Nowy numer 29/2019 Archiwum

Zrobiłbym ten film inaczej

Z Bartoszem Konopką o filmie „Krew Boga” rozmawia Edward Kabiesz.

EDWARD KABIESZ: Czy nie odnosi Pan wrażenia, że w większości realizowanych obecnie filmów i seriali historycznych świat i wierzenia pogan cieszą się większą sympatią realizatorów niż chrześcijaństwo? W tych filmach chęć ewangelizacji wynika wyłącznie z żądzy władzy, podbojów i chciwości.

BARTOSZ KONOPKA: Rzeczywiście tak jest. Przygotowując się do realizacji mojego filmu, wraz z ekipą oglądaliśmy wiele takich obrazów. Zgadzam się z tym, co pan powiedział. Nawet dzisiaj trochę żałuję, że to tak wyszło. Częściowo wyniknęło to z historii, z którymi spotkałem się na początku robienia dokumentacji do filmu. Najwięcej inspiracji dała mi książka „Apostołowie Europy” Jerzego Strzelczyka. Tam obraz wczesnego średniowiecza jest dosyć przygnębiający. Nawet zastanawiałem się, czy nie dać na początku planszy z informacją, że jest to wczesne średniowiecze, tuż po upadku cesarstwa rzymskiego, kiedy rozpoczął się okres chaosu. Ludzie pogrążyli się w beznadziei, bo upadł system wartości. Rozgrywały się wówczas wydarzenia, które wskazywały, że ludziom brakuje idei, moralności i wartości. Zasługą chrześcijaństwa jest to, że ci ludzie z krzyżem, misjonarze szli odważnie przed siebie i ginęli, co pokazujemy na początku. Wiedzieli, że w każdej chwili mogą zginąć, ale przynosili porządek i system wartości, którego te plemiona potrzebowały. Świat jakby się odrodził. Niestety, to nie zmieściło się w naszym filmie.

Wydaje mi się, że poganie nie są tam przedstawieni w sposób negatywny. Kierują się swoimi wartościami i wyznają swoją religię. Natomiast głównych bohaterów filmu antagonizuje postawa wobec sposobu ewangelizacji. Ogniem czy słowem, a może milczeniem?

W tym czasie niesienie wiary było realizowane różnymi metodami. Chciałem to pokazać. Obaj bohaterowie pochodzą jakby z lepszego świata. Gdzieś tam służyli, byli na królewskim dworze, są lepiej wykształceni. Willibrord działa pod wpływem konieczności, zna tylko takie metody i dla dobra pogan na wyspie chce przyspieszyć proces ewangelizacji. Dlatego staje się coraz bardziej brutalny. Ma w tym udział również zazdrość wobec Niemego, któremu udało się osiągnąć sukces w sposób zaskakujący. Było wielu misjonarzy, którzy idąc do pogan, zdejmowali zbroję, wkładali szaty pokutne i przychodzili na bosaka, by pokazać, że nie działają z pozycji siły, wyższości. To jest właśnie rola Niemego w filmie. Jego postawa pozbawiona przemocy i ofiara z siebie sprawiają, że plemię dopuszcza go do wioski.

Czy zaszycie sobie ust i milczenie może kogoś przekonać? Rozumiem, że chodzi tu bardziej o dawanie przykładu.

Przy realizacji filmu zależało mi, by poruszyć również różne kanały zmysłowe i niewerbalne. Chciałem zobaczyć, na ile da się tak opowiadać. W kreacji pogan pokazujemy wspólnotę, która razem odczuwa. To taka wspólnotowość, współodczuwanie, które z czasem trochę straciliśmy z chrześcijaństwem. Ale zyskaliśmy podmiotowość. Tu nie było miejsca na pokazanie tego, ale to Chrystus przychodził do każdego człowieka i dawał mu podmiotowość. Bezimienny szuka tej trzeciej drogi, wchodzi w tę wspólnotę, asymiluje się. Ale nie chcieliśmy tego idealizować.

Odnoszę wrażenie, że w filmie obie religie podszyte są w jakiś sposób fałszem. Padają w nim słowa, które nie mają odniesień do rzeczywistości. Szczególnie w przypadku biskupa.

Biskupem miotają sprzeczne uczucia. Zwyciężają te ludzkie, gorsze: zawiść, chęć władzy, dominowania. Zależało mi też, by pokazać wiarę bohaterów. Dlatego w filmie znalazły się również psalmy i modlitwy, które dowodzą, że obaj są ludźmi bardzo religijnymi. Szczerze mówiąc, dzisiaj zrobiłbym ten film inaczej. Nie tak ostro.

