty Irlandii Północnej. Niewykluczone jednak, że te harde deklaracje szybko ucichną, gdy Johnson spędzi trochę więcej czasu na Downing Street 10. Polityczny odpowiednik „łaski stanu”, która w Kościele sprawia, że „nienadający się” do danej misji człowiek nagle staje się prawdziwym liderem, może i z Borisa Johnsona uczynić męża stanu, jakiego niewielu się po nim spodziewało.•

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Jacek Dziedzina

Dziennikarz działu „Świat”

Pierwsze doświadczenia dziennikarskie zdobył w liceum, biorąc udział w konkursie Ośrodka „Karta” i Fundacji Batorego „Historia Bliska” (I wyróżnienie zespołowe za reportaż historyczny). Przez dwa lata pracował w Wielkiej Brytanii, m.in. w Instytucie Kultury Polskiej przy Ambasadzie RP w Londynie jako events programmer, odpowiedzialny m.in. za organizację festiwalu filmowego „Across the borders” i współpracę z brytyjskimi instytucjami kulturalnymi. Autor wywiadu rzeki z ks. Henrykiem Bolczykiem „Mocowałem się z Bogiem” oraz współautor zbioru reportaży „W drogę ze św. Pawłem” (Syria, Cypr, Turcja). Laureat nagrody Grand Press 2011 w kategorii Publicystyka za tekst "My som stond". Interesuje się historią najnowszą, stosunkami międzynarodowymi, psychologią i teologią. Kocha fotografię, jazdę konną i rowerową, turystykę górską, Francję i Bałkany. Jego Obszar specjalizacji to publicystyka, wywiady, reportaże i analizy z dziedziny polityki (krajowej i zagranicznej), spraw społecznych, życia Kościoła i teologii.

Kontakt:
jacek.dziedzina@gosc.pl
Więcej artykułów Jacka Dziedziny

 

Komentowanie dostępne jest tylko dla .

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zamieszczone komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji