Nowy numer 41/2019 Archiwum

Przedwyborcza układanka

Gra toczy się dziś o to, na kogo ma spaść odpowiedzialność za brak jednej listy opozycji.

Do wyborów parlamentarnych coraz bliżej, a wciąż nie wiadomo, w jakiej konfiguracji opozycja będzie się starała odsunąć od władzy Zjednoczoną Prawicę. Ostatnie sondaże pokazują, że wspólna lista PO, PSL, SLD (nie uwzględniając Wiosny) jest tuż-tuż za liderem, różnica mieści się w granicach błędu statystycznego. Jeśli natomiast Platforma Obywatelska wystartuje sama, traci do PiS i jego koalicjantów już blisko 20 proc., ludowcy zaś i SLD osobno balansują na granicy 5 proc. Wniosek wydaje się oczywisty… ale tylko na papierze.

Wojciech Młynarski napisał przed laty piosenkę „Układanka”. Jest ona o tym, jak dzieci męczą się i pocą, by z rozsypanych kawałków ułożyć zadany przez rodziców obrazek. Wreszcie protestują: „Proszę taty, proszę mamy, dajcie wytchnąć, dajcie pożyć, po co my to układamy, jak to nie da się ułożyć!”. Dokładnie tak jest ze wspólną listą opozycji. To byt istniejący już tylko w teorii, bo w praktyce trwa rozbiór Koalicji Europejskiej. Zamiast jednego antypisowskiego pospolitego ruszenia będą więc prawdopodobnie dwie lub nawet trzy listy.

Szach królowi

Wspólny pokład pierwsi opuścili ludowcy. Na początku raczej po to, by „wyimpasować” (cytat za Jarosławem Gowinem) z koalicji ekipę SLD. Władysław Kosiniak-Kamysz już w pierwszych dniach lipca ogłosił, że nie widzi PSL na wspólnej liście z lewicą, i tym samym spróbował przejąć rolę krupiera w nowym rozdaniu. Skutecznie, bo SLD natychmiast zminimalizowało swoje warunki, byle utrzymać się w wielkiej koalicji, natomiast na Grzegorza Schetynę wzrosła medialna presja, by nie dopuścił do exodusu PSL. Presja wzrosła jeszcze bardziej, gdy ludowcy ujawnili, że budują alians z ruchem Pawła Kukiza, ten zaś nie tylko nie zaprzeczył prowadzeniu rozmów o wspólnym starcie, ale wręcz fakt ten potwierdził.

Grzegorz Schetyna nie należy jednak do polityków, którzy pozwalają się rozgrywać. Podjął oczywiście negocjacje z PSL, jako koalicjantem „pierwszego wyboru”, ale oficjalnie nie dopuszczał innej opcji niż jedna lista opozycji. Tego było już za wiele nawet dla Moniki Olejnik, która nazwała taką taktykę „żałosną”, domagając się w wywiadzie dla TVN24 od szefa opozycyjnego „gabinetu cieni” szybkich i zdecydowanych decyzji. Nie ma gorszej rady dla negocjatora, zwłaszcza jeśli jest królem i został zaszachowany przez wasala. Efekt – na konwencji programowej Koalicji Obywatelskiej Schetyna dość obcesowo odprawił ludowców, a ci jeszcze tego samego dnia nie pozostali mu dłużni. Ale to polityka. Dopóki listy nie są zamknięte, wszystko może się zdarzyć.

„Za”, a nie „przeciw”

Teoretycznie Grzegorz Schetyna ma mocne argumenty, skoro sondaże pokazują oczekiwanie wyborców na wspólną listę i szanse na wygraną tylko w takiej konfiguracji. Tyle że owo oczekiwanie w dużym stopniu zostało sztucznie wykreowane przez media opozycyjne, a sama wielka koalicja od ogłoszenia wyników wyborów europejskich stała się bytem czysto wirtualnym. Politolodzy, komentatorzy, analitycy już orzekli koniec jednego „antypisu”, rekomendując opozycji jak najszybsze podzielenie się na dwa bloki: centrowy i lewicowy.

Argumenty są oczywiste. Koalicja budowana od Sasa do Lasa z założenia nie może mieć spójnego programu pozytywnego, zbyt wielkie są bowiem różnice między udziałowcami; pozostaje negacja tego, co jest. A dla coraz większej rzeszy wyborców, nawet tych nieprzepadających za stylem obecnych rządów, to zdecydowanie za mało, zwłaszcza w czasach dobrej koniunktury i licznych transferów socjalnych. Argumenty, że znajdujemy się w stanie wyższej konieczności, bo zagrożona jest demokracja, brzmią coraz mniej wiarygodnie. Skandowanie „konstytucja, konstytucja” utrzymuje w stałej gotowości jedynie ok. 20 proc. głosujących w wyborach, a to za mało, by przejąć władzę – skoro już trzymamy się matematyki. Tyle że tu prawdopodobnie tkwi fundamentalny błąd. Procenty powinny być na końcu, a nie na początku wyborczej układanki. Ludzie chcą mieć komfort głosowania „za” (konkretną wizją Polski), a nie – znowu – „przeciw” (PiS-owi).

Sztandar wyprowadzić

Logika PSL jest jasna. To partia ludowa, więc zatracenie tożsamości, trwanie w „tęczowej” koalicji byłoby dla jej elektoratu nie do zaakceptowania. Opcja: lepiej pod własnym szyldem przegrać, niż z lewicą wejść do parlamentu, nie jest blefem, choć na taki wygląda. Co prawda PSL ma na koncie współrządzenie z SLD, jednak w innych czasach. Teraz ludowcy walczą nie o dobry wynik w październikowych wyborach, ale o przetrwanie. A w dłuższej perspektywie bardziej może im się opłacać nawet samodzielna porażka (z zachowaniem rzecz jasna dotacji) niż wejście do Sejmu na jednej liście z lewicą – już nie tą pragmatyczną, ale ideologiczną. W dodatku nie po udział we władzy, ale wegetację w ławach opozycji. Stracić cnotę, a rubelka nie zarobić… to nie w stylu PSL.

Strategia SLD także jest prosta: zrobić wszystko, by Koalicja Europejska trwała. Nic dziwnego, skoro w wiosennych wyborach postkomuniści zdobyli 16 proc. głosów dla wspólnej listy, a dostali za to 23 proc. mandatów z koalicyjnej puli. Stało się tak, bo Grzegorz Schetyna ofiarował im wysokie miejsca na listach i w konsekwencji mandaty, których samodzielnie nigdy by nie uzyskali. Dlaczego to zrobił – trudno dociec. Jeśli teraz konieczne okaże się budowanie wspólnej lewicowej koalicji, Adrian Zandberg i Robert Biedroń na pewno nie będą tak wspaniałomyślni dla Włodzimierza Czarzastego. A samodzielny start dla SLD byłby równoznaczny z wyprowadzeniem czerwonego sztandaru. Już ostatecznym.

Autorytaryzm kontra demokracja

Nerwowość Moniki Olejnik przesłuchującej w „Kropce nad i” Grzegorza Schetynę jest zrozumiała. Nie tylko ona widzi, że z każdym tygodniem szanse na „jeszcze lepszą zmianę” maleją. Sęk w tym, że winę za ten stan rzeczy ponoszą nie tylko politycy, ale – w nie mniejszym stopniu – ich medialne zaplecze. To ono przez minione cztery lata konsekwentnie, bez jakiejkolwiek refleksji i analizy sytuacji, budowało biało-czarną barykadę. Autorytaryzm kontra demokracja – to oś, według której miała się organizować opozycja. Po jednej stronie zło, po drugiej dobro. Tam despoci, tu wolnościowcy. Problem w tym, że dla prawidłowego funkcjonowania demokracji nie wymyślono dotąd niczego lepszego niż organizowanie się w partie polityczne wokół idei, wartości, programów. Tymczasem obrońcy demokracji proponują w zamian coś innego: koalicję zadaniową, na którą mamy głosować w jednym konkretnym celu. Wciąż nie jest jasne, co miałoby się stać po ewentualnym zwycięstwie, kto i w jaką stronę miałby przestawiać polskie zwrotnice.

W dodatku coraz trudniej doszukać się wiary w sukces podczas październikowej elekcji w obozie opozycji. Podczas gdańskiego świętowania rocznicy wyborów 4 czerwca padły sugestie, by – idąc śladem Komitetów Obywatelskich sprzed 30 lat – skupić się na zdobyciu większości w Senacie, wystawiając w każdym okręgu jednomandatowym wspólnego dla całej opozycji popularnego kandydata. Modne stało się znów hasło: „Wasz premier, nasz prezydent” (Tusk). Mało tego – Jakub Bierzyński, doradca Roberta Biedronia, ostrzega wręcz, by nie brać w tej chwili odpowiedzialności za kraj i nie płacić długów zaciągniętych na cele społeczne przez PiS. Czyli startujemy w wyborach, ale nie po to, by je wygrać. Więc po co?

Zachować pozory

Grzegorz Schetyna ma jeszcze inną perspektywę. Wbrew temu, co głosi, nie walczy o rządy w kraju, ale o utrzymanie pozycji lidera silnego bloku opozycji. To naturalne. „Najważniejsze z punktu widzenia kierownictw partyjnych jest pytanie, co czynić, żeby nadal być kierownictwem” (Ludwik Dorn). Schetyna straci swoją pozycję nie wtedy, gdy Platforma przegra kolejne wybory, ale gdy wprowadzi do parlamentu mniej posłów niż ma obecnie. Dziś jego pozycja w partii nie jest mocna, bo ceną za wysoki wynik Koalicji Europejskiej było uszczuplenie potencjału PO. Startując samodzielnie cztery lata temu, partia zdobyła 19 mandatów, teraz w Parlamencie Europejskim ma ich o pięć mniej. Powtórzenie takich proporcji w jesiennych wyborach byłoby dla Grzegorza Schetyny końcem królowania.

Chodzi zatem o to, by przy zachowaniu pozorów maksymalnie szerokiej koalicji (bo tak chce zaplecze medialne) zapewnić jak największy udział w końcowym wyniku dla partii wiodącej. Stąd bajki z mchu i paproci opowiadane przez jej lidera o koalicji dla wierzących i niewierzących, dla konserwatystów i lewicowców. Stąd ogłoszenie przystąpienia do spółki samorządowców, którzy w większości i tak są ludźmi bliskimi PO oraz Nowoczesnej (a te już się połączyły). W praktyce jesteśmy coraz bliżej sytuacji, w której na liście Koalicji Obywatelskiej będzie tak naprawdę jedno danie główne – czyli PO – podane z deserem, kompotem i lodami w rodzaju Inicjatywy Polskiej. A w mediach gra toczy się dziś o to, kto zostanie uznany za winnego, że nie będzie jednej listy opozycji. •

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Zobacz także

Komentowanie dostępne jest tylko dla .

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zamieszczone przez internautów komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama

Sponsorowane

Https://Www.AUTOdoc.PL