Dlaczego inaczej?

Siedem lat temu, kiedy zaczynałem projekt, ten film rodził się z takiego sprzeciwu wobec autorytarnych instytucji narzucających pewną ideologię.

Przeciwko Kościołowi?

Tak. Nie mogłem się pogodzić z tym, że ludzie, którzy mówią nam, jak mamy żyć i powinni świecić przykładem, nie przestrzegają tych zasad. Siedem lat temu szliśmy z wystawionym mieczem. Chcieliśmy pokazać, że to zaczęło się tysiąc lat temu i cały czas w tym tkwimy. Trzeba z tym coś zrobić. Jednak w trakcie pracy nad filmem doznałem przebudzenia duchowego. Na nowo uwierzyłem. Nawiązałem relację z Bogiem. Ale nie tylko przez ten film.

Czy to znaczy, że w pewnym momencie stracił Pan wiarę?

Tak. Miałem takie momenty w życiu, że ona była. W dzieciństwie, bo ojciec z pasją mnie w nią wprowadzał. Na początku lat 2000 przez kilka lat, jako wolny strzelec, pracowałem dla katolickiego magazynu „Raj”. Dla Rafała Wieczyńskiego. To był bardzo dobry okres w moim życiu. Zacząłem wchodzić w tematy chrześcijańskie, jak spotkania Taizé czy Światowe Dni Młodzieży. Byłem też u o. Góry w Jamnej. Dobrze się w tym czułem. Później to zostawiłem, a teraz to wszystko wróciło ze zdwojoną siłą. No cóż, po czterdziestce przeżyłem poważny kryzys w życiu, wiele upadków. Wychodząc z tego, zdawałem sobie sprawę, że mam taką pustkę w sercu, której żaden człowiek nie zapełni. Tęsknotę za czymś więcej. Wiedziałem, że znam swoją bezsilność, że nie wszystko ode mnie zależy, może trzeba się zdać na wyższy porządek. Prawdziwe przebudzenie nastąpiło jakieś dwa lata temu. W 2017 roku, w maju, w uroczystość Zesłania Ducha Świętego. Różni ludzie zaczęli mi podsuwać różne rzeczy, Richarda Rohra, o. Szustaka. Szustak był moim doświadczeniem. Zobaczyłem, że jeżeli on był w stanie wyjść z tak trudnych rzeczy i jest teraz na takiej jasnej drodze, to i dla mnie jest nadzieja. Słucham go codziennie, zaczynam od niego dzień. Miałem takie przedziwne doświadczenie, że on mówi do mnie. Puściła we mnie cała tama żalu, płaczu i wstrzymywanych emocji. Wystarczy zrobić jeden krok, uwierzyć, rozmawiać z Bogiem i powierzać Mu swoje życie. Nagle te wszystkie złe rzeczy zaczęły odchodzić, moje życie zaczęło się zmieniać. Wiem, że tego nie robię ja, ale Bóg.

Powiedział Pan, że teraz zrobiłby ten film inaczej. Czy było już za późno, by w czasie realizacji coś w nim zmienić?

To, co mogłem zrobić na ostatnim etapie, zrobiłem. Dołożyliśmy rozmodlenie bohaterów, głęboką wiarę, tęsknotę za Bogiem. Dużo fragmentów usunęliśmy.

Jakich?

Na przykład większe wybuchy Wilibrorda, jego okrucieństwo i różne stereotypy. Myślę, że dzięki temu film nie jest prostą, jednostronną krytyką. A to przecież zrobić najłatwiej.

Czy wybór Krzysztofa Pieczyńskiego do jednej z głównych ról nie był prowokacją?

Wiedziałem, że to może być pewien kłopot. Krzysztof stworzył przejmującą kreację, bo jest świetnym aktorem. Miałem wrażenie, że jakaś niewidzialna ręka pchała mnie do niego. Mieliśmy castingi do tej roli, ale inni kandydaci się nie sprawdzali. •

Bartosz konopka

jest m.in.autorem nominowanego do Oscara filmu dokumentalnego „Królik po berlińsku” oraz fabuły „Lęk Wysokości”. „krew boga” na FPFF w gdyni otrzymała nagrodę za zdjęcia.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Zobacz także

Zamieszczone komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji