GN 42/2020 Archiwum

Wyciskacz łez

Duch Pocieszyciel przychodzi do Kościoła… z darem łez. Bez przepłakania swoich podziałów i grzechów nie będzie gotowy na powtórne przyjście Pana.

Siostra Mary Paul Friemel. Współpracowniczka zmarłego dokładnie 2 lata temu (10 czerwca) ks. Petera Hockena, proroka jedności i żywego Kościoła. Przez dwa dni – w wigilię i w Niedzielę Zesłania – w samym środku Beskidów słuchamy jej nauczania i świadectwa odkrywania tego, co jest (lub powinno być) sercem życia Kościoła: wołania „Marana tha!”. Na pewno cały Kościół tak woła? To na pewno serce tego, czym jako Kościół żyjemy?

Najbardziej poruszająca część świadectwa s. Mary dotyczyła sytuacji, w których przyszło jej płakać (tak dosłownie, bez żadnych metafor) razem z braćmi z innych wyznań nad podziałem chrześcijan i gdy jej samej przyszło płakać nad grzechami Kościoła katolickiego przed początkowo niechętnym audytorium w różnych częściach świata. W pierwszym przypadku – wspólne z protestantami świętowanie niedzieli na pustyni w Izraelu. Jest tylko jeden stół. Po dłuższej refleksji, jak wybrnąć z tej sytuacji, ks. Peter Hocken ustawia jeden kielich po jednej stronie, drugi po drugiej stronie stołu. Po jednej stronie dla katolików, po drugiej dla protestantów. – W tym momencie zaczęłam płakać, co nie zdarza mi się prawie nigdy. I ze mną zaczęli płakać wszyscy pozostali – mówi s. Mary. – Jezus podał uczniom jeden kielich, a my mamy dwa różne kielichy? Ponad 30 tys. kielichów wszystkich denominacji chrześcijańskich?

Drugi moment, gdy przyszło jej przepraszać za grzechy Kościoła katolickiego. – W jednym z krajów – ciągnie opowieść – słuchacze dziwili się, że jestem jeszcze w Kościele katolickim, który dotykają takie skandale. A ja nie miałam wcale zamiaru przepraszam za grzechy innych. Nagle jednak poczułam takie przynaglenie, że muszę od tego zacząć. I przeprosiłam ich za wszelkie zło, którego doświadczyli ze strony katolików. I zaczęłam płakać. I oni też płakali, podchodzili do mnie, przytulali mnie… Bariery puściły, mogliśmy się spotkać ze sobą – mówi s. Mary.

Wcześniej opowiedziała o śnie, jaki miała przed laty. Była w nim panną młodą, kompletnie niegotową na ślub. Mało tego, nie miała nawet pojęcia o przygotowaniach, nie uczestniczyła w wyborze sukni, zapraszaniu gości… Cały pokój panny młodej pogrążony jest w jednym wielkim chaosie. W pewnym momencie zagląda do pokoju obok – i widzi mężczyznę, który wydaje się być panem młodym, ubranym w strój weselny. Tu wszystko jest zapięte na ostatni guzik. Wszyscy ludzie pana młodego, włącznie z nim samym, czekają w gotowości. Mary wraca do swojego pokoju. Nagle ktoś wprowadza suknię dla panny młodej – nie dość, że jest czarna, to dodatkowo znajdują się pod nią… pojemniki pełne wody. Mary przeprasza swoją siostrę, że nawet nie poprosiła jej o to, by była jej druhną. W odpowiedzi słyszy: „Nie martw się, i tak jestem, o wszystko zadbałam”.

Gdy opowiada ten sen swojej przyjaciółce, Żydówce mesjanistycznej z Galilei, ta odpowiada: „Panna młoda to Kościół, niegotowy jeszcze na przyjście Oblubieńca. A woda w pojemnikach to łzy, jakie Kościół musi jeszcze wypłakać, zanim Mesjasz powróci”.

Przypomniały mi się wszystkie publiczne akty przeprosin, jakich zwłaszcza od czasów Jana Pawła II dokonuje Kościół. Dlaczego kolejni papieże przepraszają – a to za zło popełnione przed wiekami, a to za grzechy ludzi Kościoła, które mają miejsce współcześnie? Dlaczego najczęściej przepraszają nie ci, którzy dopuścili się tych czynów?
Od Eyala Friedmana, Żyda mesjańskiego z Jerozolimy, usłyszałem taką historię. W czasie jednego z pobytów w Polsce wraz z grupą izraelskich turystów odwiedzał miejsce masowego pochówku Żydów w jednej z polskich miejscowości. Obok jednak znajdowały się również groby polskich ofiar tej samej masakry. Zginęli także z rąk żydowskich sąsiadów. – Przeprosiłem wtedy Polaków w imieniu mojego narodu za wszelkie zło, jakiego doświadczyli ze strony Żydów. Tak, jak Polacy przepraszają za zło, którego dopuścili się wobec Żydów – mówił.

Te łzy to nie tylko psychologia. To otwieranie drzwi. Kościół też potrzebuje przepłakać swoje podziały i swoje grzechy. I to też czyni w nas Duch Święty: dar łez jest dzisiaj bardzo potrzebny Kościołowi. Możliwe, że to jeden z warunków, by Oblubieniec powrócił.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Jacek Dziedzina

Dziennikarz działu „Świat”

W „Gościu" od 2006 r. Studia z socjologii ukończył w Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. Pracował m.in. w Instytucie Kultury Polskiej przy Ambasadzie RP w Londynie. Laureat nagrody Grand Press 2011 w kategorii Publicystyka. Autor reportaży zagranicznych, m.in. z Wietnamu, Libanu, Syrii, Izraela, Kosowa, USA, Cypru, Turcji, Irlandii, Mołdawii, Białorusi i innych. Publikował w „Do Rzeczy", „Rzeczpospolitej" („Plus Minus") i portalu Onet.pl. Autor książek, m.in. „Mocowałem się z Bogiem” (wywiad rzeka z ks. Henrykiem Bolczykiem) i „Psycholog w konfesjonale” (wywiad rzeka z ks. Markiem Dziewieckim). Prowadzi również własną działalność wydawniczą. Interesuje się historią najnowszą, stosunkami międzynarodowymi, teologią, literaturą faktu, filmem i muzyką liturgiczną. Obszary specjalizacji: analizy dotyczące Bliskiego Wschodu, Bałkanów, Unii Europejskiej i Stanów Zjednoczonych, a także wywiady i publicystyka poświęcone życiu Kościoła na świecie i nowej ewangelizacji.

Kontakt:
jacek.dziedzina@gosc.pl
Więcej artykułów Jacka Dziedziny

 

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zobacz także